07/11/2023
4 miesiące. Tyle zajęło mi napisanie tego postu. Ale wiedziałam, że nie ruszę dalej zanim nie opiszę mojego pierwszego w życiu, sromotnego DNFa bo dwukrotnego.
Moje całe bieganie wzięło się z porażek. Kiedyś tak się porządnie wkurzyłam, że od tamtej pory, niczym Forrest, biegałam codziennie. Przez 6 lat, do teraz. Do momentu gdzie dałam sobie przestrzeń na przyjrzenie się sobie. Ogólnie biegam 10, ale od tych 6 to tak na "poważnie". Chyba miałam już dość jak ten nieszczęsny Forrest. 4 lata przygotowywań do tego jedynego startu w życiu. I wszystko jak krew w piach.
Na tyle, że wkurw cały zszedł i zaczęłam się zastanawiać "PO CO ja to biegnę?". Nie musiałam nic udowadniać. Wcześniej napędzał mnie wkurw i chęć udowadniania wszem i wobec. Po UltraBiesie nastał ZEN.
Psychikę do tego biegu miałam niesamowicie silną. Ale motywacja. Zabrakło. Po prostu. Coś co mnie napędzało przestało istnieć. I uświadamiłam sobie, że przecież ja jestem zajebista i NIE MUSZĘ nikomu nic udowadniać. Bo sobie teraz nawet nie muszę.
Sam start oczywiście magiczny. Tłumy wiwatujące, mnóstwo znajomych. Noc była jakaś taka dziwna. Trochę się ścigałam. Padało kilka godzin, wpadłam nogą w kałużę. Biegłam sama, trzymając się ludzi.
Miałam najpiękniejszy ze wszystkich wschodów słońca w górach. Do dziś mam ciary na samo wspomnienie. Wybiegłam z góry i po prawej było piękne fioletowe pole, gdy odwróciłam głowę to znad gór wstawało słońce. Coś przepięknego. Dla tych chwil biegam to pieprzone ultra.
Rano mam przepak, nowe ubrania, nowa ja, swoje jedzonko, sudokrem, również znajome mordki. Potem asfalt. Duuuużo asfaltu. Nie pamiętam ile szłam ale bardzo długo. Na płaskim asfalcie. Miałam źle dobrane buty, w nocy przemoczyłam jedną stopę i musiałam założyć suche, nie było wyjścia.
Popłakałam nad tym chwilę na jakimś 80km kiedy wiedziałam, że 240 nie zrobię. Trochę sobie żartuję potem - to już ten moment gdzie wiesz, że musisz zrobić z innymi bekę.
Logistycznie też kulałam. Bo wiecie, ja zawsze wszystko K***A sama. Od małego. Nie lubię sie prosić o pomoc. Więc nawet torebki na przepakach były z napisem "Zosia Samosia". Uparłam się, że zrobię bez supportu. Szacun dla tych co robią 240 bez. (Mam nadzieję, że dyskusja, która rozgorzała da do myślenia orgom bo serio niektórzy nie chcą robić cygańskiego taboru na ultra, wioząc całą rodzinę na kilka dni by woziła ich śmierdzące gacie". Mi chodzi tylko i aż o coś ciepłego do jedzenia). Zastanawiałam się czy komuś proponować, ale szczerze nawet nie wiedziałam kogo. Mam ostatnio małe zaufanie do ludzi.
Do dziś jestem niesamowicie wzruszona na myśl o zajebistej Lovelasowej ekipie. Boszu, jak dobrze Was mieć! Dostałam od nich dużo psychicznego wsparcia i dobrego jedzonka z punktu.
Dalej było jeszcze trudniej. Pokonywałam trasę z Bartkiem, którego musiałam
nieco gonić. Gdyby nie to, to bym gdzieś została tam daleko i tyle by było z tego.
Ostatni punkt odżywczy bezlitosny. DNF, zabrakło parę minut. Stopa zaczyna nakurwiać od zbyt ciasno związanego buta. Mówią, jak chcecie to biegnijcie. Macie czas, macie DNFAa ale medal dostaniecie jak uda się Wam zrobić to w 27h.
Oczywiście, że kończę! Boli prawa stopa jak cholera ale nie ma opcji. Moja ambicja wtedy będzie kazała mi za rok ukończyć 130stkę, a naprawdę chciałam trochę inne biegi porobić. Poza tym wtedy bym musiała robić w tym roku Łemko, też z tej pieprzonej ultra-ambicji.
Zaczynamy liczyć w pewnym momencie w ile to zrobimy. No tak wychodziło na styk, pod limit 27h. Dzwonimy do orgów ile ewentualnie poczekają. Chwilę. GDY JA TO USŁYSZAŁAM... nie wiem jak to zrobiłam ale biegłam chyba z godzinę do samej mety. Już miałam dosyć. Chciałam to zrobić gdy jasno bo przecież czołówkę zostawiłam u Lovelasów by mnie czasem nie kusiło zdrzemnąć się w Kudowie i lecieć dalej.
No nie udało się dobiec nawet w te 27h, ale byli jeszcze. Zwijali metę, dali medal. Ten robiony na szybko - ten medal to jak cały bieg. Po mnie jeszcze dwie osoby kończą. Udało się "ukończyć" dla siebie, dla własnej satysfakcji. Byłam niesamowicie szczęśliwa. Pomimo DNFa.
Potem miałam problemy ze stopą (spuchła, kulałam) ale szybko ogarnęłam fizjo. W domu uroniłam parę gorzkich łez, bo oczywiście przykro mi było bo tak marzyłam, bo te przygotowania, bo trzeba znowu pod to trenować... Potem miałam najlepszy czas roztrenowania, przedłużył się do dziś.
Bardzo cieszę się, że znam całość trasy B7S. Bo ostatnie górki po tym pukcie to naprawdę kosmos. Teraz znając całość wiem co mnie czeka za 2 lata bo chciałabym wtedy ponownie podjąć się tej próby.
Nie tak miało to wyglądać, ale ja ostatnio na miękko przymuje różne rzeczy więc przyjęłam i tą. Wiem co zrobiłam źle.
S**t happens. Ja wiem, że najlepsze dopiero przede mną. Wiem, że to mnie umocni jak każda porażka.
Bo przecież biegam przez te porażki.
Jak tak patrzę na te zdjęcia... to ja chcę jeszcze raz. Potem jeszcze. I jeszcze. ❤️