Stajnia "Elear "

Stajnia "Elear " Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Stajnia "Elear ", Sport i rekreacja, Hermanów 15, Wojcieszków.

„Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypomina                                           Że Z dali tętent kopyt słyc...
26/04/2026

„Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypomina
Że Z dali tętent kopyt słychać tak opowieść się zaczyna”

Opowieść 48 – Chichot historii czyli gdzie szukać prawdziwych arabów

Allach powiedział do południowego wiatru „uczynię z ciebie stworzenie w które włożę potęgę i chwałę moich przyjaciół, a poniżenie nieprzyjaciół moich. Ja ciebie stwarzam koniem i nazywam arabskim” po czym z garści wiatru południowego ulepił konia.
Tak według legendy został stworzony chyba najbardziej romantyczny z koni na świecie – koń czystej krwi arabskiej. Opisywany piórami poetów i pisarzy, malowany przez wielu a teraz uwieczniany w obrazie fotograficznym.
W polskiej historii chyba najbardziej znany koń gdyż większość niekoniarskiego społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy z istnienia starej rasy polskiej. Arabów dosiadał „Emir” Rzewuski, książę Józef Poniatowski i wielu innych. Aukcje koni arabskich w Janowie Podlaskim i ceny uzyskiwane za te konie u jednych wywoływały zachwyt, u innych niedowierzanie („bo jak tyle dać za kunia?”) a u kolejnych dumę -bo nasze polskie, choć arabskie. Nie jestem ani hodowcą ani użytkownikiem koni czystej krwi arabskiej, ale jako użytkownik i hodowca koni angloarabskich doceniam ich wpływ na rozwój mojej ukochanej rasy. Niestety teraz o dobrego ogiera czystej krwi dopuszczonego do krycia w tej rasie jest bardzo trudno. Od pewnego czasu bywam na Torze Wyścigów Konnych Służewiec i z żalem stwierdzam, że w gonitwach arabskich (nielicznych) biegają głownie konie z francuskim pochodzeniem. Wiem, że są szybkie ale niektóre zupełnie nie przypominają arabskiego wzorca koni. Duże ordynarne głowy, brak bukietu i tego romantycznego uroku. Jako perełki jawią się nieliczne konie krajowej hodowli wyglądające jak znane nam z obrazów konie arabskie. Niestety, że z racji tego iż wyścigi to drogie hobby hodowcy do rozmnażania używają reproduktory z wyścigowych linii i co za tym idzie zmieniają typ konia zatracając urodę kosztem szybkości.
Z kolei na pokazowych ringach królują delikatne, przerasowane araby w typie skrzyżowania konika morskiego z lalką Barbi. Jak sobie pomyślę o założeniu siodła na takowego konia to myśl ta sama w sobie nosi znamiona znęcania się nad zwierzętami. Tak sobie myślę, że zatraciliśmy to z czego słynął polski arab – użytkowość przy zachowaniu urody. Ale niestety mamy to w genach, jak pisał jeden z naszych wieszczy –„Pawiem narodów jesteś i papugą” i w hodowli koni też niestety to widać. Przy okazji wpisu mojego druha Krzyśka Czarnoty o tym, że w jego stajni pojawiła się kapitalna klacz arabska ze starych lat – Gloria hodowli michałowskiej z rodziny klaczy Gazella a córka ogiera Dostatok. Kalibrowa i ramowa a urody i wdzięku pełna. Gdzie szukać takich arabów? W nielicznych polskich zaściankach (hodowlach prywatnych), Rosji i USA. Tutaj dobiega nas chichot historii. To rewolucja w Rosji zniszczyła kresowe stadniny w latach 1917-20 a we wrześniu 1939 roku Krasnaja Armia „podsowieciła” dużą część koni ze stadniny w Janowie Podlaskim i wywiozła do Tierska na Kaukazie. Jednak tam przy umiejętnej pracy hodowlanej polskie konie przetrwały w typie „dzielne i urodziwe”. Zdarzało się, ze wnosiły stare dobre geny do naszej hodowli jak choćby Negatiw – wnuk Skowronka, a z linii matczynej reprezentujący rodzinę klaczy Gazella i mający z tej strony „czysty polski papier”. Jeszcze nie tak dawno „Monogrammki” brylowały na pokazowych ringach a przecie matka ogiera Monogramm to wyhodowana w ZSRR Monogramma, wnuczka Mammony wywiezionej do ZSRR w 1939 roku jako źrebię. Konie po Monogrammie były i dzielne i urodziwe, takim przykładem jest Ganges jeden z jego synów. Polsko-rosyjski rodowód ma też wnuk Monogramma, chociaż tak jak i dziadek wyhodowany w USA Metropolis NA. Ogólnie w środowisku pojawiło się określenie „r***i arab” przedstawiające rosłego, mocnego i urodziwego konia z polskimi akcentami w rodowodzie a wyhodowanego za nasza wschodnią granicą. Takowe biegały na polskich torach wyścigowych, pracowały pod siodłam uzytkowymi i były używane w hodowli choćby wspomniaty Dostatok czy ogier Kazbek. Teraz ze względu na sytuację geopolityczną trudno jest takowego rumaka przywieźć ale wiadomo gdzie szukać. Chichot historii jest taki, że zawsze mówiło się że „Ruskie” ukradli, że zniszczyli a okazuje się że mimo iż ukradli to mądrze hodowali i zachowali użytkowość, urodę i kwintesencję arabskiego konia. Jest gdzie szukać. Patton też nam ukradł Witezia i rozsławił tym polskie araby w USA, tam też są jeszcze w „starym, polskim typie”. Hihihihi historia.

„Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypominaZ dali tętent kopyt słychać tak opowieść się zaczyna"Opowieść 47 – Zac...
29/03/2026

„Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypomina
Z dali tętent kopyt słychać tak opowieść się zaczyna"

Opowieść 47 – Zacna a nieznana hodowla koni w Przegalinach Dużych

Lubię stare książki i gazety. Czasem są taką szkatułą ze skarbami, bo mimo iż nie są złotem ani klejnotami niosą w sobie czas zaklęty w historii. Opowieści o czasach i ludziach, a czasem i koniach. Zdarza się, że opowieść dotyczy miejsc niby znanych, a jednak nieznanych. Przebywając regularnie w Przegalinach nigdy nie słyszałem żadnych wzmianek o stadninie koni, albo nawet o większej hodowli. Być może fakt iż osobiście nie dane mi było poznać dziadka Antoniego (w wieku 1 roku się nie pamięta), a cała reszta rodziny moją końską pasję mocno z przymrużeniem oka traktowała i unikała końskich tematów. Jakie był moje zdumienie, kiedy to przeszukując zasoby internetu trafiłem na czasopismo „Start" z dnia 2 czerwca 1906 roku numer 14, a w tymże artykuł o hodowli koni pana M. Rogowskiego w Przegalinach Wielkich. Nazwisko to nie pojawiało się w opowieściach słyszanych w dzieciństwie, zatem zacząłem poszukiwania. Najpierw jednak trochę o czasopiśmie „Start". Niestety nie mogłem się nic więcej dowiedzieć, ale z tego jednego numeru wydedukowałem, że było to pisemko w typie sportmeńskim ukazujące się w sobotę. Sportsmeństwo to był styl życia przeplatany wyścigami konnymi, polowaniami, hodowlą koni i wszystkim co się dookoła tego kręci. Oczywiście u niektórych przybierało to aż śmieszne formy. Takiego sportsmena opisał w „Lalce" Bolesław Prus w osobie barona Krzeszowskiego, który musiał mieć wszystko sportsmeńskie – więc szpilkę do krawata, spinki do mankietów, pugilares itp. i wszystko to miało mieć elementy „końskie". Nie lubię kolejnych ekranizacji dzieł już nakręconych, ale na „Lalkę” czekam żeby w roli barona Krzeszowskiego zobaczyć Borysa Szyca. A wracając do tygodnika „Start" są w nim relacje z torów wyścigowych Królestwa Polskiego, Cesarstwa Rosyjskiego i innych krajów, wzmianki hodowlane, kącik mody i mnóstwo ogłoszeń tak hodowlanych jak i zupełnie innych np. bankowych, modowych itp. Właśnie w dziale hodowlanym A.Hempel opisuje małą hodowlę koni pana Rogowskiego. Stawia ją na równi z uznanymi hodwlami np. Wojcieszkowa Platerów, Różanki Zamojskich, Kąkolewnicy Kuszla i Branicy Szlubowskich. O jakości tych hodowli ma świadczyć fakt, że na jarmarkach w Wisznicach, Międzyrzecu, Łosicach i Łukowie można kupić lepsze konie niż w Łęcznej, która do najbardziej znanych końskich jarmarków się zalicza. Wracając do artykułu to autor podkreśla fakt, iż w małej hodowli (kilka klaczy matek) nie znalazł źrebaka z wadami. Stado matczyne niesie w sobie cechy starej polskiej rasy, klacze głębokie, długie na niskich nogach. Ogiery w używane w hodowli pochodzą z chowu własnego lub stada ogierów z Janowa Podlaskiego. O jakości stada miał świadczyć fakt, iż nie ma podziału na konie cugowe i fornalskie. Wszystkie konie z fornalki bez problemu służyły jako cugowe lub wierzchowe. Hempel wymienia też kilka wyróżniających się koni począwszy od własnej hodowli ogiera Flirt półkrwi trakeńskiej, kasztanowatą 17-letnią klacz Żulietkę matkę 12 doskonałych źrebiąt w tym Elmy po Olbrzymie, ciemnogniadą Fortunę, Amazonkę i wiele innych. Majątek i hodowlę koni obecny właściciel odziedziczył po swoim ojcu i tutaj znalazłem wyjaśnienie skąd rodzina Rogowskich w Przegalinach Wielkich. Otóż w 1898 roku po śmierci Sylwestra Rogowskiego właściciela wsi Cichostów (obecnie gmina Milanów powiat parczewski) majątek sprzedano a w wyniku podziału rodzinnego jego synowi Teodorowi kupiono od Szaniawskich Przegaliny Duże vel Wielkie. Tutaj mi nie pasowało, bo przecież rodzina Szaniawskich gospodarowała w Przegalinach do reformy rolnej. Znalazłem jednak informację, że majątek Przegaliny Wielkie składał się z części A (większej) i B (mniejszej) i to właśnie trochę tej części zostało sprzedane. Wygląda na to, że znajdowała się ona w okolicach dzisiejszej wsi Brzeziny. Zastanawiam się teraz, czy potem nie przeszła w ręce rodziny Bożyków, bo o tej słyszałem a i jako dzieciak pamiętam pozostałości po zabudowaniach dworskich. Jeśli ktoś ma jakieś informacje będę wdzięczny za podzielenie się nimi. Pod spodem fotografie przegalińskich rumaków z artykułu w „Starcie"
A jeśli będziecie nasłuchiwać w Przegalinach turkotu wozów Szemiota, to może i rżenie koni Rogowskiego da się usłyszeć. Ja słyszałem, ale ucho mam wprawne okrutnie.

„Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypomina                                            Z dali tętent kopyt słycha...
22/03/2026

„Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypomina
Z dali tętent kopyt słychać tak opowieść się zaczyna”

Opowieść 46 – Jak Szemiot z Przegalin na wycieczkę pojechał

Każdy ma swoją „Dolinę Issy” czyli kraj dzieciństwa, miejsce które jest bajkowe, często idealizowane i w związku z którym pamięta się tylko same dobre rzeczy. A raczej te dobre rzeczy przysłaniają te trochę gorsze. Moją „Doliną Issy” jest rodzinna miejscowość mojej Mamy – Przegaliny Duże, leżąca na krańcu powiatu radzyńskiego. Minęło trochę czasu kiedy zacząłem dostrzegać i poznawać historię Przegalin, bardzo ciekawą i często niepowtarzalną. Nazwa Przegaliny, kiedyś Prohaliny tak Wielkie jak i Małe pochodzi od słowa prohalina oznaczające polanę wśród lasów, często podmokłych. Dziś już tam dużych lasów nie ma, ale w tych co zostały były bagienka (dawno nie byłem więc nie wiem jak jest teraz). To właśnie tam w latach 80 ubiegłego wieku zobaczyłem łosia. Dziś zwierzę bardzo popularne, natomiast wtedy w okolicach mojej rodzinnej Woli Osowińskiej wtedy nie spotykane. Może część z czytających będzie się zastanawiał dlaczego nazwa pierwotna brzmi z rosyjska. Do ogłoszenia aktu konstytucji 3 maja Przegaliny leżały na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, a tam językiem administracyjnym pisanym (przed wprowadzeniem łaciny i polskiego) był język r***i (nie mylić z rosyjskim). Wiem, że niektórym trudno w to uwierzyć bo przecież Litwa to Kowno, Wilno, Kiejdany i czasem reagują oburzeniem kiedy się mówi że to teren dawnej Litwy.
Przegaliny miały szczęście do "kolorowych” i nie szablonowych właścicieli. Byli wśród nich Władysław Szaniawski -astronom, wynalazca, społecznik jak i bohater dzisiejszej opowieści Samuel Stanisław Szemiot – barokowy poeta i człowiek, który zorganizował chyba pierwszą w tamtym czasie wycieczkę religijno-turystyczną po miejscach świętych. Przegaliny nie były jego majątkiem rodzinnym a otrzymała je jako wiano jego żona Zofia z Kierdejów. On sam był absolwentem wileńskiego kolegium jezuickiego po ukończeniu którego wstąpił na Wydział Filozoficzny Akademii Wileńskiej. Jeszcze przed ślubem został starostą nowomiejskim w powiecie rosieńskim, który to znany jest nam z „Potopu” Henryka Sienkiewicza, bo przecie miecznikiem rosieńskim był Tomasz Billewicz (nie ma go w filmie) stryj Oleńki i przywódca drobnej szlachty Laudańskiej po Herakliuszu Bilewiczu (potem jego rolę przejął Kmicic). Wiodącą rolę wśród drobnej szlachty Laudańskiej odgrywał ród Butrymów z Józwą Beznogim na czele. Nazwisko Butrym występuje i w Przegalinach. Moja praprababcia Marianna Sadowska była z domu Butrym, dlatego Butrymy z „Potopu” są mi bliscy (mimo iż z początku Jędrusia Kmicica nie lubili). Ale wracając do Szemiota i jego związków z końmi bo przecie o to w moich opowieściach chodzi anno domini 1680 nasz poeta razem z kompanią wyruszył na wycieczkę po miejscach świętych. Jako transport posłużyły wozy zaprzęgnięte w konie. Świadectwem tej wyprawy jest „Diariusz peregrynacyi na różne miejsca święte szczęśliwie odprawionej anno 1680” chyba pierwszy polski przewodnik turystyczny. Niestety nie znalazłem tam opisów koni, uprzęży i pojazdów więc pozwolę sobie podywagować w tej materii. Nie znamy liczby ludzi, wiemy tylko że koni w tej grupie było 45 sztuk. Jeśli chodzi o rodzaj pojazdów Szemiot używa określenia wozy, czyli najpopularniejsze wtedy pojazdy, różniące się od siebie detalami. Raczej nie było tam wozów jednokonnych, zastanawiam się czy były zaprzęgi dwukonne czy wielokonne, czy wozy były jedno łącznikowe czy o budowie złożonej rozworowej. Myślę, że kilka koni było też pod siodło bo przecież mimo tego iż z pamiętnika wynika, że Szemiot bardzo dobrze zaplanował trasę to trzeba było jednak drogę na bieżąco sprawdzać. Rzeki przekraczano w bród albo promami więc dobrze było wiedzieć czy jest bezpiecznie a nie musieć zawracać od rzeki. Wyprawa trwała od 29 sierpnia do 30 września (było po żniwach, a ziemniaków jeszcze nie uprawiano) i podczas niej żaden z koni nie poniósł szwanku a jeśli chodzi o pojazdy to tylko raz naprawiano wóz, 24 września w Opatowie czyli już w drodze powrotnej po przejechaniu wielu kilometrów. To świadczy o dobrym przygotowaniu i doborze tak koni jak i sprzętu, jak też o rozsądnym ich użytkowaniu. Nie wiem jaka była uprząż, ale myślę że raczej szleje albo półszorki żeby ewentualnie konie zmienić bez konieczności zapasowej uprzęży. Na pierwszym noclegu we wsi Ulan część koni się rozbiegła, jednak zostały połapane i bez strat własnych z opóźnieniem ale ruszono w drogę. W swojej wędrówce turyści z Przegalin dotarli do Kalwarii Zebrzydowskiej i autor pamiętnika po raz pierwszy w polskiej literaturze opisuje Tatry. Zastanawia mnie też czy wozy były wyposażone w hamulce, bo przecie okolice Przegalin płaskie ale im bliżej gór tym wzniesienia większe i jak się na nie wjedzie to i zjechać trzeba. W mojej wyobraźni są półkoszki i wozy z pałubami czyli płachtami rozpiętymi na specjalnym rusztowaniu i konie w typie orientalnym i swojej wizji nie zmienie bo taka się dla mnie podoba i już. A jak ktoś będzie miał inną to też wolno mu i już. Poezyja to czysta. Trasy nie będę opisywał szczegółowo, zachęcam do przeczytania „Diariusza” i poezji Szemiota. A w Przegalinach wiatr szumi i opowiada, a najbardziej przy dębie w dworskim parku, warto się wybrać i posłuchać.

