27/06/2019
Hey ho, relacja z minionego sportowego tygodnia :D
Mazovia 24H Marathon – czyli jazda w kółko po lesie przez 24h 😊 wiadomo z przerwami na jedzenie, drzemkę, masaż i dwójke hahahaha
Etatowy rowerowy dzik czyli ja Samuel EL Dzikson , wziąłem udział w tey imprezie.
Na początku powiem że trzeba być pierdolniętym żeby napierdzielać po lesie w kółko przez 24h hehehe ale kto mówił że ja jestem normalny – chyba nikt ( i bardzo dobrze bo do odważnych świat należy). Ja po prostu kocham jazdę na rowerze i tego ni zmienię :P
Początek, przyjazd w piątek po 5h jazdy autem, można było tylko szybko rozłożyć namiot i napić się złocistego trunku 😊 i zaczęło się od przygody jeden z namiotów nie posiadał „kijoszków” dobrze że ostatnio siedziałem na aliexpress i udało się zakupić po taniości podróbkę quechua – tyle tylko że jednoosobową jak się okazało. A więc Oleksy w namiocie ja w Oplu ( kocham to kombi) :D a z tego drugiego zrobiliśmy baldachim ;D wszystko dopracowane w najdrobniejszych szczegółach ( patrz zdjecie ). Koniec dnia pierwszego zaczynam zawody 😊 i jakoś tak podszedłem na luzie że zapomniałem zapodać supli wsiadłem na rower i w drogę bez niczego telefonu kluczyków i suplementów, mówiąc jeszcze przed startem – Olek to co popilnujesz auta a ja w trasę – spoko. I tak minęły mi dwa kółka a kiedy żołądek przypomniał mi że dobrze byłoby coś wszamać, podjechałem do bazy, a tu wszystko pozamykane, a ja bez telefonu i kluczyków – szybka akcja do biura zawodów dzień dobry mogę pożyczyć kartkę i długopis muszę kumplowi napisać smsa. Nie powiem popatrzyli się na mnie jak na …… 😉 ale karta zostawiona na drzwiach i co i w trasę kolejne kółko po którym okazało się że stara metoda wysyłania smsów wciąż działa, auto otwarte można wpierdzielać 😊 i w trasę. Trasę która była bardziej wymagająca niż rok wcześniej, szczególnie te korzenie i dziury na 7 czy 8 km ( zabójcze) jeden raz do przeżycia ale po którymś kółku to już dupsko było obite – ale co ja nie dam rady :P. Generalnie do nocy bez ekscesów pojeżdżone czasem solo czasem z innymi aaa btw dzięki „SZPRYCHA NA ROWERZE” za wsparcie szczególnie to rano kiedy był delikatny kryzys. W nocy było małe kimanie pobudka 3:30 i w trasę, „wypoczęty i wysapny” a kółka coraz to dłuższe się wydawały i coraz więcej czasu zajmowały, ale jakoś się jechało coco jumbo i do przodu 😊 człowiek myślał jadą już tylko o tym żeby uzupełnić węgle złocistym trunkiem :D i to mnie napędzało. I jest ostatnia rudna i jakby sił więcej przybyło jechałem po swój puchar zimny półlitrowy o wyrazistym kształcie i smaku tak po moje pucharowe piwo.:) Koniec 24h zaliczone, zważywszy na to że praktycznie bez treningów i przygotowania, popierdzielać tyle godzin to trzeba mi napierdzielone w głowie i to równo :P to jak widzimy się w przyszłym roku ? hehehe ja będę na pewno 😊
P.S. szorty Vesuvio dały radę (rewlacja) i balsam na ból dupska,