09/05/2026
Mistrzostwa Polski w sztafetach nieolimpijskich.
Ważna krajowa impreza.
Medale, miesiące przygotowań, ogromne emocje i walka fair play.
Przynajmniej teoretycznie.
Podczas finału sztafety 4x800 m mix zwycięska sztafeta z Poznania wystąpiła z zawodnikiem biegnącym w NIEREGULAMINOWYM obuwiu — niezgodnym z przepisami World Athletics.
Nie chodziło o detal techniczny.
Mówimy o karbonowym obuwiu startowym do biegów ulicznych, zakazanym na bieżni lekkoatletycznej.
Po proteście złożonym przez sztafetę z Wrocławia:
- obuwie zostało sprawdzone,
- sporządzono oficjalny protokół,
- potwierdzono niezgodność obuwia z przepisami,
- protest został UZNANY.
Wydawało się więc, że przepisy obowiązują wszystkich tak samo.
Ale nie.
Chwilę później decyzję cofnięto, ponieważ zawodnik miał usłyszeć od sędziny na bramce startowej, że może w tych butach wystartować.
I tutaj zaczyna się największy problem.
Nie mówimy o początkującym zawodniku, który nie zna regulaminu. Mówimy o dorosłym i doświadczonym lekkoatlecie, który doskonale wie, jakie obuwie jest dopuszczone do startu na bieżni.
Sam fakt, że przed biegiem pytał sędziów o możliwość startu w tych butach pokazuje, że temat był co najmniej wątpliwy.
Mimo to wystartował.
Mimo to przepisy zostały złamane.
I mimo to wynik został utrzymany.
Argument?
„Dobra wiara zawodnika”.
Tylko co z dobrą wiarą pozostałych drużyn, które przestrzegały regulaminu?
Co z zawodnikami, którzy przegrali medale przez błędną decyzję sędziowską?
Co z ideą równej rywalizacji?
Najbardziej absurdalne jest jednak to, że komisja odwoławcza zaczęła sama interpretować, czy zakazane buty „dały przewagę”.
Od kiedy rolą sędziów jest ocenianie, czy złamanie przepisów pomogło „wystarczająco”, żeby miało znaczenie?
Przepisy istnieją właśnie po to, żeby nie trzeba było tego oceniać uznaniowo.
Bo jeśli dziś można uznać, że zakazane buty „nie wpłynęły na wynik”, to jutro równie dobrze można stwierdzić, że inne złamanie regulaminu też „nie miało znaczenia”.
I wtedy sport przestaje opierać się na zasadach, a zaczyna na opinii komisji.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że arbitrem głównym konkurencji był przedstawiciel tego samego środowiska co zwycięska sztafeta. I nawet jeśli wszystko odbyło się zgodnie z procedurami — trudno oczekiwać, że taka sytuacja nie wywoła pytań o bezstronność i konflikt interesów.
Sport nie może działać na zasadzie:
„przepisy obowiązują… chyba że ktoś pozwoli je złamać”.
Bo jeśli regulamin można ominąć jednym błędem sędziego, to po co w ogóle istnieją przepisy?
To nie jest atak na zawodników.
To pytanie, czy w polskiej lekkoatletyce wszyscy naprawdę rywalizują według tych samych zasad.