07/03/2026
Sobota idealna – w teorii.
Mąż z entuzjazmem rzuca hasło: „Zróbmy coś aktywnego!”. Opcje brzmią ambitnie: bieganie, rower górski, gravel. Człowiek czuje powiew sportowej przygody. Ja, w przypływie odwagi i lekkiej naiwności, wybieram: gravel w górach.
Mąż od razu odpala tryb planisty wypraw wysokogórskich:
„Znam świetną trasę po czeskiej stronie. Piękna asfaltowa wstęga, 44 km, widoki, cisza, bajka”.
Brzmi jak folder turystyczny.
Pobudka o 4 rano – bo przecież najlepsze przygody zaczynają się wtedy, gdy człowiek jeszcze nie jest pewien, czy to sen, czy już kara za poprzednie życie. Pakowanie rowerów, termos, kanapki, 200 km jazdy samochodem. W głowie wizja: epicki gravel, górskie panoramy, może nawet zdjęcie „rower oparty o barierkę + mgła w dolinie”.
Start.
Pierwsze kilometry: dokładnie tak, jak obiecano. Piękny asfalt. Cisza. Góry. Człowiek myśli:
„No proszę, tym razem naprawdę wyszło idealnie”.
Kilometr 5 – asfalt nadal piękny,
Kilometr 12 – oficjalnie jesteśmy na torze łyżwiarskim w górach.
I wtedy następuje moment refleksji:
– łyżwy zostały w domu,
– raczki zostały w domu,
– zdrowy rozsądek też chyba został w domu.
Patrzymy na siebie i dochodzimy do jedynego logicznego wniosku: zawracamy.
Tak więc plan epickiej 44-kilometrowej pętli zamienił się w minimalistyczny projekt pod tytułem:
„200 km samochodem, żeby zrobić 30 km rowerem i wrócić”.
W pewnym momencie zaczęły nawet wracać wspomnienia z Sudety Divide – ten sam klimat przygody, tylko tym razem w wersji skróconej i bardziej ślizganej.
I jedno jest pewne - „my tu jeszcze wrócimy”!