07/04/2026
Było nas dwunastu, w tym kapitan i „pierwszy”, jego prawa ręka.
Dwunastu śmiałków, marzycieli, optymistów i przynajmniej kilku, którzy jeszcze przed wyjściem z portu w Ushuaia nie do końca wiedzieli, na co się piszą. A jednak wszyscy, 19 marca, weszliśmy na pokład legendarnej Selmy – łajby, która już niejedno widziała i jakby z lekkim uśmiechem mówiła do nas: oj, i wy wkrótce zobaczycie.
Głównym celem naszej wyprawy, jaki chcieliśmy osiągnąć, było opłynięcie Przylądka Horn.
Zrobiliśmy to, tak opłynęliśmy Horn, i to w trudnych warunkach pogodowych, przy wietrze 7 stopni w skali Beauforta, dużej fali i deszczu, a on nie krzyczał, nie błyszczał. Po prostu był. Cichy, dumny, obojętny.
Ktoś powiedział:
– To na pewno on, ledwie go widać w tej pogodzie?
Po chwili potwierdzenie i okrzyk radości w połączeniu z dumą.
Po minięciu Przylądka Horn skierowaliśmy się w stronę wyspy Isla de los Estados, gdzie zrzuciliśmy kotwicę w pięknej zatoczce, wśród zielonego wybrzeża, a jednocześnie lekko ośnieżonych szczytów gór, aby schronić się przed potężnymi wiatrami i poczekać na sprzyjające okno pogodowe, aby potem ruszyć dalej na północ.
Kilku śmiałków z załogi postanowiło zejść na ląd tej bezludnej wyspy. To, co tam zobaczyli, wprawiło ich w zdumienie, szczególnie bujna roślinność, której z pewnością, patrząc wcześniej tylko na mapę i położenie wyspy, absolutnie się nie spodziewali.
Po kilku dniach, doczekawszy się sprzyjających warunków pogodowych, nasza Selma ruszyła dalej na północ, aby dotrzeć do końcowego celu tej wyprawy, którym były wyspy Falklandy, a konkretnie port Stanley.
Dni mijały szybko, a załoga stawała się coraz bardziej zżyta i zorganizowana. Mesa była nie tylko miejscem spożywania posiłków, a również polem wymiany głębszych i tych mniej głębokich przemyśleń, stała się salą koncertową, w której niemalże każdego wieczoru śpiewaliśmy szanty.
Dzięki tej wyprawie mogliśmy niemalże dotknąć piękna przyrody, nie tylko ją zobaczyć, ale i prawdziwie poczuć, posmakować.
Z bliska spoglądaliśmy w oczy pingwinów królewskich, gentoo i magellanskich. Nie tylko w uszach, a każdą częścią ciała, dane nam było poczuć jak wibruje oddech słoni morskich i ryk lwów morskich. Ale chyba największe wrażenie zrobiły dwa wieloryby przepływające obok Selmy, które jakby chciały nam powiedzieć, że to one są tu władcami i łaskawie pozwalają nam żeglować po ich wodach.
Wszystko kiedyś się kończy i ten rejs także przeszedł już do historii, ale na zawsze pozostanie w sercach członków załogi, którzy nie raz, z dumą i wzruszeniem, będą snuć opowieści o opłynięciu Przylądka Horn, „ryczących pięćdziesiątkach”, o pokonywaniu swoich słabości, o ratowaniu pontonu przed odfrunięciem w szkwale, o pięknie natury, o ludzkiej ciekawości, współpracy, odwadze i o tym, że nie tyle cel, co sama droga się liczy, że trzeba robić co należy, bo reszta jest i tak bez znaczenia.