17/06/2026
Tak mi się skojarzyło przy końcówce roku szkolnego...
Jak bardzo trawa to dzieci, a jak bardzo ciągnący to dorośli. I naprawdę nie ma znaczenia, czy ciągnie nauczyciel, czy rodzic... Dziecko ciągnięte - bez wewnętrznej motywacji - nie nauczy się szybciej. Ciągle ubolewam nad tym, że edukacja wciąż polega na tym, żeby wszystkie dzieci umiały to samo - przynajmniej na poziomie szkoły podstawowej. Przez co tracą siły i zapał na to, do czego mają prawdziwie predyspozycje.
Czy mam na to rozwiązanie? Na tę chwilę staram się przede wszystkim nie ciągnąć za moją osobistą trawę, czyli moje własne dziecko. Sprawdziany, kartkówki - mówię jej, że są po prostu informacją zwrotną, co umie, a czego nie umie. Przez co pisze je tak, jakby rysowała w domu. Na tę chwilę bez większego stresu.
Dobra, czasem ciągnę przy tabliczce mnożenia, bo niestety w tej materii ciągnie mocno podstawa programowa, nie dając jednocześnie ciekawych narzędzi do nauczenia jej. Albo ciągnie nauczyciel i nie daje czasu na dojście do rozwiązania (czyli na przykład zastosowania metody paluszkowej), tylko oczekuje natychmiastowego kliknięcia w mózgu. Czyli zapamiętania czegoś, czego dziecko nie lubi.
Moje dziecko w mig zapamiętuje teksty piosenek. Polskich, angielskich. Role teatralne, wiersze. Ale do tabliczki mnożenia - no nie ma melodii.
I tak. Realnie boję się czwartej klasy... Na tak dużą zmianę większość dzieci jest kompletnie nieprzygotowana. Robimy adaptację do przedszkola, do szkoły. Ale często zapominamy, jak dużą zmianą jest - nawet w ramach tej samej szkoły - przejście do czwartej klasy.
Macie jakieś swoje doświadczenia, jak Wasze dzieci lub Waszych znajomych "przeżyły" przejście do czwartej klasy? Czy zostały wyrwane z korzeniami czy miały szansę na stabilny wzrost, w swoim tempie i były nawożone ciekawością i zabawą, a nie wymaganiami i dyscypliną? Podzielcie się!