30/08/2026
Parę słów więcej o Bieg Jaskiniowego Niedźwiedzia. Zacznijmy o samej imprezie, bo to chyba najważniejsze. ;-) Więc chaotycznie opiszę tak – trasa tradycyjnie miks znanych szlaków i jakichś dziwnych ścieżek. Szkoda, że wypadło podejście korytem strumienia, bo jakieś prace leśne, ale i tak było zacnie. Szczególnie, że aura dopisała i przewalające się chmury w rejonach szczytu Śnieżnika robiły robotę. Git czereśnia. 🤩 Jak jechaliśmy na start trochę po trasie, to była taka rozkmina, że tych tasiemek z oznaczeniami jakby mało. Ale gdy przyszło do biegu, to jakoś nigdzie problemu z nawigacją nie miałem, także najwyraźniej lepiej znaczyć rzadziej, ale mądrze. 👍 Tej połówki z hakiem na Niedźwiedziu wcześniej nie leciałem i było trochę fragmentów, że nikogo z przodu i z tyłu, trasy nie znam ( przypomnę – biegam bez nawigacji :-p ), a jednak zero błądzenia. 💪 Kolejna rzecz – na trasę wziąłem butelkę soku i nienaruszoną dotaszczyłem do mety – na bufetach wszystko co trzeba, tradycyjnie przepyszne pomarańcze ( aż podejrzewam, że Kornel to ma jakąś tajną plantację w Andaluzji i z tego żyje, ale się nie chwali – przejrzałem Cię gagatku! ), na mecie opcja wege przepyszna 😋 ( jak było na FB info, że żarełko będzie od sprawdzonej ekipy, to w ciemno obstawiałem odważnyteam.pl ). No i bonus pod tytułem sporo znajomych + sporo nowych znajomości, z którymi fajnie się gawędziło. Po prostu bombeczka. 💚 Co mam się więcej rozpisywać – dla mnie ten bieg to opcja obowiązkowa na przyszły rok i tyle.
Mój występ – w skali biegowego kartofla super. Plan był złamać 3:30 i choć się nie udało, to było blisko ( netto: 3:31:28, OPEN-M 86/127 ). Generalnie na podejściach ( bo przecież nie podbiegach ) było bardzo słabo, ale zbiegi – szczególnie ten z Czarnej Góry – dość konkretnie uratowały mój wynik. 😎 Poza tym najwyraźniej dobrze rozłożyłem siły, więc do końca walczyłem o jak najlepszy czas i mam wrażenie, że z każdym kilometrem żarło coraz lepiej, choć zajechałem się na maksa - na mecie baterie wskazywały 0%. 🥵 Może formy nie ma, wagi nie ma, ale jakieś doświadczenie jest i uważam, że poszło lepiej niż na Niedamirun 💚 trzy tygodnie temu. 😎 Miejsce pod koniec stawki, dla większości biegowy turysta, ale mam poczucie, że zrobiłem maks na obecne możliwości. Mała rzecz, a cieszy. 😃 Jak dodać, że w piątek ( a raczej już sobotę ) wróciłem z pracy po północy, trzeba było wyjść z Pchełką 🐕🦺 i de facto do domu dotarłem po pierwszej, po czym padłem jak kłoda i w efekcie zapomniałem zabrać na Niedźwiedzia to i owo ( i przede wszystkim nasmarować przed startem to i owo, i teraz boli 😩 ), to w ogóle rewelacja.
I na koniec tak bardziej osobiście, bo historia trochę zatoczyła koło. Rok temu po Niedźwiedziu życie mi się dość mocno posypało. Parę razy miałem wrażenie, że wychodzę na prostą, ale nic z tego. Udzielałem się tutaj trochę na siłę, treningowo bardzo często zero aktywności. Niby tam z początkiem roku coś pod Kreta próbowałem, ale efekt wiadomy – DNF. 😵 Ale tak od miesiąca z hakiem jest coraz lepiej – są dni kiedy nie mam zwyczajnie czasu na pisanie ( wierzcie – bywa, że taka kilkuzdaniowa notka to jest trochę pracy, bo nie korzystam z AI i tak jak biegam w stylu oldschool, tak też piszę :-p ), niemniej wróciła chęć do planowania czegoś i realizacji. 😉 Także wrzesień ( mam aż trzy wolne soboty i jedną niedzielę! 😃 ) – wstępnie dwie imprezy po taniości, na których nie byłem ( Bardzka Piąteczka + Wiszeńska Zadyszka ), a na dokładkę fajna czeska gonka: Sluncekros ( jakby ktoś chciał się wybrać, to priv ). Także może kartofel, ale coco jambo i do przodu. 😊
A jak chcecie wspomóc kartofla, to zbijcie pjonę jak mnie gdzieś spotkacie – będzie mi w cholerę miło. 👊
PS. foto z finiszu od Katarzyna Plewa ( jeszcze raz dzięki!! 🙂 ), z trasy moje.
// AR