20/11/2020
Na zawody Garmin Iron Triathlon w Nieporęcie Grzesiek zapisał się jeszcze w 2019 roku. Zrobił to, gdyż taki był cel aby wspomóc charytatywną zbiórkę dla Fundacji Spartanie Dzieciom przy projekcie . Zbiórka ta miała miejsce przy 41 Maratonie Warszawskim. Dzięki darczyńcom, za które baaardzo serdecznie dziękujemy, podopieczni fundacji otrzymali pomoc a Grzesiek przebiegł trzeci raz w życiu dystans królewski. Ale nie o Maratonie ma być ta historia lecz o zmaganiach na dystansie 1/4 IM.
Przygotowania do zawodów szły opornie, coś tam Grzesiek jeździł do pracy rowerem na dyżur po 20km w jedną stronę, basen starał się chodzić raz w tygodniu a bieganie szło jak krew z nosa. Ogólna niechęć sportowa, i to tak było jeszcze na jesieni 2019. Przyszła zima, rower poszedł w odstawkę, bieganie zmalało, został tylko basen i to przeważnie raz w tygodniu. W kalendarzu zmieniła się data z 2019 na 2020, przetrwaliśmy planowany zabieg operacyjny u Kajtka, zima miała się ku końcowi … ale tylko ta kalendarzowa bo śniegu przez całą zimę było raptem 1 dzień. Warunki treningowe były bardzo dobre, ale czas ten został koncertowo przez Grześka zmarnowany. Od stycznia/lutego Sylwia z Grześkiem powoli zaczęli przygotowania do mocniejszych treningów przed biegiem masowym przy mistrzostwami świata w Gdyni na dystansie półmaratonu a w dalszej perspektywie Półmaratonu Warszawskiego. Oboje próbowali coś rozkręcić się biegowo, aż przyszedł lockdown całego świata przez koronawirusa. Gdynię przełożyli, Warszawę odwołali z informacją, że kiedyś podadzą datę zawodów, baseny pozamykali … start w jakichkolwiek zawodach był pod wielkim znakiem zapytania. Z racji takiej niepewności zmalała ilość i jakość treningów. Na początku siedzenie w domu i zdalne nauczanie z Binionkami. Grzesiek zasuwał do pracy na dyżury, bo akurat w jego branży przestoju żadnego nie było, a wręcz odwrotnie, dostał specjalny papier gdzie pracuje i w razie zamknięcia Warszawy czy też blokady przeprawy przez Wisłę, miał możliwość poruszania się po mieście, aby mógł dojechać na dyżur. Na szczęście papier ten ani razu nie był potrzebny, miasto wbrew pogłoskom nie zostało odcięte od świata i żadne czołgi nie wjechały barykadować stolicy, choć słuchy takie były, że tak miało się stać. Czas leciał dalej, ludzie dostali pozwolenie na wychodzenie z domów do lasów, niektórzy zaczynali coś tam tuptać. U nas sportowa plaża, jedyna aktywność to ćwiczenia razem przed telewizorem z Moniką Kołakowską, aby nie zastać się w miejscu. Brzuszki oraz waga podczas kwarantanny poszły w niekontrolowanym kierunku, więc codzienne 35-50 minutowe treningi były dobrą odskocznią od dyżurów oraz próby bycia nauczycielem dla trójki dzieci w wieku szkolno-przedszkolnym oraz jednym całkowicie niesamodzielnym 9 miesięcznym brzdącem. Bliżej kwietnia Grześ powoli wskoczył na rower do pracy, ale też nie na każdy dyżur. Maj przyniósł zmiany stacji wyczekiwania z Marek do Ząbek, więc zwiększyła się ilość treningów biegowych i co dyżur w godzinach 7-19 powrót odbywał się przebieżką dookoła miasta, coś w okolicy 6km. Nikt nie wiedział czy i kiedy będą wracały zawody, ale w razie czego, jakieś treningi trzeba było zacząć robić … nikt nie chce, aby