15/01/2014
Z DZIENNIKA PODRÓŻY CZYLI MACIEJEWSKA W GRUZJI... (5)
12 listopada 2013 – ciąg dalszy :-)
Tym razem zacznę opowieść od posiłku, na który składają się chinkali – pyszne pierogi w kształcie sakiewek wypełnione mięsem i wonnym rosołem… Spożywamy w nabożnym skupieniu, a przy sąsiednim stoliku trwa supra – jest południe, goście biesiadują, toasty płyną razem z winem. Czyli dzień jak co dzień. Nie chcę bynajmniej sugerować, że nasi bracia Gruzini zajmują się wyłącznie szeroko rozumianą konsumpcją, bynajmniej. Fascynuje mnie ich potrzeba spotykania się, socjalizowania, wspólnego bycia razem, rozmowy. Tak, stanowczo to wyznawcy slow-food, czego wyrazem jest fakt, że MacDonaldy w Gruzji można policzyć na palcach jednej ręki niezbyt zręcznego stolarza.
Ruszamy do boju, czyli – zwiedzamy uzdrowisko Borjomi. Krocząc główną aleją spacerową mijamy będący w budowie wielki hotel zaprojektowany przez Włochów, okazały i elegancki. Aby do niego dotrzeć trzeba przejść najbardziej zwariowaną kładkę świata: w kształcie supełka (patrz: zdjęcie). W mojej lekko zakręconej głowie powstaje już obraz Maciejewskiej wędrującej wzdłuż zawiniętej konstrukcji głową do góry. W końcu cóż, jak ci Włosi tacy sprytni to może coś z grawitacją zrobili?...
Kroczymy nadal dumnie deptakiem, wokół pieczołowicie restaurowane drewniane pensjonaty. Wśród nich perełka z pogranicza kiczu: willa wniesiona w 1982 r. przez konsula Iranu dla jego żony, Firuzy. Willa jest błękitna, zdobiona niezliczonymi koronkami snycerskiej roboty, a przede wszystkim wielką loggią, której strop i ściany wyłożone zostały miriadami lusterek tworzących misterną mozaikę.
Na terenie parku zdrojowego zaczepia nas sympatyczny pan przewodnik: nie możemy sobie odmówić przyjemności skorzystania z jego gawędy, zwłaszcza, że pan jest ujmujący, w kaszkiecie i z teczką, no i strasznie mi przypomina jakąś postać z rosyjskiego filmu, taki jakby kaowiec – ale nie „gupi”, o nie! Pan ma w małym paluszku historię Borjomi, które widać, że kocha miłością czystą i lokalną.
Borjomi rozpoczęło swoją uzdrwiskową karierę na początku XIX w., gdy region ten znajdował się pod okupacją rosyjską. Wicekról Michaił Woroncow, zafascynowany tutejszym krajobrazem i własnościami borżomskich wód uczynił z tego miejsca swą letnią rezydencję otaczając ją nowym parkiem. W 1871 r. Borjomi otrzymał wielki książę Michaił Nikołajewicz, a jego syn pobudował w niedalekim Likani pałac, istniejący do dziś.
Opuszczamy miłego pana i udajemy się w górę doliny, pod prąd rzeki czasu. Pan z teczką jest bowiem chyba magiem, który otwiera nam krainę bajki o socrealizmie. Mijamy więc grzybki z betonu, pod którymi żyją cementowe krasnale, strzelistego herosa dekorującego strumień spływający piękną kaskadą, okręt z blachy i teowników (dwuteowniki też tam były) oraz drewnianą budkę, gdzie zmarznięta pani owinięta pledem, z fusiastą kawą w ręku, usiłuje sprzedać turystom pamiątki. Wszystkie te cudeńka otoczone są surowym kaukaskim lasem, co nadaje temu miejscu nieco groteskowy charakter.
