MyFishing.pl

MyFishing.pl Strona poświęcona tematyce rzecznego spinningu, rękodzieła wędkarskiego oraz w mniejszym stopniu wędkarstwa muchowego.

Listopadowa Wisła ma w sobie coś mistycznego. Coś co mglistym, zimnym rankiem wyciąga nas z łóżka i gna nad wodę i nie m...
01/12/2021

Listopadowa Wisła ma w sobie coś mistycznego. Coś co mglistym, zimnym rankiem wyciąga nas z łóżka i gna nad wodę i nie mówię tutaj o wędkowaniu samym w sobie, tu chodzi o coś więcej. Królowa polskich rzek przybrana w swoje jesienne szaty przyciąga swoja tajemniczością, spokojem, majestatem. Dla mnie jest to chyba najpiękniejsze jej oblicze, które nie tylko zachwyca niepowtarzalnym klimatem, ale potrafi również szczodrze obdarować.
Był poniedziałek, godzina ok. 6 rano gdy zameldowałem się nad rzeką w okolicach miejscowości Gołąb w powiecie puławskim z zamiarem zapolowania na wiślane leszcze. Miejsce jakie wybrałem to spokojny odcinek, w którym nurt zdecydowanie spowalnia, a maksymalna głębokość wynosi ok. 4m. Postanowiłem łowić 8-metrowym batem, który pozwalał umieścić zestaw około 11-12m od brzegu. Głębokości na tym dystansie wynosiła jakieś 270-280 cm. Miałem przygotowane dwa zestawy: 2 i 3 gramy. Żyłkę główną o grubości 0.15mm i przypon 0,11mm do którego dowiązałem haczyk nr. 18 z dosyć grubego drutu o szerokim łuku kolankowym, który znacząco zminimalizował ilość traconych podczas holu ryb. Spławik jaki wybrałem do łowienia to 3 gramy, dzięki czemu zyskałem większą stabilność zestawu. Mieszanka zanętowa jaką zastosowałem: 1 kg uniwersalnej zanęty o drobnej frakcji i ciemnym kolorze 2 kg gliny wiążącej, 100g atraktora (karmel), 100g jokera, 50g ochotki haczykowej oraz połowa małego opakowania zamrożonej pinki. Cała mieszankę przetarłem przez sito 4mm. Moja taktyka nęcenia opierała się na stworzeniu dwóch konsystencji zanęty. Pierwsze kulę z samym jokersem miały dosyć szybko zapracować i stworzyć ,,dywan” , który szybko sprowadzi ryby w pole nęcenia. Kolejne kulę, już mocniej sklejone, z dodatkiem ochotki haczykowej i pinki miały popracować dłużej, stopniowo uwalniając większe „kąski". Efekt ten uzyskałem poprzez domoczenie mieszanki małą ilością wody i zwiększenie siły uścisku przy lepieniu kul. Ryby w łowisku zameldowały się po 10 minutach. Przynęta na którą łowiłem to jedna czerwona pinka i trzy ochotki haczykowe. Udało mi się wyselekcjonować praktycznie same leszcze w przedziale około 1-2 kg. Trafiło się też oczywiście kilka płotek i krąpi, ale był to tylko pojedyncze sztuki. Brania leszczy były bardzo zróżnicowane: od zdecydowanego zanurzenia spławika, po delikatne praktycznie niewidoczne pykanie. Po około dwóch godzinach łowienia donęciłem dwiema małymi kulami. Godzinę później do wody powędrowały jeszcze dwie takie kule, co wystarczyło aby zatrzymać ryby w łowisku do końca wędkowania. Tego dnia w ok. 4 godziny złowiłem ponad dwadzieścia leszczy w przedziale 1 do 2 kilograma, kilka pojedynczych płotek i krąpi. Wisienką na torcie był karpik o wadze ok. 1,5kg. Rybki brały bez większych przestojów praktycznie od początku do końca wędkowania. Obrana przeze mnie taktyka okazała się skuteczna, a Wisła w swojej jesiennej odsłonie dopełniła całości, pozwalając tym samym zapisać kolejna stronę w moim wędkarskim pamiętniku.