patrząc na ziemię, zamiast stup obserwować swój falujący bebzol. Od czerwca ruszyły baseny, więc i treningi w wodzie znowu miały rację bytu. Raz udało się nawet spotkać z ekipą z Decathlon Targówek na testach pianek do pływania na Gliniankach w Zielonce. Można tam było spróbować pokonania dystansu w wodzie na innym akwenie niż basen. Razem z basenami zaczęły się też spokojne coffe raidy do Nieporętu na treningi rowerowe. Trasa około 50 km jako przygotowanie, czy w ogóle Grzesiek da rade przejechać te wymagane 45km za jednym zamachem. Cały czerwiec i lipiec upłynął pod znakiem wzmożonych treningów, zarówno rower, jak i bieg oraz basen a także w dalszym ciągu treningi przed szklanym ekranem z Moniką Kołakowską na wzmocnienie całego ciała. Kiedy było wiadomo, że Triathlon w Nieporęcie najprawdopodobniej nie będzie odwołany i dojdzie do skutku, treningi biegowe powoli zostały wydłużone. Na zaprawę biegową wybrany został na dwa tygodnie teren górski. Tam wykonane zostały po 4 treningi biegowe z Czarnej Góry w kierunku Jurgowa oraz 6 pieszych wędrówek. Trzy krótkie do 8km czyli wejście na Kotelnicę Białczańską, zdobycie Nosala oraz podejście z Czarnej Góry na Litwinkę. Trzy dłuższe liczyły od 10 do 23km czyli zdobycie Sarniej Skały wraz z wodospadem Siklawica, przejście z Palenicy Białczańskiej na Morskie Oko wraz z podejściem na Czarny Staw pod Rysami a także zdobycie Czarnego Stawu Gąsienicowego od Toporowej Cyrhli przez Psią Trawkę i Murowaniec. Nogi lekko dostały w palnik, ale przygotowania pływackie a także rowerowe poszły w odstawkę. Po powrocie z gór do startu zostały zaledwie dwa tygodnie, a to nie za wiele. Grzesiek zdążył w tym czasie zrobić jedną dłuższą wyprawę rowerową, raz zahaczył 1400m w basenie i chyba 2 razy wrócił do domu po dyżurze biegiem. Co by nie mówić, za ilość wypracowanych godzin treningowych jak bym był nauczycielem wuefu dał bym sobie mocne 3= a nawet 2+
Na dzień przed zawodami Grzesiek pojechał razem z Sylwią i dzieciakami do Decathlon Targówek aby wypożyczyć piankę na zawody. W domu okleili rower w żele energetyczne, odkręcili zbędny balast od bicykla, jak mocowanie fotelika dziecięcego a także dopompowali koło. Okazało się, że z przedniego zeszło całkowicie powietrze … i ciśnienie w głowie, czy to oby nie awaria, która wykluczy etap rowerowy na zawodach? Czy tylko jakiś chochlik, który podrzucił jeszcze jedną kłodę pod nogi. Na wieczór razem z koleżanką Agatą, Grzesiek pojechał zawieźć rowery na teren miasteczka zawodów do strefy zmian a także odebrać pakiety startowe. Już po dojechaniu na miejsce był problem ze zdjęciem Grześka roweru, samochód stał na wzniesieniu częściowo na asfalcie a częściowo na grząskiej ziemi. Była obawa, że rowerem uszkodzi się auto, albo Grzesiek z drabinki wpadnie do środka samochodu, przy okazji rozbijając szybę. Na szczęście udało się przy pomocy zaprawionego w bojach zawodnika tri, który wyglądał jak wylansowany surfer z Australijskiej plaży, zdjąć Indiańską bestię na ziemię. Kwintesencją tego zdarzenia był tekst pro-tri-zawodnika … to tym będziesz się ścigał ?? POWODZENIA !!. Od auta poszliśmy z rowerami u boku szukać miejsca gdzie by tu te rowery zostawić. Pomimo wczytania się w regulamin