Dziś kolejna rocznica szarży pod Borujskiem. Chociaż szli ze wschodu i na czapkach mieli "piastowskie orły" to wielu z n...
01/03/2026

Dziś kolejna rocznica szarży pod Borujskiem. Chociaż szli ze wschodu i na czapkach mieli "piastowskie orły" to wielu z nich swój szlak bojowy rozpoczęło 1 września 1939 roku pod Mokrą gdyż ponad 50 procent stanu osobowego Warszawskiej Dywizji Kawalerii stanowili przedwojenni ułani 19 i 21 PU, którzy w szeregach Wołyńskiej BK stawili opór Niemcom pod Mokrą. Ci najbardziej kolorowi z kolorowego wojska jakim była przedwojenna kawaleria. 19 Pułk ułanów nosił dumnie granatowy otok co wyśmiewano w żurawiejkach przyrównując go do piechoty, natomiast 21 Pułk ułanów nosił otok seledynowy przyrównywany do sałaty. Dane im było jednak z szablą w dłoni i konno poczuć smak zwycięskiej szarży i przełamać obronę niemiecką.
Chciałbym też przypomnieć postać oficera politycznego tejże 1 Warszawskiej Dywizji Kawalerii pułkownika Stanisława Arkuszewskiego, przedwojennego podoficera 5 Pułku Ułanów Zasławskich, który to choć komunista nie zapomniał po wojnie o kawalerzystach i wielu przedwojennych ułanów (oficerów i nie tylko, żołnierzy AK też) " chował" po państwowych ośrodkach hodowlanych z końmi. Dzięki temu wielu fachowców mogło dalej pracować na rzecz hodowli koni i po " cichu" przemycać tradycje młodszym pokoleniom jak choćby dyrektor PSO w Koźlu Marek Rozczynialski, prof. Ludwik Maciąg i wielu innych.

Część Ich Pamięci!!!

„Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypomina                                            Z dali tętent kopyt słycha...
31/01/2026

„Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypomina
Z dali tętent kopyt słychać tak opowieść się zaczyna”

Opowieść 45 -Bij bolszewika.

