18/06/2026
Krótki raporcik z pierwszych dwóch dni. Wypłynęłam z miejscowości Merzig i zaczęło się jak zawsze... Czyli pomimo wcześniejszych przygotowań z mapą i google maps, okazało się, że marina na Saarze w miejscowości Merzig nie posiada slipu, ani żadnego pomostu, z którego można się wodować. Czyli było jak zawsze: wodowanie w zaroślach. Tak zawsze zaczynają się moje podróże. Była 16ta, jak w końcu wyruszyłyśmy. Na miejsce startu przyjechałam tu z moją przyjaciółką Magdą, która od czasów rundy wokół Berlina służy mi nieustająco wsparciem logistycznym oraz wiedzą o rzekach w Niemczech. Magda będzie mi też przeprowadzać samochód do Koblencji, ale zaproponowałam jej, żeby wsiadła ze mną do łódki i żebyśmy chociaż fragment przypłynęły razem. Tak więc płyniemy dryndą, czyli jedynką ze sternikiem (steru brak). Jest naprawdę ciasno i płyniemy trochę wolniej, ale czego się nie robi dla takiego towarzystwa! Ponieważ wypłynęłyśmy późno, a Saara nie ma w ogóle prądu, to pokonałyśmy zaledwie 23 km. Mój założony dystans to 50 km dziennie. I przy braku prądu, śluzach oraz płynięciu we dwie, jest to maksymalny dystans, który jesteśmy w stanie pokonać.
I tak, w drugiej dobie mamy za sobą: 45 km Saary z trzema śluzami oraz zwiedzaniem Saaburga oraz płynięciem zakolami przez góry, oraz 30 km Mozeli ze zwiedzaniem po drodze Trewiru (Trier), licznymi kąpielami w rzece dla ochłody oraz przepięknymi widokami na góry oraz winnice. Dzisiaj pokonałyśmy 3 śluzy.
Na Mozeli czeka mnie łącznie 10 śluz, ale wszystkie mają być samoobsługowe, co powinno przyspieszyć przeprawę oraz uniknę w ten sposób licznych utarczek słownych ze śluzowymi, oczywiście w języku niemieckim :-)
Dziś wspaniały nocleg przy koparce! Za to z pomostem tylko dla nas.
Jutro w planie kolejne 50 km z kolejnymi pięknymi miasteczkami oraz widokami. W Mozeli też woda stoi i kompletnie nie ma prądu.