13/07/2026
Co lubię w górach? Wszystko. A przede wszystkim to, że cel jest tam tak wyraźny. Nawet jeśli na początku wydaje się wręcz nieosiągalny, to po podzieleniu drogi na etapy w zasadzie każdy może zdobyć swój szczyt. Długa i wyczerpująca wędrówka zachęca jednak nasz umysł do marudzenia i stękania (z moich terenowych ankiet wynika, że zdecydowana większość z nas tak ma). Pojawiają się chwile zwątpienia, które materializują się w postaci wewnętrznych antyafirmacji: „po co tam idziesz?”, „daj sobie już spokój, nie chce mi się”, „naprawdę musisz coś sobie udowadniać?”, „to nie jest bezpieczne, po co się tak męczyć?”. Zupełnie tak, jakby nasz umysł chciał nas chronić – bo de facto trochę tak właśnie jest, system po prostu próbuje oszczędzać zasoby.
Każdy długi szlak wymaga mnóstwa energii, a każdy krok w niepewnym terenie może wygenerować uraz, który w najlepszym wypadku zakończy naszą marszrutę. W najgorszym – stanie się przyczynkiem do łańcucha zdarzeń, który wielu zaprowadził na ich ostatnią górę. Zazwyczaj naiwnie nie wierzymy, że to akurat nam może się coś przydarzyć. Czytamy o wypadkach innych, ale rzadko myślimy, że w zasadzie każdy z nas mógłby znaleźć się w butach nieszczęśników płacących za swoją pasję najwyższą cenę. Nie piszę tu o tych, którzy świadomie ignorują sygnały ostrzegawcze i negują ryzyko, że coś pójdzie nie tak – bo zbliża się burza albo teren ewidentnie przerasta ich kompetencje i siły. Wtedy sprawa jest moim zdaniem znacznie prostsza: gramy w ruletkę z szansami 50/50. Uda się, to będzie fajnie, a jak się nie uda, to... no właśnie, co? Zwalimy winę na burzę, za ciasne buty, czy może na kaca po wczorajszym, tak pięknym ognisku integracyjnym?
Na szczęście ryzyko można minimalizować. Są szkolenia na różnym poziomie turystyki, ale przede wszystkim warto zainwestować w mądre towarzystwo. Choć uważam, że samotne wędrówki mają w sobie ogromną wartość, to w trudnym terenie, wysoko w górach, drugi człowiek bywa wręcz niezastąpiony. Swoją drogą, to właśnie takie ekstremalne sytuacje najlepiej weryfikują i obnażają relacje międzyludzkie. Pokazują, że zwyczajnie potrzebujemy siebie nawzajem, czemu tak mocno zaprzecza dzisiejsza promocja kultury skrajnego indywidualizmu. Warto pamiętać, że patrząc z czysto ewolucyjnego i poznawczego punktu widzenia, naszą najsilniejszą adaptacją jest właśnie zdolność do tworzenia więzi i wspólne przezwyciężanie trudności. I choć osobiście bardzo lubię pobyć sam na sam, to równie mocno cenię sobie moje małe stado pobratymców na szlaku – bo zbyt duże tłumy szybko mnie męczą.
AREK