- Mały, lecisz na patrol razem z plutonowym Surlikiem, Zydyrkowem, Muchą i Achmodjarem
- Tak jest panie poruczniku – najmłodszy wiekiem w plutonie tatarskim ułan Roman Romanowicz wyprężył się i kiedy łączył pięty leciutko zadzwoniły ostrogi. Już ten czas minął kiedy dąsał się na to określenie, było bardziej pieszczotliwe niż obraźliwe. Po prawie dwóch miesiącach w walce nie musiał nikomu nic udowadniać. Nawet starzy kaukazczycy służący w plutonie Ułanów Jazdy Tatarskiej im . Mustafy Achmatowicza patrząc na jego wyczyny uśmiechali się i cicho mówili
- Mołodyj, nu zubata szczuka. Bagadyr.
Kiedy przy konowiązie siodłał swojego bułanego wałacha zwanego Buńczuk, obaj podporucznicy rodem z Kaukazu Totjew i Cucjew przyglądali się temu z uśmiechem.
- Znów go wysyłasz na patrol? Zawsze on, dlaczego?
-Nie śmiej się, ale mam wrażenie ze przynosi nam szczęście. Mam tak od szarży pod Wasilkowem-cicho powiedział Totjew. -Ten jego koń też dobra cholera. Kopie, gryzie i nikomu do siebie nie pozwala podejść a patrz jak Mały go obłaskawił.
- Gówniarz on ale bojowy mocno. Z dobrego gniazda – stwierdził Cucjew. -Strzela jak snajper, jeździ konno jak kozak i jeszcze mapę umie czytać, taktyki liznął. Odważny i szczęście ma. Jak przeżyje wojnę to kariera przed nim, jak zginie ci co przeżyją będą o nim pieśni śpiewać.
Młody Roman w tym czasem dosiadł swojego bułanka i podjechał do plutonowego Surlika i reszty patrolu i razem postępowali pod chałupę przed którą stali obaj podporucznicy.
-Patrol baczność! Panie poruczniku, plutonowy Surlik plus czterech melduje gotowość do wyjazdu na patrol.
-Pojedziecie w kierunku na folwark Łapiguz, Sitno, Horyszów Polski, Miączyn. W przypadku napotkania wroga unikać kontaktu i jak najszybciej wrócić z meldunkiem. Zrozumiano?
-Tak jest panie poruczniku
- To szczęścia chłopcy i wróćcie cało.
Maleńki oddział ruszył w wyznaczonym kierunku. Po wyjechaniu za zabudowania Sitańca ruszyli kłusem. Pogoda nie była im łaskawa. Niebo płakało strugami łez, jakby nie miało już nadziei na przetrwanie dopiero co odrodzonej Polski. Maleńki oddziałek posuwał się wolno w wyznaczonym rozkazem kierunku. Konie z trudem wyciągały kopyta z błota, nie łatwo było poruszać się po rozmiękłej deszczami ziemi zamojskiej. Borowina jak mówili tutejsi, wiązała koniom kopyta a ludziom buty wiec nie mogli sobie pozwolić na szybkie tempo. Minęli bokiem zabudowania folwarku Łapiguz, Czołki i dotarli do majątku Sitno. Tam w kępie drzew na polu zatrzymali się żeby dać odpocząć wierzchowcom. Romek wszedł na jedno z drzew i za pomocą lornetki obserwował okolicę. Na razie nic nie wskazywało na jakakolwiek obecność bolszewików. Kiedy znalazł się na dole dołączył do pozostałych ułanów.
-Panie plutonowy, na razie czysto. Nic nie wskazuje na obecność czerwonych.
- To dobrze Mały, damy koniom chwilę odpocząć i ruszamy dalej, zgodnie z rozkazem. Do Miączyna jeszcze kawał drogi. Achmodjar, weź od Małego lornetkę i stań na warcie w stronę na Horyszów.
Tak toczno – stary kozak wziął lornetkę i ruszył we wskazanym kierunku.
Pozostali karmili konie owsem wyjętym z owsiaków, przy czym Zydyrkow karmił swojego i Achmodjara.
Ułan Mucha nieopacznie podszedł zbyt blisko Buńczuka a ten położył uszy i ostrzegawczo kłapnął zębami.
-Ej Bulany zachowuj się- Romek lekko klepnął wierzchowca w szyję- wojna jest, nie miejsce na szutki.
-Romek, powiedz skąd masz tego diabła- zapytał Leon Mucha - i naganta masz, lornetkę, szablę ozdobną i rząd bogaty. Z domu dostałeś? Bułany tez inny niż nasze konie.
-Nie, to długa a w zasadzie i niedługa historia. Dołączyłeś do plutonu pod Jabłonną to nie wiesz jak było.
- Opowiedz- poprosił Leon.
-Mów, mów -poparli go pozostali, choć Surlik był świadkiem tych wydarzeń.
- W lipcu byłem u wujostwa w Wilnie i kiedy nieprzyjaciel zagroził miastu, uciekłem z domu i zameldowałem się u porucznika Jana Kallaura tworzącego szwadron marszowy z tatarskich ułanów. Nie miałem nic ze sobą i z początku chcieli mnie do domu odesłać żem za młody, ale uprosiłem i pozwolono mi pokazać jak strzelam. Z dziadkiem polowałem od dziecka i strzelałem z każdej dostępnej mi broni więc trafianie z mosina nie stanowiło dla mnie problemu.
- A koń- ułan Mucha wprost płonął z ciekawości.
Roman uśmiechnął się i zaczął opowiadać. Było to wszak niespełna dwa miesiące temu a wydaje się ze tak dawno. Dobrze pamięta słowa porucznika Kallaura
-Konia dla Ciebie nie mam chłopaku. Zmykaj do domu- zobaczywszy jednak oczy chłopaka szklące się od łez i przypomniawszy sobie celność jego strzałów powiedział
- W zasadzie jest jeden koń, został po zabitym przez czerwonych kornecie Saakaszwilim, ale to bestia i nie da się dotknąć. Jeśli dasz sobie z nim radę to bierzesz konia, rząd i oporządzenie korneta. Jesteś gotów?-
Roman zgodził się bez wahania. Kiedy wszedł do stajni gdzie w ostatnim boksie w kącie stał bułany achałtekiński wałach, popatrzył na niego i stwierdził, że nie będzie łatwo. Koń miał wprawdzie na łbie kantar, ale jego przekrwione oczy i wyszczerzone zęby nie wróżyły nic dobrego. Kiedy młody kandydat na ułana zatrzymał się przed boksem, wałach z wściekłym kwikiem skoczył na kraty i uderzył w nie zębami.
- I co młodzieńcze, to nie jest konik na biegunach – powiedział porucznik, a stojący obok niego pochodzący z Kaukazu podporucznik Totjew stwierdził
- Mały, nie ryzykuj. Szkoda Cię.
Romek już miał się wycofać, kiedy poczuł cos dziwnego. Cos co kazało mu otworzyć drzwi do boksu i wejść. Koń na jego widok z kwikiem skoczył do przodu chcąc zdeptać intruza ale chłopak rozłożył szeroko ręce i z głębi trzewi zaryczał straszliwie. Nie tylko bułanek cofnął się zdezorientowany w róg boksu, ale też obaj oficerowie odskoczyli nieco przestraszeni. Chłopak i koń stali nieruchomo. Kiedy ten pierwszy zaczął nucić melodie bez słów, ale niosącą zapach stepu i wolności wałach wstrząsnął łbem i znowu zaatakował. I znów rozległ się ryk. Taka sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie, a w chwilach spokoju rozbrzmiewała melodia. Romek czuł jak po plecach płynie mu struga potu a i z konia kapać zaczął pot wywołany stresem. Wreszcie argamak parsknął, oblizał wargi i opuścił głowę a młody ułan tatarski podszedł do niego poklepał po szyi i wyprowadził na korytarz. Podczas czyszczenia przy koniowiązie bułany achałtekiniec zachowywał się już bez zarzutu. Rząd okazał się być siodłem oficerskim armii carskiej czyli bardzo wygodną kulbaką warszawską i ozdobnym ogłowiem w typie kozackim, a szabla doskonałą zdobioną szaszką kaukaską. Do tego doszedł pas z nagantem i lornetka. Kiedy po osiodłaniu Romanowicz zaprezentował swoje umiejętności jeździeckie i kunszt wladania szablą, podporucznik Totjew poprosił dowódcę o przydzielenie młodziutkiego ochotnika do jego plutonu. Od tamtej pory wojowali razem.
- A jak w szarży pod Wasilkowem ratowaliśmy nasza baterię co ugrzęzła w piachu, Mały i Buńczuk siekli, tratowali i uratowali porucznikowi życie to uznał ich za największych szczęściarzy i odtąd jak cos trudnego to Mały. Niedługo na Virtutti zarobi- dodał plutonowy.
-A czemu bułany to Buńczuk?- zapytał Leon Mucha zafascynowany opowieścią kolegów.
- Miałem go jakoś nazwać, a wtedy tatar Żuk powiedział, że dobrze go ochrzcić trzeba bo on buńczuczny. Tak i został Buńczuk.
-A co mu nuciłeś, wtedy, w stajni? – Mucha nie mógł przestać pytać
-Babcia mi zawsze do snu nuciła, mówiła że jeszcze ze stepu kołysanka - uśmiechnął się Roman – to mi wtedy do głowy przyszło.
- A Ty Tatar? Katolik przecie – Mucha aż gębę ze zdziwienia otworzył
- Tatar, ale moi uciekli z ordy wtedy kiedy tam chan Uzbek islam zaczął wprowadzać i prześladować tych co w starych bogów wierzyli. Jeszcze przed Jagiełłą i Witoldem to było. Po latach ochrzcili się ale przecie krew Dżyngisowa w nas płynie.
- Rebiata, bolszewiki idut – nagle cicho odezwał się Abduk Asmodjar- razwietka sraza, ale idut.
- Podciągać popręgi i cicho wycofujemy się – plutonowy rzucił rozkaz- Mały leć duchem do porucznika, niech się szykują do obrony. My będziemy cię osłaniać. I pamiętaj bij bolszewika.
- No ruszaj Bagadyr – Zydyrkow po raz pierwszy nazwał tak Romka - i Boh s toboju.
Bułany achałtek z przyklejonym do grzbietu jeźdźcem ruszył galopem w kierunku Sitańca i po jakimś czasie wpadł w zabudowania wioski. Po złożeniu przez Romka meldunku, pluton tatarów i III dywizjon 2 Pułku strzelców konnych razem z 10 dywizją piechoty przygotowywały się do obrony wioski. Z patrolu wrócił tylko ranny ułan Leon Mucha. Plutonowy Ludwik Surlik, ułan z Kaukazu Abduk Achmodjara oraz tatar Musin Zydyrkow do końca walczyli aż ich czerwona fala zmyła.
Kiedy po odparciu Budionnego spod Zamościa i wygranej Potrzebie Komarowskiej polska jazda ruszyła w pościg za Konarmią, w plutonie tatarskim młody Romek Romanowicz na Buńczuku gnał w pierwszym szeregu obok podporucznika Totjewa i kiedy ścinał kolejną bolszewicką głowę szeptał cicho
- Za Ludwika, Abduka i Musina giń czerwone ścierwo - a w uszach słyszał szept Surlika
-Bij bolszewika.