24/09/2021

Filmik z tego co udało mi się nagrać podczas sierpniowego wypadu na Bieszczadzkie klenie.

Powrót do korzeni.Ujście Sanu do zalewu solińskiego to niewątpliwie jedna z moich ulubionych miejscówek, którą darzę wie...
21/09/2021

Powrót do korzeni.

Ujście Sanu do zalewu solińskiego to niewątpliwie jedna z moich ulubionych miejscówek, którą darzę wielkim sentymentem. Urokliwa, dzika okolica i San, który na odcinku kilku kilometrów przekształca się z rzeki typowo górskiej w wodę praktycznie stojącą, dając tym samym wędkarzowi nieskończone możliwość. To tam połknąłem wędkarskiego bakcyla i tam pierwszy raz zetknąłem się z wędkarstwem muchowym.
Pamiętam, że jako początkujący muszkarz - samouk bez jakiegokolwiek pojęcia o tej metodzie eksplorowałem górski odcinek rzeki, wymachując kijem na wszystkie strony świata z nadzieją, że uda mi się przechytrzyć jednego z zamieszkujących tę krainę „profesorów”. Pierwsze własnoręcznie ukręcone muchy tzw. „kudlacze” znikały nie wiadomo gdzie podczas moich zmagań ze sznurem. Z czasem jednak udało się zapanować nad wijącą się w powietrzu linką i po niedługim czasie padł pierwszy upragniony kleń.
Teraz swoje Bieszczadzkie „kluchy” mógłbym liczyć w setkach, a wielokrotne powroty w miejsce, gdzie wszystko się zaczęło, dały sporą ilość wspaniałych wędkarskich wspomnień. Przewrotny, człowieczy los sprawił, że na wiele, wiele lat musiałem pożegnać się ze swoim „eldorado”. Można sobie wyobrazić moją ekscytację gdy po prawie sześcioletniej przerwie miałem po raz kolejny zmierzyć się z pięknymi „Rajskimi” kleniami. Tym razem dużo bardziej doświadczony, wyposażony w profesjonalny sprzęt, belly boat, uzbrojony w pudełko kleniowych „kilerów” snułem plany podboju godne samego Napoleona.
Niestety rzeczywistość nie często idzie w parze z marzeniami. Sierpniowy San zaskoczył mnie ekstremalnie niskim stanem wody. Znany mi górski odcinek niegdyś pełny tłustych „kabanów” obfitował co prawda w ryby, ale były to raczej nie klenie, a kleniki. Moje niegdysiejsze „bankówki” dały tylko jedną przyzwoitą rybkę, a rodzinne obowiązki drastycznie okroiły ilość czasu, którą mogłem przeznaczyć na poszukiwania upragnionych „kluch”. Marzenie o triumfalnym powrocie do korzeni mocno wyblakło w świetle zaistniałych okoliczności.
Nie zamierzałem się jednak poddawać. Pozostał jeszcze odcinek nizinny, który miałem praktycznie pod nosem i gdzie zwycięstwo miał mi zapewnić mój ostatni as z rękawa – belly boat.
Pływając pontonem w poszukiwaniu szczupaków i sandaczy nie raz widziałem tłuste klenie patrolujące swoje przybrzeżne rewiry.
Niestety, pływadełko nawet nie „liznęło” wody. Odcinek niziny przeistoczył się w coś na podobieństwo wody górskiej. Z tą różnicą ze dno zamiast kamieniami pokryte było niewypłukaną jeszcze warstwa piachu i mułu. Na odcinku długości 1,5 km były tylko dwa dołki, w tym jeden już praktycznie na zalewie. Z obydwu udało się wydłubać kilka fajniejszych rybek, a tym samym wrócić do domu z tarczą.
W płytkiej wodzie klenie mega czujne, po jednej, dwóch rybkach, czy też zepsutym braniu trzeba było na dłuższą chwilę zejść z miejscówki. Fajnym dodatkiem były spore jazie, których nigdy wcześniej tam nie łowiłem. Trafił się również pierwszy na suchą muchę boleń, więc coś tam powalczyłem.
Bieszczady dzikie jak pamiętam. Momentami nawet za dzikie. Było bliskie spotkanie z bobrem, a ostatni wypad na klenia już na wyższej, niestety brudnej wodzie zakończył się w mgnieniu oka. Świeże tropy niedźwiedzia, mgła gęstsza niż mleko, dziwne hałasy dobiegające z lasu skutecznie przepłoszyły mnie znad wody, kończąc tym samym mój powrót do korzeni. Fajnie było wrócić do krainy z dzieciństwa, by w pięknych okolicznościach przyrody wziąć kolejną lekcję od Pana Profesora Klenia.

