30/04/2019
Siedlecki Marsz Charytatywny to od pięciu lat stały punkt nordikowego kalendarza. Zimą lub wczesną wiosną spotykają się tu ludzie z całej Polski. To miłośnicy nordic walking, którzy swoją pasję łączą z chęcią niesienia pomocy potrzebującym. A w Siedlcach dobrze wiedzą, jak to można połączyć z korzyścią dla wszystkich. Jak co roku zagościli tam również przedstawiciele Face Nordic Walking Team. I to w kilku rolach. Ale o tym niech już lepiej opowie uczestnik tego wydarzenia, nasz mazowiecki korespondent – Paweł „Ryjek” Marczyk
💚💚💚💚
Na marsz charytatywny do Siedlec wybierałem się od lat. Dokładnie od 2016 roku. Jakoś nigdy się nie udało. Z różnych powodów. Skutkiem tego nieco sparafrazowałem znane powiedzenie – do trzech razy sztuka. U mnie wyszło do czterech. Koniec końców w tym roku się udało. Początek nie był obiecujący. Upał jakby zelżał, temperatura oscylowała w okolicach Suwałk. Z Siedlec dochodziły niepokojące sygnały o padającym deszczu. Ale okazało się, że niepokój był przedwczesny. Nadmiernego gorąca faktycznie nie było, ale deszcz (no raczej mżawka) przestał dokuczać. A w trakcie powitania znajomych temperatura znacznie się podniosła.
Mimo nazwy, siedlecka impreza dopuściła też do udziału biegaczy. Trasa dla obu dyscyplin biegła wokół Zalewu nad Muchawką. Pętla o prawie trzykilometrowej długości po szutrowej alei. Przybrzeżna, niska flora pozwalała obserwować całą trasę z każdego jej miejsca. Nie było więc konieczności wypytywania sędziów, czy daleko jeszcze do mety. Była widoczna. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że wiało nudą. O dodatkowe atrakcje postarali się organizatorzy zorganizowanych wzdłuż trasy zawodów wędkarskich. Panowie siedzieli wzdłuż brzegu i dostarczali mi sporo emocji. Oczywiście obserwowanie smętnie kołyszących się spławików nie powodowało dreszczy wzdłuż kręgosłupa. Ale wzrok tych panów… o to już inna bajka. Szuranie kilku dziesiątek – grubo ponad stu – par podeszew, stukot podobnej ilości grotów i okrzyki podekscytowanych zawodników nie wzbudzały euforii wśród miłośników kołowrotków. Raczej wręcz przeciwnie. W ich spojrzeniach widziałem cały katalog wymyślnych katuszy, jakim chcieli nas poddać. W każdej chwili spodziewałem się, że wędki w ich dłoniach zamienią się w śmiercionośną broń. Mieliśmy jednak zdecydowaną przewagę liczebną więc obeszło się bez ekscesów.
Po zawodach, jak to zwykle bywa dekoracja zwycięzców. Nowinką były oryginalne „puchary”, czyli ceramiczne kubki z wypisaną informacją za co i w jakiej kategorii zostało zdobyte trofeum. Jedno takie naczynko trafiło również do mnie. Organizatorzy ufundowali również puchar dla najlepszego technicznie zawodnika NW.
Aaa…. byłbym zapomniał. We wstępie redakcyjnym wspomniano o innej roli naszego zawodnika. Otóż w zespole sędziowskim brylował, jakżeby inaczej, nasz kolega – Andrzej Te.
Foto: Tygodnik Siedlecki, Dariusz Janecki oraz autorskie.