zawodów nie obyło się bez niespodzianek, Grześkowi padł Internet w telefonie i nie mógł pokazać sędziom wykupionej licencji triathlonowej. Bez tej licencji nie było możliwości wejścia na teren strefy zmian. Szczęśliwie udało się pobrać licencje poprzez zapożyczanie Internetu od Agaty, bo tak zawody by się zakończyły zanim na dobre się rozpoczęły. Od sędziego otrzymywało się numer przypisany do zawodnika i po tym numerku można było znaleźć swoje miejsce na powieszenie roweru, na dole znajdowała się zielona skrzynka na rzeczy przebiórkowe, i tu kolejny ZONK, na następny dzień trzeba było być w strefie zmian mocno przed startem 1/2 IM i innej możliwości doniesienia rzeczy do skrzynki nie było. Tak jak się wszystko zostawiło w piątek, tak w sobotę już kaplica i mogiła, zostaje. A u Grześka został bidon z wodą w domu, pas na numerek, soft-flaski z wodą na etap biegowy, no jednym słowem amatorszczyzna. Tutaj ewidentnie było widać braki obycia u debiutanta. Rower zawisł na belce podwieszony za siodełko, numer 42 podklejony pod siodełko, oraz 3x na kasku, wszystko zabezpieczone folią z pakietu, gdyż pogoda zapowiadała deszcz przez noc i na czas zawodów. Na szczęście w miasteczku zawodów w strefie EXPO Można było dokupić bidon oraz wodę, więc pomimo braku tego w strefie zmian, to płyny zostały przygotowane na zbliżające się zawody. Po wszystkim nastąpił powrót do Ząbek i ustalenie godziny na poranną zbiórkę dnia następnego.
Chwilę przed 07:00 obydwoje zawodników ruszyło w kierunku Białobrzeg, aby dostać się na teren dawnego WDW Rynia i zaparkować tam auto. Na parking na terenie zawodów już dawno nie było miejsca, tym bardziej, że drogi dojazdowe były już poblokowane. Auto dojechało na WDW Rynia po około 40 minutach i musiało zaparkować na dodatkowo otworzonym trawiastym parkingu. Deszcz zacinał niemiłosiernie i to już od momentu wyruszenia z Ząbek. Grzesiek z Agatą przedostali się wzdłuż linii brzegowej Zalewu Zegrzyńskiego na miejsce startu. Tam spotkali się z Konradem, który pożyczył Grześkowi mini pompkę, na wszelki niewielki. Przedostali się wzdłuż ogrodzonych rowerów, i z racji, że nikogo nie było w strefie zmian, po ugadaniu się z obsługą pozwolono Grzesiowi wskoczyć do strefy, aby sprawdzić stan opony z którego wcześniej zeszło powietrze, szczęśliwie opona dalej było napompowana na kamień. Przy okazji udało się dorzucić soft-flaski, żel, mini pompkę oraz pasek do numeru startowego. Tak szybko jak Grześ wskoczył do strefy, tak szybko niczym lekko otyły ninja, ją opuścił. Po tej szybkiej akcji udaliśmy się do depozytu zostawić worek z ubraniami na zmianę, suchymi butami itd. Dalej poszli się w kierunku plaży nad zalewem, by lekko oswoić się z wodą. Czasu było nie za wiele, bo pomiędzy oswajaniem się z wodą a startem zostało zaledwie 10 minut, ale to wystarczyło by sprawdzić, że pianka to jednak dobry izolator od zimnej wody. Szczęśliwie deszcz przestał padać około 09:00 czyli na 30 minut przed startem pierwszej serii na dystansie 1/4. O 9:30 zawodnicy wystartowali na początek do wody pomknęły harpagany co dystans 950m pokonują w 12-15 minut a dalej kolejni wolniejsi pływacy. Grzesiek nastawiał się na 23 minuty w wodzie, niestety jak zaczął płynąć