Wczoraj w Zwierzyńcu odbyły się VI Zawody Kawaleryjskie organizowane przez Stowarzyszenie Roztoczańska Konna Straż Ochro...
03/08/2025

Wczoraj w Zwierzyńcu odbyły się VI Zawody Kawaleryjskie organizowane przez Stowarzyszenie Roztoczańska Konna Straż Ochrony Przyrody im. 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich. Zostałem poproszony o komentowanie zawodów. Robiłem to już po raz piąty, a dodatkowo w 2,3 i 4 edycji byłem sędzią głównym. Razem z Moniką jako Stajnia "Elear" ufundowaliśmy ostrogi jako nagrodę pocieszenia dla ostatniego ułana, który ukończy zawody. Zawody te były też eliminacją do Kawaleryjskich Mistrzów Polski we władaniu bronią konno, które odbędą się w Grudziądzu w przedostani weekend sierpnia. Sędzią głównym zawodów był wachmistrz kawalerii ochotniczej Artur Brzozowski z 9 Pułku Ułanów Małopolskich. Jechał poza konkursem żeby zdobyć punkty eliminacyjne do MP i jego przejazdy sędziowałem ja. Jeżeli wynik Artura liczył by się do zawodów to wygrałby bezapelacyjnie.Łącznie wystartowało 13 zawodników z tego jeden na 2 koniach. 1 miejsce zajął Mikołaj Dąbrowski reprezentujący Radzyńskie Stowarzyszenie Kawaleryjskie im. rtm Wincentego Zawadzkiego w barwach 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich na ogierze Werbel, drugie i trzecie miejsce zajął Bartosz Bartosz Dziob na koniach Aragorn i Bohun. Ostrogi otrzymał Piotr J***o w barwach 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich na klaczy Izaura. Nagrody wręczali ich fundatorzy. W imieniu Stajni "Elear" nagrodę wręczała Monika w towarzystwie dyrektora Roztoczańskiego Parku Narodowego dr Tadeusza Grabowskiego i komendanta RKSOP Wojciech Gawroński , który był też fundatorem 1 nagrody - szabli oficerskiej wz.21/22. Drugą nagrodę ufundował nasz kapelan ks. Janusz Latoch i była to lanca kawaleryjska.Trzecią nagrodę ufundował Urząd Gminy Zwierzyniec a wręczała pani sekretarz UG. Dodatkowo Przemysław Jankowski ufundował puchary dla 3 pierwszych zawodników. Komendant RKSOP zakupił 3 bukiety kwiatów które w podziękowaniu otrzymały: Pani Sekretarz UG Zwierzyniec, Karolina Bogacz , która sekretarzowała zawodom i Monika Skowron która prowadziła biuro zawodów . Chcielibyśmy podziękować wszystkim za udział w zawodach, pomoc podczas ich trwania ( zwłaszcza obsłudze toru) i publiczności za doping.
Zdjęcia autorstwa Tomasz Stefan .

„ Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypomina   Z dala tętent kopyt słychać tak opowieść się zaczyna”Opowieść 42 –...
20/07/2025

„ Od Bystrzycy tęskne rżenie dawne czasy przypomina
Z dala tętent kopyt słychać tak opowieść się zaczyna”

Opowieść 42 – Bóg wojny w kawaleryjskiej służbie

- Patrzajta Witia wierzchem jedzie
- Nie może być, na kocie?
- Nie, na Marsie
Taką parafrazę z jednego ze słynniejszych polskich filmów można było wypowiedzieć na widok jeźdźca i jego wierzchowca. Czasem ułan, kozak, bolszewik a czasem szlachcic Witek zwany Witią i jego czystej krwi arabskiej ogier o imieniu rzymskiego boga wojny Mars. Ta para znana jest miłośnikom kawalerii w Polsce i za granicą a jeśli chodzi o konie biorące udział w Komarowskiej Potrzebie śmiało można zaliczyć Marsa do panteonu koni zasłużonych w tejże. Nie wiem ile dokładnie razy razem z Witkiem szarżowali na polach komarowskich, byli po stronie zła i po stronie dobra, brali udział w manewrach, grali w filmach tam kręconych. Wierni uczestnicy obchodów rocznicy bitwy pod Komarowem dobrze kojarzą gniadego, malowanego ogiera i jego jeźdźca. Kiedy rozmawiałem z oglądającymi te uroczystości i słuchałem opisów koni, które zapamiętali, Mars łapał się do pierwszej piątki.
Nasza znajomość z Witkiem i Marsem datuje się od zdjęć do filmu w reżyserii Jerzego Hofmana „Bitwa Warszawska 1920” czyli trwa już lat 15. Akurat w Warszawie kręcone były sceny z wymarszu wojska zaraz po ślubie Oli i Jana. Siedziałem wtedy na klaczy użyczonej mi przez 1 Pułk Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego maści tarantowatej, konia miałem pierwszy raz pod tyłkiem i nie wiedziałem czego się po niej spodziewać. Po przygodzie z „Ogniem i mieczem” wiedziałem już, że praca w filmie polega głównie na czekaniu na dobre światło. Dzień był pochmurny więc światło było takie se, z nieba padał kapuśniaczek a konie zaczęły „troić” w najlepsze. Z określeniem, że koń „troi” zetknąłem się pod Komarowem właśnie. Nazwa wymyślona przez żartownisiów z 9 Pułku Ułanów Małopolskich pochodzących z terenów Zamojszczyzny. Ile ludzi nabrali na „trojenie” koni to coś niesamowitego. Chłopaki to dobrzy jeźdźcy, hodowcy koni wiec kiedy podchodzili lub podjeżdżali do kogoś – mówili, że jego koń „troi” tenże człowiek zaczynał się zastanawiać co się dzieje z wierzchowcem. Pierwsze skojarzenie to kulawizna. I się zaczynało. Bieganie z koniem w ręku, oglądanie go, zwoływanie konsylium, a ci stali z poważnymi minami twierdząc głośno – troi jak nic. Na zawodach organizowanych przez nas w Woli Osowińskiej wmówili jednemu z zawodników, że koń mu „troi” i musi go natychmiast rozkuć bo inaczej będzie dyskwalifikacja. Biedny ułan zaczął biegać i szukać kowala. Dobrze, że znalazł się ktoś bardziej doświadczony i wytłumaczył nieborakowi na czym polega „trojenie” u koni.
Kiedy koń „troi” to rży, sra i stoi.
Wtedy na planie filmowym rżenia za bardzo nie było ale obu rzeczy na s dużo. Koni było dobrze ponad 100 i kiedy każdy wykonał kilkukrotnie jeden z elementów „trojenia”, a potem to rozdeptał kopytami na bruku, zrobiło się niemiłosiernie ślisko. Dodatkowo odnosiłem wrażenie, że niektórzy z jeźdźców pierwszy raz mieli w rękach podwójne wodze i nie bardzo umieli się nimi posługiwać. Konie zaczynały się cofać wpadając na te stojące za nimi i czasem dochodziło do poślizgnięć i upadków na bruk. Sam takowy zaliczyłem, bo stojący obok mnie w trójce chłopak nie radził sobie ze swoim rumakiem i psuł szyk. Kiedy trójka za nami miała dosyć już tej sytuacji obawiając się o swoje konie i po kilkukrotnie zwróconej uwadze, jeden z nich użył lancy i lekko zatrzymał cofającego się na nich konia. Ten wystartował do przodu ale zatrzymany ostro na pelamie wspiął się do góry i wpadł na tarantkę. Chciałem się odsunąć lecz kobyła kuta na przód na gładko pojechała na gównianej ślizgawce i upadła na nadgarstki a ja poleciałem przez łeb. Szybko się pozbieraliśmy, jednak nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Jeden z koni upadł tak nieszczęśliwie ze nie mógł się sam podnieść bo oparcia pod kopytami nie łapał. Przy każdej próbie rozjeżdżały mu się nogi i tyle. Kilku ułanów zeskoczyło z koni żeby pomóc, wśród nich był Witek z którym poznaliśmy się chwilę wcześniej. Wiedziałem wiec, że jego rumak to ogier czystej krwi arabskiej. Dlatego kiedy podjechał do mnie i zeskoczył z konia podając mi jego wodze ze słowami – trzymaj go – zaprotestowałem, ze przecież siedzę na obcej mi kobyle a to ogier. Wtedy Witek stwierdził - Mars pod siodłem nie kryje i była to prawda. Od tego czasu trudno mi policzyć nasze spotkania i wspólne wojowania. Na pewno razem pojechaliśmy na Litwę w 2019 roku.