02/08/2021

Córeczka łapczywie zagarnia praktycznie każdą wolną chwilę dla siebie, wiec ciężko jest polatać nad rzeczką, a co dopiero skleić jakiś wpis. Ze sporym opóźnieniem, ale udało się zmontować filmik z dwóch dni spędzonych nad naszą lubelską Bystrzycą podczas rójki jętki majowej. Rybki na filmie raczej średnie i małe, ale to wszystko, co udało mi się nagrać. Klasycznie w dniu kiedy padły największe pstrągi nie chciało mi się nawet wyciągać kamerki z plecaka. Pewnie dla tego, ze ów dnia praktycznie nie widziałem jętki, a rybki, które padły złowiłem „w ciemno”. Zbiórek nie było, bo i nie było co zbierać, więc nie łatwo było jakiegoś „kropkowańca” namierzyć. Wędkowanie sprowadzało się więc do typowania potencjalnych stanowisk ryb i obławiania miejscówek w ciemno. Co najśmieszniejsze tak padła największa 47-centymetrowa rybka z mojej „mayflyowej” eskapady.
Przyznam, że nie jestem zbyt wielkim fanem nagrywania podczas swoich wędkarskich wypraw. Może to wydać się dziwne, ale jest to dla mnie zbyt absorbujące, z kamerą na głowie niewygodnie, baterie trzeba zmieniać co chwile, a i żeby jakiś przyzwoity materiał nagrać to więcej czasu trzeba poświęcić na szukanie dobrych kadrów, nagrać jakieś dodatkowe ujęcia, co by film na jakąś spójna, fajna całości się składał. Nie chce mi się. Wole skupić się na samym łowieniu, a podboje Internetu zostawić dla bardziej zajawionych na to kolegów. Nie mniej jednak czasem zakładam swoje stare xiaomi na baniak, a i z nagranego materiału coś tam w domu wieczorami pokleić. Potrzeba uzewnętrznienia się też musi być zaspokojona, wiec co jakiś czas moje wypociny znajdują jakoś drogę i ładują na myfishing.pl
Było to moje pierwsze spotkanie z jętką majową i muszę uczciwie przyznać, że jestem troszkę zawiedziony tym, co zastałem nad rzeką. Oczywiście widok zbierających pstrągów jest czym niesamowitym, zwłaszcza na tak urokliwej rzece jaką jest Bystrzyca, to jednak po nasłuchaniu się opowieści o ogromnych kabanach bez opamiętania zajadających się owadami niesionymi prądem rzeki szykowałem się na znacznie więcej. Tym bardziej że mam gdzieś z tylu głowy poczucie, iż mimo znikomej w tym roku rójki jętki i spustoszenia, jakie kormorany zrobiły na lubelskich pstrągowych rzeczkach, można było na sucharka wydłubać nawet 60-ke. Tak więc czuje spory niedosyt. Tym bardziej że prawie 5 lat czekałem, aby zobaczyć to niesamowite zjawisko przyrody, a kiedy w końcu nadarzyła się okazja to zamiast dywanu płynących owadów ujrzałem tylko prujące się z niego nitki, a większość potencjalnych konsumentów wyładowała w brzuchach czarnych żarłocznych bestii L
Szklanka jednak zawsze jest w połowie pełna, wiec czas na jakieś pozytywy. Fajnie było pobawić się suchą muszką na wybranych przeze mnie mało uczęszczanych, trudnych technicznie odcinkach rzeki. Persji wędkarskiej zero, co przy jętce zdaję się być prawdziwym luksusem. Pierwsze ukręcone „majowe żaglowce” spisały się znakomicie, a nawet te mniejsze nażarte pstrążki dały wiele frajdy, a przecież o to w tym wszystkich chodzi J