kraulem, woda zaczęła przedostawać się pod okularki pływackie, przejście z kraula w żabkę by wszystko poprawić, nagle jakiś strzał w głowę od innego zawodnika, lekka panika. Dodatkowo wiatr w twarz i fale zalewające głowę, problem z opanowaniem oddechu … i tak zamiast wyćwiczonym kraulem z naciskiem pływaj rękoma bo nogi na rower będą potrzebne, to 600m Grześ przeleciał żabką, z czego 400m kalecząc całkowicie ten styl pływacki i dopiero po nawrotce i wyciszeniu organizmu ostatnie 200m poleciały już tak całkiem fajnie. Zupełnie inaczej niż na teście pianek na Gliniankach. Tam pływanie to była czysta przyjemność, ciepło, słoneczko, zero wiatru i tafla wody płaska jak stół i w pełni spokojna. Ale wracając do etapu pływackiego. Podczas męczarni Grześka inni zawodnicy z drugiej tury na spokojnie go dogonili już po ominięciu ostatniej bojki w wodzie. Startowali oni 15 minut później. Czas w wodzie z 23 minut zrobił się na 28 minut, a po wyjściu z wody nogi pod Grześkiem się uginały. Dobiegł do strefy zmian i tam już postępowanie zgodnie z planem, którego naoglądał się w czeluściach Internetu. Zdjąć piankę, założyć kask, założyć rękawiczki, ogarnąć stopy, skarpetki, buty biegowe (tylko takie miał na dwie kolejne dyscypliny, co zaoszczędziło czas podczas drugiej zmiany) wypić żel, popić wodą, zabrać rower i biegiem do sędziego za którym dopiero można było wsiąść na bicykl. Za sędzią 500m trelinki, zawodnicy na szosach bardzo powolnie pokonywali tą część trasy, za to Grzesiek na swoim trekkingu spokojnie poleciał. Wyskoczył na mokry asfalt i długa w 45 km podróż składającą się z dwóch pętli. Pomimo roweru z grubszymi kołami i o wiele gorszą ilością biegów niż szosy, Grzesiek wykręcił średnią 27,7 km/h z czasem 01:41:18. Najgorzej było na zawrotkach 180 stopni, szczególnie przy powrocie do ośrodka w którym była strefa zmian, tam akurat trasa była lekko z górki więc rower rozpędzał się pięknie a potem nagłe dohamowanie, pisk opon i okrzyki kilku kibiców z megafonem „Brawo dałeś radę, pędź dalej”. Ciekawe co by krzyczeli, gdyby czarno-zielony rower z Grzesiem w siodle jednak nie wyrobił tylko wbił się w barierki odgradzające teren zawodów. O ile na pierwszej pętli kolarzy było pełno tak przy drugiej było coraz mniej i trasę Grzesiek wręcz pokonywał samotnie. Nie patrzył na innych tylko na ukończenie zawodów w zakładanym przedziale 4 godzin. Co 22.5km pił żel energetyczny, co jakieś 10km popijał wodę z zakupionego dzień wcześniej bidonu. Po dwóch pętlach dojechał do sędziego przy strefie zmian. Tam obowiązkowe zejście z roweru i biegiem zostawić rower, zdjąć kask i rękawiczki, zapiąć pasek z numerem startowym, zabrać na trasę soft-flaska z 250ml wody i w drogę na ostatni etap składający się z 10,5 km biegu. Trasa na początku bardzo niewygodna, mało miejsca zostało zostawione dla biegaczy obok trasy rowerowej po bardzo nierównym chodniku oraz fragmentach drogi szutrowej aż do wybiegnięcia z ośrodka. Tam już trasa prowadziła asfaltem po Ryni. Grzesiek biegł nie patrząc na zegarek. Miał prawie 2 godziny na pokonanie tego dystansu więc na spokojnie i bez większej spiny. Po dwóch kilometrach nogi tak zaczęły go boleć, że masakra. Okolice wewnętrznych części ud a