23/07/2025
Czy można dojść z Pyrgielówki na Babią Górę?
No pewnie, że można! Pytanie tylko, czy człowiek przeżyje. Ale spokojnie, ja już to raz zrobiłem. Żyję. Z lekkim tikiem nerwowym, ale żyję.
Plan jest prosty jak konstrukcja cepa – wstajesz o 5 rano, czyli wtedy, gdy wszyscy normalni ludzie jeszcze śnią o schabowym. Wciągasz buty, których nie zdejmiesz przez najbliższe 23 kilometry, i ruszasz na Jałowiec. No bajka! Zwłaszcza że organizm jeszcze myśli, że śpisz.
Potem szybkie śniadanko – czyli coś między batonikiem a kawałkiem suchego chleba z kieszeni sprzed trzech dni – i dalej w drogę, na Magurkę i Przełęcz Jałowiecką. Tu już człowiek zaczyna zadawać sobie ważne pytania egzystencjalne. W stylu: "Po co mi to było?", "Czy karkówka z ogniska to naprawdę aż taka motywacja?", i oczywiście – "Czy na pewno nie można było pojechać autem pod sam szczyt?"
Ale nie poddajesz się. Idziesz. Wchodzisz na Małą Babią Górę, i wtedy już naprawdę czujesz się jak zwycięzca Familiady. Tylko że nagrodą nie jest zestaw garnków, ale... Babia Góra!
Hurra! Jesteś na szczycie! Emocje, łzy w oczach, zadyszka w płucach i łydki jak z betonu. I co teraz?
Teraz to już tylko do auta na Przełęcz Krowiarki. Czyli jeszcze godzinka marszu i pięć prób niepotknięcia się o własne nogi.
Ale za to na końcu czeka nagroda godna himalaisty – karkówka z ogniska w Pyrgielówce. Soczysta, pachnąca... no po prostu taka, że człowiekowi łzy lecą, ale nie wiadomo czy ze wzruszenia, czy z bólu nóg.
I wszystko to raptem 23 km, czyli dystans, który według babci da się zrobić "o tak, na spokojnie, przed obiadem".
Ale wiesz co? Warto. Bo jak już siedzisz przy tym ognisku, z kiełbasą w jednej ręce, a blask zachodzącego słońca odbija Ci się od czoła... to myślisz sobie: "No, zrobiłem to. Ale jutro to ja nie wstaję z łóżka."