Nie ma letko….W natłoku rodzinnych spraw coraz trudniej znaleźć chwile żeby pohasać nad rzeczką, a jak już się zorganizu...
06/05/2021

Nie ma letko….

W natłoku rodzinnych spraw coraz trudniej znaleźć chwile żeby pohasać nad rzeczką, a jak już się zorganizuje ten jeden wolny dzień to kwiecień przypomina z czego jest znany. Pogoda w tym roku nie rozpieszcza, co drogę przez początek sezonu uczyniło dość wyboistą. Zmienne warunki pogodowe, zimna, często przybrudzona woda spowodowały, że trzeba się nieźle namęczyć żeby coś wymęczyć.
Czy to z powodu zimy powracającej niczym Rocky po kolejnym knockdownie, czy to za sprawa plagi kormoranów, która wzięła się i zawzięła w tym roku na Bystrzyce, ale w wodzie nie widać jeszcze za wiele życia. W każdym razie nie jest łatwo coś wydłubać.
W tym sezonie staram się łowić naprzemiennie muchówką i spinningiem. Na razie wyniki są raczej podobne, przynajmniej jest chodzi o pstrągi. I tu i tu bez rewelacji. Spinning okazał się bardzo selektywny bo oprócz 2 jazików łowię same pstrągi. Największy jak na razie w tym sezonie 45 centymetrowy kropas pokusił się na małą obrotówkę. Rybka zarówno podczas widowiskowego ataku na moich oczach (pstrąg wyskoczył z pod zatopionej palety w czystej płytkiej wodzie)jak i zacieklej i zaciętej walki dala mi sporo emocji i na pewno zagości na jakiś czas w worze z wędkarskimi wspomnieniami.
Nimfa to całkiem inna historia. Nimfą łowię wszystko oprócz pstrągów. Trafiały się leszcze, spora ilość płoci, a nawet kilka okoni, natomiast pstrągów jak na lekarstwo. Od początku roku udało mi się skusić zaledwie kilka ryb z tego tylko jedną 40+. Sporą ich część stanowiły rybki ostatniego rzutu. W tym sezonie już kilkukrotnie ten ostatni rzut uratował mój dzień.
Specjalista w łowieniu na krotką nimfę nigdy nie byłem, cały czas poszukuje jeszcze odpowiednich na Bystrzyce wzorów wiec moje muchowe wyniki nie są dla mnie zaskoczeniem. Bardziej przygnębiający jest fakt, że tak słabo idzie mi ze spinningiem. W przeszłości jakoś więcej tych pstrążków się na kiju meldowało. Może za mało się przykładam? Może rzeczywiście kormorany zrobiły straszne spustoszenie w rybostanie, a może dopiero się zacznie? Tak czy siak dalej będę latał za złotą rybką z 5 z przodu 

Początek roku wskazywał, że kolejny sezon nadciągnie wielkimi susami. Zdawało się, ze przyroda nawet nie zdążyła na dobr...
25/03/2021

