22/08/2026
Mieliśmy dziś świetny pomysł. Pontonem 10 mil w górę Coppermine River, trekking do Bloody Falls, a potem powrót z prądem na kajakach.
To był naprawdę dobry plan.
Najpierw trzeba było tylko znaleźć drogę przez szeroką deltę Coppermine, usianą ruchomymi ławicami i mieliznami. Dalej rzeka wcale nie zrobiła się prostsza – przez kolejne mile kluczyliśmy między osuchami, płyciznami i materiałem niesionym przez wodę, szukając przejścia dla pontonu.
W końcu, około 10 mil w górę rzeki, wysztrandowaliśmy na niewielkiej plaży, zabezpieczyliśmy sprzęt i ruszyliśmy pieszo w stronę Bloody Falls.
Tu z kolei zaczęła się nawigacja lądowa.
Wzgórza, krzaczaste wąwozy, mokradła i łąki złożone z dziwnych kęp trawy – miękkich, niestabilnych wysp wystających z bagna. Trzeba stanąć, złapać równowagę i szybko znaleźć następną, zanim poprzednia się zapadnie albo osunie. Pół biedy, kiedy je widać. Gorzej, kiedy w wąwozach roślinność zasłania to, na czym za chwilę postawisz nogę.
Dotarliśmy do pierwszego progu wodospadów. Wokół mnóstwo świeżych śladów karibu. Była gorąca herbata, drzemka na arktycznej łące i wreszcie odwrót.
Kajaki czekały.
Tylko że wiatr też.
Przyszedł wcześniej, niż obiecywała prognoza. Szerokie koryto zamknięte stromymi zboczami jeszcze go wzmacniało, a fala wiatrowa zaczęła krzyżować się z prądem rzeki.
Pomysł powrotu kajakami umarł natychmiast.
Do jachtu zostało 10 mil rzeką. Tym razem kluczyliśmy nie tylko między mieliznami, ale również półmetrowymi falami, próbując ustawiać ponton tak, żeby brać ich do środka możliwie mało. „Możliwie mało” okazało się pojęciem względnym. Przez sporą część drogi regularnie wybieraliśmy wodę z pontonu, a i tak siedzieliśmy w niej po kostki.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do delty i krótka, stroma fala rzeczna zmieniła się w długą, regularną falę morską, poczuliśmy ulgę.
Morze. Nareszcie. Znajomo, regularnie, czytelnie.
Milę dalej czekał na kotwicy Ocean A.
To już drugi raz podczas tej wyprawy, kiedy zapuszczamy się w głąb lądu i wracamy z wnioskiem, że chyba kompletnie nie nadajemy się na śródlądzie.
Czas wracać na ocean. Tam zdecydowanie lepiej nam idzie.
🇬🇧
We had a great idea today. Take the RIB 10 miles up the Coppermine River, trek to Bloody Falls, and then paddle back downstream in kayaks.
It was a really good plan.
First, we only had to find our way through the wide Coppermine delta, scattered with shifting sandbars and shallows. Further upstream, the river didn’t get any easier. Mile after mile, we weaved between shoals, exposed banks and debris carried by the current, constantly searching for a safe passage for the RIB.
Eventually, about 10 miles upriver, we beached on a small strip of sand, secured the gear and set off on foot towards Bloody Falls.
That’s when the land navigation began.
Hills, brush-filled gullies, wetlands and meadows made up of strange tussocks of grass – soft, unstable little islands rising out of the bog. You had to step onto one, find your balance and quickly pick the next before the one under your foot sank or shifted. Not too bad when you could see them. Much worse in the gullies, where the vegetation hid whatever you were about to step on.
We reached the first cascade of the falls. There were plenty of fresh caribou tracks around us. We had hot tea, took a nap on an Arctic meadow and eventually started back.
The kayaks were waiting.
So was the wind.
It arrived earlier than forecast. The wide river channel, enclosed by steep slopes, funnelled it even more, while wind waves began crossing the river current.
The idea of paddling back died immediately.
We still had 10 miles of river between us and the yacht. This time we were weaving not only between shallows, but through half-metre waves, constantly trying to position the RIB so that as little water as possible came aboard.
“As little as possible” turned out to be a relative concept.
For much of the way we were constantly bailing water out of the RIB – and still sitting ankle-deep in it.
When we finally reached the delta and the short, steep river chop turned into long, regular sea waves, it was a relief.
The sea. Finally. Familiar, regular, readable.
A mile farther on, Ocean A was waiting at anchor.
This is already the second time on this expedition that we’ve ventured inland only to come back with the conclusion that perhaps we’re simply not made for inland adventures.
Time to get back to the ocean. We’re definitely better at that.