także przyczepy mięśni nad kolanem tak paliły, że musiał na chwilkę przystanąć. Już wtedy myślał, że biegnie tak wolno, iż tempo jest jakieś 8min/km, szybkie spojrzenie na nadgarstek a tam tempo 6min/km … aż szok. W miarę chyżo się pozbierał i dalej w drogę już patrząc na zegarek. Tempo przez kolejne 6,5km było w okolicy 6:30 min/km. Kryzys przyszedł na ostatnich dwóch kilometrach gdzie tempo poleciało z odcinką do 8min/km, niczym ściana w maratonie. Czas biegu mocno niezadowalający bo prawie 75 minut. Wbiegnięcie na metę z czasem 3:32:26 więc prawie 30 minut przed dopuszczalnym limitem. Na mecie czekała już Agata, która skończyła zawody coś około 10 minut wcześniej. Miała już worek z depozytu. Na mecie nie było tradycyjnego na zawodach wieszania medali na szyi, tylko odebranie z namiotu worka z logiem Garmin, gdzie w środku znajdowała się jagodzianka, izotonik, woda, medal i banan. Dalej jeszcze można było zgarnąć red bulla i ruszyć po odbiór Indiańskiej Bestii. Wcześniej jeszcze pamiątkowe zdjęcie ukończenia zawodów i obolałym krokiem dwaj finiszerzy zawodów triathlonowych udali się do strefy zmian. Grześ spakował piankę, ogarnął stanowisko i zabrał rower. Przed wyjściem ze strefy trzeba było pokazać numer startowy z etapu biegowego i numer z roweru czy się zgadza, by czasem ktoś nie podprowadził innemu zawodnikowi maszyny za kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych zostawiając swój bicykl który kosztował poniżej 1000 pln. Wypuścili ich po weryfikacji i ze swoimi maszynami na dwóch kółkach udali się kilkaset metrów wzdłuż brzegu Zalewu Zegrzyńskiego, aby zapakować rowery na auto. Tam Agata wyjechała samochodem na betonowy parking, który mocno już opustoszał z samochodów zawodników. Poprosili o pomoc pakujących się nieopodal zawodników o zamontowanie rowerów na dach. Przy ich pomocy a także przy mocnym wykorzystaniu drabinki, która czekała na swoją chwilę w bagażniku poszło to dosyć sprawnie. Po tych zabiegach krótka podróż pod dom Agaty by wypakować rowerki. Na miejscu czekała już Sylwia z dzieciaczkami, którzy z racji niekorzystnej pogody a przede wszystkim zabronieniu od strony organizatorów aby zachować jak najbardziej reżim sanitarny, nie mogli razem z Grześkiem uczestniczyć jako kibice podczas trwania zawodów. Bardzo miło, że przyszli spotkać się z tatą, zobaczyć medal i wrócić razem pieszo półtora kilometra w kierunku domu. Jeżeli następne zawody triathlonowe dojdą do skutku, to już nie ma takiej opcji, aby cała rodzina nie pojechała na taką dwudniową przygodę.
Podsumowując, zgoła inne zawody niż sam bieg. Ciało o wiele bardziej jest wykorzystane do pokazania na co je stać. Nie ma szans aby na zawody od tak wpaść tuż przed strzałem z pistoletu startowego i jakoś je przeklepać. Trzeba na spokojnie rozłożyć wszystko na dwa dni, o wiele bardziej i intensywniej przygotować się zarówno fizycznie ale i psychicznie do pokonania pełnego dystansu wybranych zawodów, a także by nie dać się złamać rodzącym się w głowie myślom, czy oby na pewno da się radę. Zawody typu tri to fajowa przygoda. O ile rodzina, czas i organizm pozwoli na przygotowanie się do wystartowania w tego typu zawodach to ja jestem jak najbardziej na „zastanowię się”