Początek roku wskazywał, że kolejny sezon nadciągnie wielkimi susami. Zdawało się, ze przyroda nawet nie zdążyła na dobre zapaść w zimowy letarg, a już nadszedł czas się z niego wybudzać. Pogoda niestety ma jednak to do siebie, że lubi zaskakiwać i tak też się stało. Brutalny atak „bestii ze wschodu” skutecznie przyhamował rodzące się we mnie nadzieje na szybkie nadejście wiosny. Takiej zimy nie było w Polsce od kilku lat. Fakt ten nie ukrywam delikatnie mnie zdołował. Przez ostatnie lata zmuszony byłem walczyć z Islandzkimi zamieciami śnieżnymi, wiatrem i zimowymi ciemnościami i kiedy w końcu miałem od niej odetchnąć i cieszyć się wiosenna aurą od początku sezonu, zima znowu dala mi się we znaki. Nie zrozumcie mnie źle nie mówię tutaj o śniegu czy ujemnych temperaturach bo do tego jestem przyzwyczajony, mowie o totalnym bezrybiu które wraz z pierwszym śniegiem zawitało do mojego wędkarskiego świata. Nastał mroczny okres w którym 20 cm pstrąg cieszy jakby to była 50.
Ryby się przede mną pochowały, a ja z każdą kolejną wyprawą nabierałem przekonania , że wisi nade mną jakieś fatum. Inni przecież łowią – tak przynajmniej mówili, a co ze mną? Spadek formy?, kormorany?, woda pośniegowa? Bez wątpienia była to mieszanka kilku czynników. Czynników, które zachwiały wiarą w moje wędkarskie umiejętności na dobre kilka tygodni. Nie poddawałem się jednak. Z uporem obławiałem kolejne to odcinki Bystrzycy na zmianę spinningując i łowiąc na nimfę i kiedy zdawałoby się, nic nie było w stanie przełamać złej passy, w akcie desperacji sięgnąłem po późno wiosenną, jeśli nie letnią przynętę w nadziei, że sprowadzi do mnie wiosnę. Kiedy po kilku rzutach pierwszy „wiosenny” jazik zameldował się w podbieraku, a zaraz po nim „potokowiec” do głowy nasunąć się mogła tylko jedna myśl. Jestem szamanem i potrafię sprowadzić wiosnę, a może po prostu pogrążony w zadumie nad swoimi niepowodzeniami nie zauważyłem kiedy sama do mnie przyszła  Jedno jest pewne . Czuć ją już w powietrzu!

Po 5 latach tęsknoty za rodzimą wodą w końcu pojawiła się szansa aby jak za dawnych lat rozpocząć sezon pstrągowy w Pols...
03/01/2021

