02/02/2017
Oto relacja z naszej wyprawy, która była dosyć niecodzienna. Mało miała wspólnego z typowym turniejem gdzie panuje dany harmonogram dnia. Otóż tutaj czekała nas prawdziwa przygoda, klimat iście krucjatowy. Rozbiliśmy obóz, wykonane zostały drobne fortyfikacje. Od wrogiego nam obozu dzieliła nas nieprzyjazna pustynia. Zapasy były marne ale musiało wystarczyć na kilka dni. Byliśmy całkowicie zdani na siebie i resztę kompanów z obozu. Pierwszy alarm poniósł się po obozie o godzinie 22 - od tego momentu czyhało na nas ciągłe zagrożenie ze strony obozu pogan. Cały czas pod bronią w pełnym pancerzu. Całą noc toczyły się walki zaczepne oraz miała miejsce przypadkowa walna bitwa po środku pustyni z poganami, gwiazdy lekko rozświetlały piaski, a odgłosy walki niosły się daleko. Mimo ciężkich strat w całym hufcu, nasz oddział zachował 100 % stanu, z resztkami wojska świeckiego ruszyliśmy na obóz pogan, który zdobyliśmy. Dalej czekały na nas niespodzianki i ponowne walki zaczepne, pełno alarmów. Klimatu dodawały wręcz samobójcze ataki pogan z mroku na nasz obóz i przedpole. Po kilku długich godzinach i znużeniu maszerowaniem kilkanaście razy po pustyni w pełnym rynsztunku do alarmów wstawaliśmy z ponurymi minami, lecz zawsze parliśmy naprzód. Doczekaliśmy świtu, w końcu czekał nas krótki sen - błoga nagroda za trudy nocy. Ranek, rogi zagrały do boju ponownie. Nikt się nie oszczędzał, ponownie stoczonych zostało kilka walk podjazdowych oraz miejsce miały 2 większe starcia. Oba obozy były zagrożone i brane szturmem. W piachu i pełnym słońcu walczyliśmy, łucznicy zasypali zbrojnych gradem strzał - wszystkiemu towarzyszyły okrzyki bitewne oraz szczęk stali. Działo się wiele. W końcu obie strony przetrzebione walką przerwały działania zbrojne, aby nabrać sił na walną bitwę, która miała miejsce prawie na koniec dnia. Ruszyliśmy ze śpiewem przez pustynię na wroga, poganie maszerowali ku nam pełni determinacji. Ponownie zagrały rogi, grały bębny, bitwa rozpoczęła się na dobre, 5 natarć miało miejsce gdzie dane było nam wspaniałe zwycięstwo, lecz wróg był zajadły, po rozbiciu głównych sił miały miejsce jeszcze drobne potyczki. Deus Vult, Pro Fide niosło się po pobojowisku - nasze zawołania. Trudno opisać wszystko co się działo, jednak klimat imprezy jest niesamowity, to samo tyczy się widoków. Sprostaliśmy licznym wyzwaniom w tak trudnym terenie, przy marnych zapasach, nieustanną walką czy brakiem dzisiejszych rzeczy do obozowania. Było to nasza taka pierwsza wyprawa i śmiało stwierdzamy, że było warto. Cieszy nas również, że tegoroczna edycja zapowiada się jeszcze lepiej! Załączamy garść zdjęć z popołudnia.