09/09/2021
Obcowanie z naturą w takiej skali, zaraz po wyjściu za próg drzwi, zaspokaja wszystkie moje duchowe potrzeby. Szczególnie rytuał kąpania się w morzu o zmierzchu jest takim momentem. Wchodzisz w atrament, chcesz, żeby cię ta czerń i nicość wchłonęła. Granice topnieją, wydaje się, że spadniesz w dół, w przepaść. Stapia się ciało, woda, horyzont pomału znika. Czujesz zwierzęcą, cielesną, zmysłową przyjemność aż do granicy bólu, bo bycie zanurzonym w ciepłej, otulającej wodzie to najprymitywniejszy powrót do źródeł.
Strach przed ogromem tego, co cię otacza jest wielki, jesteś nauczony szacunku do niego. Czujesz swoją kruchość i nieistotność a jednocześnie nierozróżnialność z tym absolutem, jesteś kroplą, która jest oceanem. Zatarcie granicy między samym sobą i wszystkim co istnieje, rytmiczne falowanie, któremu się poddajesz, którym jesteś, jeśli żyjesz. Wdech, wydech. Nie umiem jeszcze ubrać swojej wdzięczności w słowa, ale kiedyś mi się uda!
#