09/04/2026
Zamykam proces nowymi rekordami życiowymi: 212 kg w martwym ciągu, 110 kg w wyciskaniu leżąc oraz 40 kg balastu w podciąganiu nachwytem.
To konkretny, mierzalny progres wypracowany w zaledwie trzy miesiące przy wadze 74 kg i wieku 43 lat.
W styczniu startowałem od zera i pustej sztangi, odbijając się od trudnego momentu życiowego. W tym samym czasie zredukowałem masę ciała z 82 kg, budując siłę na ujemnym bilansie kalorycznym. Wszystko, co osiągnąłem, wypracowałem w pełnej izolacji – sam zaprojektowałem system treningowy i sam go wyegzekwowałem, bez zewnętrznych konsultacji czy dróg na skróty. Przy moim wzroście 185 cm i niekorzystnych dźwigniach biomechanicznych, te wyniki wymagały potwornej pracy i nienagannej dyscypliny.
Droga do tego punktu była gęsta od przeszkód: od lutowego postrzału w lędźwiach, przez naderwany mięsień najszerszy, aż po radikulopatię szyjną ograniczającą siłę ścisku. Traktuję te kontuzje jako suchy fakt i naturalny koszt przesuwania własnych granic – biorę za nie pełną odpowiedzialność bez cienia użalania się nad sobą. Powrót do Warszawy, dokładnie tam, gdzie rok temu odebrałem telefon o chorobie Mamy, był dla mnie koniecznym, męskim domknięciem pewnego rozdziału. Skonfrontowałem się z przeszłością na własnych zasadach. Ostatnia próba na 222 kg skończyła się kontuzją nogi, co przyjmuję z chłodną głową jako podatek od ambicji.
Udowodniłem sobie, że żelazna konsekwencja dyktują warunki ciału, niezależnie od okoliczności. Jestem z tego sukcesu dumny, bo w świecie pełnym teorii ja postawiłem na twardą praktykę i wygrałem sam ze swoim słabościami.
Jeśli jesteś dzisiaj w trudnym miejscu, wiedz, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Dyscyplina i powtarzalne, małe kroki pozwalają wyjść z każdego gówna.
Plan wykonany, czas na regenerację i powrót do gry po więcej. 🐦