Wreszcie dochodzimy do źródła czasu. No i faktycznie do źródła, bowiem w górnej części doliny znajduje się ujęcie gorącej źródlanej wody w postaci baseniku. Popadam w totalny zachwyt! Łąka wśród borów, na tej łące buda z brezentu (przebieralnia?) betonowy basen pomalowany na lazurowo i… rura! Rura doprowadzająca wodę ze źródła wprost do kąpieliska! Rura niezwykła, rura wielokrotnie złożona, rura absolutnie eklektyczna, po prostu WSZECH-RURA! Nic Wam nie napiszę więcej, zobaczcie sobie na filmie!
Wracamy, wehikuł czasu dostarcza nas z powrotem w 21szy wiek, czyli włoscy architekci szaleją, szaleje modernistyczna kładka. Ale nam oczywiście nie starcza, więc zapuszczamy się w boczne uliczki miasteczka. Wśród drzew odkrywamy stareńki kompletnie zrujnowany pałacyk, przytulony do zbocza doliny. Widać, że skazany jest on na powolną śmierć: dach już się zapadł, przez dziury w ścianach dostrzec można przestronne wnętrza. Strzeliste lukarny zdobione snycerką, wielkie półokrągłe okna. Doskonałe siedlisko dla duchów – szkoda, że odejdą wraz z tą piękną choć mroczną budowlą…
Powoli wracamy do naszej bazy. Po drodze mijamy porażający obraz, na który niestety nierzadko można się tutaj natknąć: bloki zamieszkałe przez uchodźców. Budynki dosłownie się sypią, dachy, schody, wszystko w ruinie. Kiedy przywołuję sobie obrazki z Borjomi widzę problemy, z którymi borykają się Gruzini. Tak bardzo walczą, żeby wyremontować, odrestaurować, oczyścić swój kraj, ale bezmiar potrzeb jest przytłaczający. Ja w nich wierzę.
Nieco zdrożeni docieramy do Atskuri: chociaż się ściemnia jedziemy oglądać ruiny tutejszej twierdzy. Krążąc dookoła nich odkrywamy coś jeszcze: szczątki wielkiej cerkwi. W zachmurzone niebo strzelają popękane ściany, gruz leżący wokół nosi ślady rzeźbień; wchodzimy do środka – nawet w obecnym stanie budowla pozostaje monumentalna. I trochę straszna… więc podskakuję, gdy zza ruin portalu wyłania się drobny człowieczek. Wita nas uśmiechem i prowadzi do kaplicy wygospodarowanej wśród ruin. Opowiada nam o historii cerkwi, wzniesionej w X w. Na jej wzór zbudowano w Tbilisi współczesną katedrę Świętej Trójcy (Tsminda Sameba)– dzisiejsze centrum gruzińskiego prawosławia. W Atskuri apostoł Andrzej pozostawił słynną ikonę Bożej Matki, z którą wędrował przez Gruzję niosąc chrześijaństwo, gdyż tutaj dzięki modlitwom przywrocił on umarłemu życie.Obecnie słynna ikona znajduje się w Muzeum Sztuk Pięknych Shalva Amiranashvili w Tbilisi.Na deser słyszymy jeszcze anegdotę na temat rosyjskiej pomocy, po którą zwrócili się Gruzini w obliczu tureckiego najazdu: kiedy Turcy zajęli twierdzę w Atskuri rosyjski generał przybył z odsieczą, a jakże. Walnął z armaty, zrobił dziurę w ścianie, i odjechał. Dziura widnieje do dziś, chyba jako symbol rosyjskiego wsparcia.
Zmęczeni wracamy do Mai – tym razem gospodyni pomknęła na wesele, a nas pozostawiła pod opieką swojego ojca, przesympatycznego starszego, tj. bardzo mocno starszego, pana. Pan ów już na wstępie rzuca się nam na szyje i całuje dubeltowo, ze słowami, że nas, Polaków, kocha. Cóż, bardzo to miłe, ale dlaczego? – pytamy lekko zdumieni. „Bo wy też nienawidzicie Ruskich” , odpowiada ze słodkim uśmiechem pan i serdecznie prosi nas do stołu…
Pałaszujemy i padamy do łóżek – jutro wyprawa konna.