Po 5 latach tęsknoty za rodzimą wodą w końcu pojawiła się szansa aby jak za dawnych lat rozpocząć sezon pstrągowy w Polsce. Odwieczny dylemat czy rozpocząć nowy rok z muchówką czy spinningiem rozstrzygną rzut monetą. Orzeł - muchówką, reszka - spinning. Dwa złote pofrunęło więc w powierzę. Po serii efektownych salt wyładowała ogłaszając werdykt - reszka!! W sumie mnie to ucieszyło – ze spinningiem wiązało się znacznie mniej przygotowań. Nakręciłem wiec jigów, skompletowałem przynęty i pełen nadziei wyruszyłem zapolować na pstrągi. Po wielu latach nieobecności nad lubelskimi rzeczkami krainy pstrąga i lipienia nad wodą zameldowałem sie już 1 stycznia.
Do dyspozycji miałem jakieś 4 godzinki czasu oraz masę różnorodnych przynęt począwszy od woblerów i jigów mojej produkcji po seryjne salmo, sieki i oczywiście moje ukochane wiórki meppsa. W pudełku znalazło sie też kilka miękkich przynęt miedzy innymi żabki, które świetnie sprawdzały się kiedyś na początku wiosny, a skoro zimy ni widu nie słychu miały być one moja tajna bronią.
Problem stanowiła tradycyjnie duża presja wędkarska oraz zamglone już wspomnienia poznanych przeze mnie zakątków rzeki. Postanowiłem poszukać odcinka na którym nie będzie widać innych wędkarzy z nadzieją, że będę tam pierwszy. Na tak małych rzekach jak Bystrzyca dla własnego dobra lepiej nie chodzić po przetartych już szlakach o ile jest to w ogóle możliwe, zwłaszcza, że jak zauważyłem później wielu wędkarzy wędruje z biegiem rzeki skutecznie płosząc większość ryb.
Po jakiś 20 min. poszukiwań wybrałem jak mi się wydawało całkowicie opustoszały odcinek rzeki
i ruszyłem do boju. Zestaw zmontowałem chyba w rekordowym czasie. Na jego koniec powędrował biały pstrągowy jig na 2,5 gramowej główce, jego muchowy odpowiednik zawsze kusił jakieś rybki
na Bystrzycy w zimowym okresie. Odpaliłem papierosa i ruszyłem w stronę rzeki. Niestety widok jaki zastałem daleki był od tego z moich wizji. Stan wody był niesamowicie niski, co przełożyło się na drastyczny spadek pstrągowych miejscówek. Pierwsza myśl to oczywiście jadę szukać innego odcinka, ale wspomnienie licznych wędkarzy mijanych po drodze wpłynęło znacząco na podjętą finalnie decyzje. W końcu przyjechałem odwiedzić „stare śmieci”, pobyć trochę nad rzeką, no pressure.
Tak więc zostaje tu gdzie jestem, przecież pstrągi powinny być i tutaj w końcu to odcinek „no kill”. Ruszyłem wiec w górę rzeki obławiając co bardziej obiecujące „dołeczki”. Przynętę prowadzę zazwyczaj skokami tuż nad samym dnem, choć dobre efekty przynosi czasem jej położenie i turlanie, zwłaszcza jeśli chodzi o imitacje budzących się z zimowego letargu żab. Po ok. 20 minutach spacerowania natrafiłem w końcu na obiecującą rynienkę. Zakradłem się cichutka i posłałem jiga
w sam jej środek. Chwile to trwało, ale w końcu uderzył, musiał tam być! Po 60 sekundowym holu wychudzony, z wielka dziurą w grzbiecie, 35 cm pstrążek wyładował w podbieraku. Jak się później okazało była to największa tego dnia rybka. Pewnie miał spotkanie z wydrą – pomyślałem wypuszczając łobuza. Tego dnia miałem na kiju 8 rybek wszystkie na mój biały jig. Przyznam się, że innych przynęt nie testowałem  Większość pstrągów mieściło się w widełkach miedzy 20 – 30 cm - ich wielkość nie powala, ja jednak jestem zadowolony moja przynęta okazała się strzałem w 10-tkę! Sezon dopiero się rozpoczął wiec może być tylko lepiej, tym bardziej , że spotkani nad woda koledzy po fachu nie mieli praktycznie kontaktu z rybką. Pierwsze koty za płoty 

W minionym roku nie było za wiele czasu na wędkowanie. Mój sezon na naszych krajowych wodach trwał od września do listop...
02/01/2021

W minionym roku nie było za wiele czasu na wędkowanie. Mój sezon na naszych krajowych wodach trwał od września do listopada, a wypady na rybki mógłbym policzyć na palcach obu rąk plus jednej stopy. Większość czasu spędziłem wędkując na Wiśle w okolicach Krakowa, pokręciłem się również troszkę po nizinnej Bystrzycy w okolicach Lublina, którą na pewno obadam w cieplejszym okresie tego roku. Coś tam udało się złowić przez te 3 miesiące. Przynętą numer jeden okazała się sprawdzona już dla mnie wirówka mepps algia 1 w kolorze srebrnym. Większość prezentowanych na zdjęciach ryb padło właśnie na tą przynętę. Mimo, iż sezon trwał dla mnie krótko fajnie było wrócić na rodzime wody. Rok 2021 rozpoczynamy oczywiście od pstrągów z Lubelskich rzeczek :) W najbliższym czasie może uda mi się sklecić jakiś filmik z pływadełkiem na Islandii oraz z wypraw z 2020 roku.

Adres

Puławy

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy MyFishing.pl umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do MyFishing.pl:

Udostępnij