19/12/2025
Puchar BT Kliwer
Nieporęt, 4-5 października 2025
Widok z pokładu 60-tki
Zimno się zrobiło i ponuro. Trochę deszczowo, że psa na dwór nie wygnasz. A co dopiero na wodę!
Ale też zachęcony sukcesem zeszło-weekendowych regat miałem nadzieje na kolejny dobry wynik. Tyle, że prognozy plażowania nie obiecywały. To prawda jesień i to nawet kolorowa, ale żeby takim straszyć sztormem. I to na śródlądziu (!) do tego załogę trudno uzbierać a jak wiadomo nie jestem zawodnikiem sumo żeby wszystko wybalastować.
Dzień pierwszy
Przyszła sobota. Jedziemy. Organizacja taka sama jak zwykle. Hołdujemy rutynie. To dobry zwyczaj by wszystko zadziałało. Dojechaliśmy do portu. Wieje, ale nie straszy. W porcie tragedii nie ma.
Po drodze do portu regat na wodzie nieco zmieniłem zdanie i nawet nie byłem w stanie pracować na dziobie podczas jazdy na silniku. Bujało jak na morzu. Tak sobie to wyobrażam, bo przecież nie byłem! Tam to dopiero jest strasznie, fale jakieś takie trudne do zmierzenia, wiatr poza skalą, daleko do domu i bywa że trzeba nocą żeglować. I to z przechyłami. O nie! Dziękuję!
Dotarliśmy.
Uciekłem z łódki od razu żeby nie poddawać się panice. Wieje, zimno i do domu daleko. Kliwer nie jest w Nieporęcie a taki dystans potęguje napięcie… Jeszcze sędzia mówi, że nie puści dziś czwartego wyścigu bo ma wiać jeszcze bardziej. Poczułem jak dreszcz przeleciał przez moje plecy. JESZCZE bardziej?!
I co w tej sytuacji zrobił mój sternik? Mówi, że się nie refujemy bo to regaty! Rozumiecie? Na samym olinowaniu łódka kładła się w przechył jak płynęliśmy na miejsce. Co prawda sytuacja nieco się zmieniła jak sternik usiadł na innej burcie niż ja - wiecie jak mój sternik wygląda! Ale to nie poprawiło mojego ducha walki, który zaginął razem z dinozaurami. Co ja tu robię? Zadawałem sobie to pytanie od tygodnia a wy pewnie razem ze mną od pierwszego akapitu…
Wypłynęliśmy. Sędzia rozsądnie został na brzegu. Mówi że i tak będzie dobrze widział. No zobaczymy!
Start wygraliśmy. Sternik chyba siedział gdzie trzeba, bo jakoś wszystko działało. Oczywiście poza moją głową, która daremnie szukała bezpiecznej przystani. I może dzięki temu nie przeszkadzałem sternikowi bo… wyścig wygraliśmy! Nadzieja na dobry wynik wróciła. Do drugiego startu.
Ruszyliśmy z kopyta i pomyślałem ze po coś jednak przyjechałem. Do roboty!
I co? I nic! Wiatr robił z nami co chciał, ale dzielnie walczyliśmy aby dopłynąć do mety na trzecim miejscu. Słyszeliście te przekleństwa jakie ku mojemu zdziwieniu wychodziły z mych ust?! Nie? Całe szczęście. Cały słownik wulgaryzmów przeczytany bez oddechu!
Zaraz trzeci wyścig, słyszę nagle - Refujemy! Ale przecież to regaty. Sternik mówił, że … - Refujemy!!! – wrzeszczał na mnie i już miałem wszystkiego dość a najgorsze dopiero nadchodziło…
… czułem jakby godzinę nam to zajęło - waliło falą i wiatrem. Mało nie sprawdziłem empirycznie temperatury wody bo omal nie wypadłem!
Czy nie można refować jak nie wieje? Przecież byłoby łatwiej. Nie trzeba być filozofem. Ale filozof nie żegluje… Chyba. Nie znam żadnego.
Sędzia puścił start! A my jeszcze refujemy! … w końcu się udało. Pędzimy zrefowani na start. Wszyscy już wystartowali – im refy nie potrzebne! Ależ byli zdziwieni jak nas mijali w przeciwnym kierunku. Myśleli zapewne, że to jakaś alternatywna taktyka startowania, ale żaden się jednak nie nabrał. Doczłapaliśmy zrefowani na końcu wyścigu, ale z poczuciem bezpiecznej żeglugi. Na dalszym końcu doczłapał Michał na swoim Skrzydle… na Skrzydle bez bomu. Złamał bom! Nie skrzydło.
Co tu się jeszcze wydarzy? Chyba dobrze, że się zrefowaliśmy, choć czułem, że specjalnie nie wpłynęło to na taniec naszej łódki. Sternik mówił, że wpłynęło, ale on się zna lepiej - dlatego jest sternikiem.
Koniec wyścigów dnia pierwszego... całe szczęście.
Miło posiedzieć przy ognisku, szczególnie aby poczekać aż wiatr przycichnie i da się jakoś wrócić do Nieporętu. Sternik – meloman, tak się zasłuchał w dźwięk gitary i fletu, że do naszego portu dotarliśmy po ciemku. Rozumiecie? Po ciemku przy takim wietrze i fali na patelni! Jak na morzu… jeszcze się trzęsę ze strachu jak to sobie przypominam!
Dzień drugi
Wieje. A co…. I wiecie co? Sternik mówi że to nic i nie refujemy. A ja już miałem obiecany żagiel od optymisty. Tak. Znam jednego optymistę. Wszystko mu się zawsze podoba. Mam już dla niego odpowiedniego lekarza. Wybije mu to z głowy!
Czy ja już mówiłem, że Bartek się zna? No tak. Bo wiecie co? Oba wyścigi niedzielne wygraliśmy i całe regaty w klasie też! Dopiero teraz mi powiedział, że chodzi o to, aby gdy silnie wieje - jeść więcej. A ja myślałem, że żeby być dobrym żeglarzem trzeba dużo pić! Wszystko nie tak! Dobrze, że przestraszony i obrażony wczorajszym dniem, dziś nie przeszkadzałem na pokładzie. Nie robiłem nic. Foch! Poszedłbym po piwo, ale za bardzo wiało.
Przeżyłem. I wiecie co? Nawet mi się podobało. Na następne regaty znów pojadę.
Z przymrużeniem oka pozdrawiam wszystkich którzy brali udział.
To była super impreza, szkoda że już ostatnia w sezonie.
Grze$