04/05/2026
Co najmniej kilkanaście razy w roku trafiają do mnie zawodnicy, którzy mają już za sobą różnego rodzaju testy. Przynoszą wyniki, często bardzo rozbudowane, pełne danych, wykresów i specjalistycznych opisów. I niemal za każdym razem pojawia się ten sam problem: oni po prostu nie wiedzą, co mają z tym dalej zrobić.
Nie chodzi o to, że te testy są źle wykonane. Wręcz przeciwnie, bo bardzo często stoją za nimi konkretne kompetencje i wiedza. Dosłownie ludzie na najwyższym poziomie. Problem w tym, że za całą tą analizą nie idzie to, co dla zawodnika najważniejsze: przełożenie na działanie. Brakuje wskazania priorytetów, brakuje planu, brakuje odpowiedzi na najprostsze pytanie „co dalej z tym zrobić?”.
Z zewnątrz wygląda to jak dobrze działający biznes. I być może rzeczywiście nim jest. Tylko że biznes, który ma sens, powinien przede wszystkim rozwiązywać problemy klientów, a w tym przypadku tworzy tylko złudzenie rozwiązanie problemu. Złudzenie, i to drogie. Bo czy zawodnik przychodzi po wyniki testów czy jednak po realną pomoc w rozwoju?
Jeżeli przychodzi po rozwiązanie, to trudno nie odnieść wrażenia, że w wielu przypadkach kończy się to jedynie na sprzedaży raportu. Dokument jest, dane są, ale zmiany w treningu już niekoniecznie.
Jeszcze bardziej problematyczne staje się to w sporcie młodzieżowym. Bo jeżeli testy służą wyłącznie do oceny zawodnika, a nie do wspierania jego rozwoju, to zaczynamy poruszać się na bardzo cienkim gruncie. Młody sportowiec nie jest gotowym produktem. Jest w procesie. Ma prawo mieć braki, ale to w ogóle nie świadczy o jego potencjale. Powiem więcej… Jeżeli dobry zawodnik ma braki, to jest szansa, że szybko będzie jeszcze lepszy, jeżeli ROZWIĄŻE PROBLEMY.
Tymczasem w praktyce bywa inaczej. Zdarza się, że test staje się narzędziem selekcji zamiast narzędziem rozwoju. Zawodnik zostaje oceniony, czasem wręcz „skreślony”, ale nie dostaje realnego wsparcia w tym, jak się poprawić. I to nie są pojedyncze przypadki (…) dalsza część w komentarzu