Ale nieco więcej o Marsie i jego przodkach. Urodzony w 2001 roku syn ogiera o jakże kawaleryjskim imieniu Zagon przez którego jest kontynuatorem rodu męskiego Kuhailan Haifi or.ar. a przez matkę klacz Munihra rodziny klaczy Gazella or.ar., która to została sprowadzona do Jarczowiec w 1845 roku przez Juliusza Dzieduszyckiego. Niesie w sobie w krew zacnych bojowych wierzchowców, magicznych kuhailanów. Jako 3 latek odbył trening wyścigowy na Służewcu, ale chyba nie był to jego żywioł bo według statystyk brał udział tylko w jednym wyścigu ale bez sukcesu. Na Służewiec wrócił po kilku latach żeby razem z Witkiem wziąć udział w Kawaleryjskich Mistrzostwach Polski tam rozgrywanych. Brał udział w zawodach międzynarodowych formacji kawaleryjskich z sukcesami. Ma za sobą wiele pokazów, rekonstrukcji i inscenizacji wydarzeń historycznych oraz jak twierdzi Witia tysiące kilometrów w kopytach. Popisowym numerem Marsa i Witka było położenie się Marsa, na nim Witka i zostawali przykryci kocem. Po czym Witek strzelał z pistoletu. Był to ogromny pokaz zaufania, bo konie nie lubią ciemnoty i ciasnoty a zwłaszcza w pozycji nie dającej szans na ucieczkę. Oprócz zalet konia bojowego to doskonały koń rodzinny, który bardzo dobrze opiekował Witkową córką Oliwką a teraz służy jako wierzchowiec Basi (nie córce Witka). Żyje sobie otoczony miłością i rozpieszczany jako najważniejszy koński członek tej rodzinki.
Wydaje mi się, iż dryg aktorski Mars ma po swoim pradziadku słynnym ogierze Celebes, który to przez 12 lat występował na cyrkowych arenach i dopiero w jakże słusznym wieku lat 16 rozpoczął karierę reproduktora. Ta historia jest niesamowita. Jego hodowca pan Roman Pankiewicz wspomina iż Celebes urodził się w 1949 roku w Albigowej jako syn Witraża i Canarii po ogierze Trypolis. Jako dwulatek trafił na tor wyścigowy na Służewcu, ale nie wziął udziału w żadnej gonitwie ( Pan Roman przypuszczał iż wziął po swoim ojcu Witrażu niezależny charakter) i w 1952 roku trafił do PSO w Drogomyślu ( tam swoja karierę jeździecką zaczynał Jan Kowalczyk). Jednak w 1953 roku wybrakowany ze względu na wzrost, bo uznano iż 146 cm to trochę za mało i został sprzedany do cyrku. Na szczęście „klejnoty rodowe” mu zostawiono. Kiedy inny syn Witraża Bask rozpoczął karierę hodowlaną w USA i został tam bardzo popularnym reproduktorem, w Polsce rozpoczęto poszukiwanie syna Witraża by odbudować gasnący już ród Kuhailana Haifi. Wtedy to dyrektor PSK w Michałowie Ignacy Jaworowski odkrył, że w jednym z cyrków występuje Celebes i tu cytuję Romana Pankiewicza
„więc się zaraz „zakrzątnął”, aby ogiera tego zdobyć. Ponieważ jestem abstynentem, nie mogłem mu w tym pomóc, nie muszę więc wyjaśniać na czym to „zakrzątnięcie” polegało. Na szczęście do Michałowa należała gorzelnia, która w czasach załatwiania transakcji pracowała pełną parą”
Tutaj trochę jak w „Samych swoich” waluta płynna była zawsze ceniona
„- Witia , grosz się kończy
- Zrobim tata nowy, lepszy”
Każdy sposób był dobry aby hodowla mogła rozwijać się dalej.
Matka Marsa klacz Munihra urodziła się w stadninie Korfowe Arabians, natomiast jego babka Mu-Farach i prababka Megara pochodziły ze słynnej stadniny pan Zygmunta Braura, który to jako pierwszy prywatny hodowca w okresie „realnego socjalizmu” prowadził swoja stadninkę koni arabskich w Dobrowie koło Staszowa. Cenił sobie bardzo typ kuhailana i w takim kierunku prowadził swoja hodowlę. Jego konie charakteryzowały się gniadą maścią, innych w stadzie nie było i jak głosi anegdota – jakiś potencjalny kupiec miał się zapytać pana Zygmunta czy nie ma koni innej maści niż gniada i wtedy usłyszał, że „to nie apteka i tu się maściami nie handluje”. Jego konie cechowała użytkowość. Spotkałem się gdzieś z opisem że po wyźrebieniu prowadził swoje klacze to ponownego krycia na tzw. ”dziewiątkę” do odległej o około 40 km SK Michałow jadąc w siodle i obok prowadząc kilkudniowego źrebaka. Po pokryciu wracał tego samego dnia. W tamtych czasach dla ludzi użytkujących konie to były inne odległości a i dróg przyjaznych kopytom było więcej. Ktoś kiedyś obliczył, ze zaoranie hektara ziemi pługiem jednoskibowym wymagało przejścia 30 km. Jednak dla takiego małego źrebaczka to już był kawał drogi.
Oprócz stadniny pana Braura klacze z rodziny matczynej były hodowane w Jarczowcach Dzieduszyckich, potem w Pełkiniach u Czartoryskich, SK Albigowa i SK Nowy Dwór. W dawnych stajniach Czartoryskich w Pełkniach to Marsowi zdarzało się bywać i to nie raz, ot obroty i chichoty historii.
Teraz niech sobie żyje jak najdłużej w zdrowiu i sile.
Szkoda tylko, że takich koni już prawie nie ma. Ot ludzie chyba na nie formę rozbili a Pan Bóg za karę nowej zrobić nie chce.

Adres

Hermanów 15
Wojcieszków
21411

Telefon

+48 513 852 796

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Stajnia "Elear " umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij