05/04/2025
Dokładnie 30 lat temu, 5 kwietnia 1995 roku, Mazowszanka Pruszków zdobyła swoje pierwsze mistrzostwo Polski.
O tym, że napisałem całą książkę – to opowieść o szalonym baskecie lat 90. Dziś, tutaj, zapraszam na bardziej osobisty wpis o tym, jak wspominam i jak przeżywałem sukces tamtej drużyny.
W sezonie 1994/95 chodziłem do ósmej klasy podstawówki na osiedlu Stanisława Staszica, kilka minut spacerem od blaszanej hali przy ul. Gomulińskiego 4, gdzie grała Mazowszanka, a w MKS MOS trenowały setki chłopaków z Pruszkowa i okolic.
To był mój drugi dom, trening był czystą przyjemnością i codziennym świętem. Pewnie nawet większym niż słuchanie Sepultury, Pantery, Life of Agony, Beastie Boys czy Soundgarden, które katowałem w tamtym okresie. Wszyscy najlepsi kumple – Malin, Sanit, Karol, Maniek, Czerniak, Igor – albo grali drużynie, albo razem ze mną katowali basket tam, gdzie się dało. Dosłownie, nawet na trzepaku.
Serio, myśleliśmy, że kiedyś zagramy w NBA (pamiętam, że – nie wiedzieć czemu - celowałem w Detroit Pistons), a przynajmniej w ekstraklasowej drużynie z Pruszkowa. Keith Williams, Tyrice Walker, Adam Wójcik, ale i Jacek Rybczyński, Tomasz Ziembiński czy Paweł Gawryjołek byli dla nas półbogami, idolami.
Moje pierwsze zetknięcie z mistrzowską Mazowszanką, to obóz w Rzucewie w 1994 roku. Pierwszy zespół trenował niedaleko, w Pucku, kilka razy mieliśmy tam przebieżki plażą czy po prostu wycieczki – nie pamiętam. Ale pamiętam, że tam po raz pierwszy zobaczyłem na treningu Adama Wójcika. Nie było jeszcze w zespole Keitha Williamsa i Tyrice’a Walkera, ale sam Adam wystarczył do tego, żeby szczęka opadała i żeby było czuć, że na naszych oczach dzieje się coś wyjątkowego.
Lekkość, skoczność, widowiskowość, ale i ta spokojna aura, którą Wójcik miał wokół siebie przez całą karierę, były magnetyczne. Na wielkiego Adama można było patrzeć w oderwaniu od treningu, meczu. To z tamtych chwil pochodzi anegdota, którą już się dzieliłem – przed jednym z kondycyjnych treningów w Rzucewie, kiedy mieliśmy biegać wokół piłkarskiego boiska, jeden z kolegów uklęknął i powiedział coś w stylu „Panie Boże Adamie, ześlij proszę deszcz, żebyśmy nie musieli mieć tego treningu, tylko poszli zagrać w hali”. I deszcz spadł.
Tak było, nie ściemniam.
Tyrice Walker i Keith Williams dołączyli do zespołu później i byli dla nas nieosiągalni. Chyba się nawet wstydziłem przybijać z nimi piątki, gdy mijaliśmy się w wejściu hali – my po, a oni przed treningiem. Gdy rozmawiałem z nimi do książki , dystans się skrócił, pogawędki były i nostalgiczne, i fascynujące. Jednak w sezonie 1994/95 tylko na nich patrzyłem zza swoich za dużych okularów z fotochromami, znad chłopięcego wąsika i spod wieśniackiej grzywki.
Keith był profesorem, dyrygentem, czarodziejem. W gwiazdorskiej drużynie nie musiał robić wszystkiego, wystarczyło, że był mózgiem, rozgrywającym. I ostoją w trudnych chwilach. Gdy w styczniu 1995 roku, mając słabszy okres, rzucił „F**k you!” do trenera Jacka Gembala podczas wysoko przegranego meczu w Przemyślu, a potem został zawieszony, Pruszków zadrżał. Czy taki będzie koniec mistrzowskich ambicji?
Na szczęście wszyscy się dogadali – mediował, co dziś jest niewyobrażalne, ówczesny prezes PZKosz Kajetan Hądzelek! – i Keith wrócił do drużyny. W wielkim stylu – w play-off miał kilka świetnych występów, chwalił go Gembal, a my klaskaliśmy.
Tyrice Walker…
(napisałem jego imię i nazwisko, i zamyśliłem się na dłuższą chwilę)
Kocur. Mistrz. Symbol. Zjawisko. Tylko on mógł być na okładce , w mojej opinii to najlepszy sportowiec w historii Pruszkowa – grał u nas przez sześć sezonów, był najlepszym zawodnikiem obu mistrzowskich drużyn, miał duży udział w zdobyciu każdego z czterech medali oraz dwóch Pucharów Polski. Zdobył dla zespołu najwięcej punktów w ekstraklasie – 4410. Zagrał w 231 spotkaniach, więc średnio rzucał po 19,1 punktu na mecz. Aż dziwne, że nikt nie wpadł na to, by nadać mu honorowe obywatelstwo miasta.
Tyrice bez wątpienia jest twarzą największych sportowych sukcesów Pruszkowa, ale tak naprawdę wcale nie miał wyjątkowych umiejętności. Jego rzut był płaski i nierówny, jeśli chodzi o skuteczność, a technika kozłowania była raczej przeciętna. Ale ten wyskok…
To wyświechtane sformułowanie, ale on naprawdę miał w nogach sprężyny. Skakał z dwóch nóg, z lekkością, jakby z samych opuszków palców. Po prostu wznosił się nad obręcz. W Polsce połowy lat 90. jego wsady robiły ogromne wrażenie, a wyjątkowy w formie i treści komentator Wojciech Zieliński mógł przy jego akcjach wymyślać nowe określenia, „ochy” i „achy”.
Jak na tamtą koszykówkę – dzięki atletyzmowi: skoczności, zwinności, szybkości - był wyjątkowy.
Adam, Keith i Tyrice – to była trójka największych gwiazd, którą mocno wspierała trójka innych graczy „z importu”: Marek Sobczyński, Jerzy Binkowski i Krzysztof Dryja. Dwóch weteranów, doświadczonych byłych reprezentantów Polski oraz 19-letni w momencie przyjścia do Pruszkowa drągal.
I jeśli pierwsi grali w stylu starej szkoły, przede wszystkim głową, sprytem i techniką, tak Dryja wyróżniał się niespotykaną wówczas fizycznością. Jak na środkowego o wzroście 210 cm wzrostu biegał i skakał znakomicie, a na jego umiejętności blokowania z pomocy opierał się defensywny „system” gry Mazowszanki. Nakieruj rywala w środek pola trzech sekund, tam zablokuje go Dryja, a reszta pobiegnie do kontry. I wszystko skończy się wsadem.
Z Markiem Sobczyńskim mam fajne wspomnienie, bo w pierwszym sezonie Pruszkowa w ekstraklasie – 1993/94 – podawałem mu piłki, gdy wychodził porzucać przed rozgrzewką. Potem on brał się za kontrolowanie gry w meczu, a ja – w granatowo-żółto-białym dresie MKS MOS, który mi jednorazowo wypożyczano – siadałem pod koszem ze szczotką i reagowałem, gdy trzeba było wytrzeć plamę potu. Dzięki temu wchodziłem na mecze za darmo i miałem miejsce tuż za linią końcową – wtedy biegania ze szczotką trochę pewnie się przed kolegami wstydziłem, dzisiaj jestem z tego dumny. Traktuję to jako swój wkład w sukces.
Pisząc dotarło do mnie, że Mazowszanka z sezonu 1994/95 była pierwszą drużyną w historii polskiego basketu, którą zbudowano jak nigdy i nigdzie wcześniej - falą transferów. Wcześniej roszady w zespołach były oszczędne, nigdy na tak dużą skalę. A tu doszło pięciu graczy (Binkowski, Dryja, Walker, Williams i Wójcik), którzy wspólnie z Sobczyńskim przejęli zespół. Przejęli na boisku i poza nim. To oni grali i rzucali najwięcej, to o nich najwięcej się mówiło. Pruszkowski trzon mógł mieć z tym problem, to była dla nich nowa sytuacja.
Ale trzeba pamiętać – i nigdy o tym nie zapomniałem – że to Jacek Rybczyński, Tomasz Kwasiborski, Tomasz Ziembiński, Paweł Gawryjołek, Hubert Białczewski, a także Paweł Czosnowski i Janusz Warmiak wywalczyli, a potem w dużym stopniu (przy wsparciu Sobczyńskiego i Chrisa Elzeya, pierwszego Amerykanina w Pruszkowie) utrzymali ekstraklasę.
„Ryba” był zadziornym strzelcem z dobrą trójką; „Kwasek” - najniższym graczem w lidze, upierdliwym obrońcą o wielkim sercu; „Ziembol” wolał mądrze stać niż głupio biegać, a jego trójki bywały zabójcze; „Gawron” przy wzroście 193 cm był środkowym, który poza boiskiem był potulny, ale na parkiecie robił wszystko, by pomóc drużynie, łącznie z wkładaniem rywalowi palca sami wiecie gdzie; Hubert lubił się bić w przenośni i dosłownie; „Czosnek” rzucał koślawo, ale bronił znakomicie; a Warmiak jako jedyny z pruszkowskiej ekipy potrafił efektownie wsadzić z kontry.
To byli nasi ludzie. Być może zapomniani przez wielki basket, właściwie tylko Rybczyński przebił się gdziekolwiek poza Pruszkowem. Ale w naszym mieście to wciąż są nazwiska.
I zdecydowanie dotyczy to także trenerów: Jacka Gembala i Krzysztofa Żolika. Wieloletnich szkoleniowców młodzieży, którzy w końcu tworzyli zgrany duet przy ekipie seniorów. Byli kolegami z bloku przy ul. Dobrej – Gembal mieszkał w drugiej, a Żolik w trzeciej klatce. Pierwszy był energiczny, momentami porywisty, drugi zawsze stonowany, spokojny. Dopełniali się idealnie, obaj mieli zasługi w sukcesach MKS MOS, a potem Mazowszanki. Na początku XXI wieku mieli nawet wspólną ulotkę jako kandydaci na radnych przed wyborami samorządowymi.
Ja mieszkałem w tym samym bloku, co oni. I, co tu dużo mówić, czułem się wyjątkowo – mała rzecz, a cieszyła: przecież to w moim bloku mieszkają najważniejsi trenerzy w Pruszkowie. Gdy starszy o kilka lat kolega z szóstego piętra miał osiemnastkę i towarzystwo skandowało z balkonu „Jacek Gembal!”, a potem „Krzysztof Żolik!”, czułem, że wszechświat wie, co robi.
Fajnie było spotykać obu trenerów pod blokiem, w klatce czy w windzie, czułem się wyjątkowo, gdy zagadali do mnie jako do młodego koszykarza. Znałem się z dziećmi trenerów - z Rafałem Gembalem chodziłem do klasy w liceum, z Agnieszką i Kasią Żolik utrzymujemy koleżeński kontakt. I to też jest super.
Nie będę tu pisał o wynikach Mazowszanki z sezonu 1994/95, wspominał szeroko serii play-off ze Stalą Bobrek Bytom i Nobilesem Włocławek – choć ćwierćfinał i półfinał były bardzo zacięte, emocjonujące, decydowały się w meczach nr 5 i Mazowszanka wcale nie tak łatwo zwyciężała po 3-2. Ale napiszę parę słów o finale z Polonią Przemyśl.
Serię ustawił pierwszy mecz, który rozgrywany był w Przemyślu. W 37. Minucie Wojciech Królik trafił trzy rzuty wolne i Polonia prowadziła 83:76, a w Mazowszance brakowało już Wójcika i Dryi, którzy zeszli z boiska po pięciu przewinieniach. Gembal wpuścił na parkiet Białczewskiego i Gawryjołka, a Williams, Sobczyński i Walker przyspieszyli grę. Pruszkowianie szybko zbliżyli się na 82:83.
W końcówce było dużo chaosu i dyskusyjnych decyzji sędziowskich, które krzywdziły Polonię – to pewnie także dlatego przemyscy kibice pisali potem na meczowych plakatach „Pruszków – mistrz za pieniądze mafii”. Kluczowy rzut na 52 sekundy przed końcem wykonał Sobczyński, który trafił za trzy. Potem jeszcze Walker (31 punktów i 12 zbiórek!) zablokował Nathana Buntina, Białczewski spudłował dwa wolne, zbiórkę w ataku miał Gawryjołek, a Polonia – nie wiedzieć czemu – nie faulowała taktycznie.
Po tym zwycięstwie poszło już dość łatwo. Finał rozgrywano w dziwnym formacie 1-1-2-2-1 - po zwycięstwie 94:86 we własnej hali Mazowszanka wygrała w meczu nr 3 w Przemyślu aż 96:73 (36 punktów Walkera!), by potem przegrać 89:95. Gembal wspominał: - W czwartym meczu też chcieliśmy wygrać, ale część zawodników chyba nie… Adam albo Marek, któryś z nich powiedział: „Nie no, mistrzostwo trzeba zdobyć u siebie, a nie na wyjeździe”. Nie mieliśmy wpływu na wynik, nie broniliśmy, przegraliśmy.
Do Pruszkowa Mazowszanka wracała z prowadzeniem 3-1 i ogromną pewnością siebie. Spotkanie nr 5 zaplanowano na środę 5 kwietnia 1995 roku. Co ciekawe, rejestrowały, a potem emitowały je aż trzy telewizje – Polsat, WOT oraz pruszkowski Tel-Kab. Mam nagrania z każdej z nich, czasem sobie włączam.
Mecz nr 5 to była miazga. Od początku było wiadomo, że Mazowszanka wygra, że po rozbitym już rywalu prawdopodobnie się przebiegnie. No i się przebiegła.
Już w 25. minucie, gdy Sobczyński trafił za trzy, prowadziliśmy 57:44 i choć w dzisiejszym baskecie 13 punktów przewagi na kwadrans przed końcem nie znaczy nic, tak wtedy wiadomo było, że Polonia tej przewagi nie odrobi. Zresztą ostatnie 20 minut było jak sezon w pigułce – Dryja blokował rzuty, Williams i Sobczyński licytowali się w błyskotliwych podaniach, a Wójcik i Walker ścigali się na efektowne wsady. Przy wyniku 78:50 na parkiet zaczęli wchodzić rezerwowi, magicznego momentu doświadczył Binkowski, który od razu po wejściu trafił za dwa, a potem – co zdarzało się rzadko – za trzy.
Mazowszanka ostatecznie wygrała 87:68, choć ten mecz tak naprawdę się nie skończył. Kibice wbiegli na parkiet trzy sekundy przed końcem.
Mistrzowski mecz oglądałem trzy dni po swoich 15. urodzinach, stałem na lewym skraju trybuny wzdłuż boiska, patrząc tak, jak kamera. Opierałem się o ścianę, bo to był naprawdę skraj. Szampana ze sobą nie miałem, ale miał go kumpel i chyba kilkadziesiąt sekund przed końcem zaczęliśmy przeciskać się w stronę parkietu. Zresztą nacisku tłumu nie dało się powstrzymać, wspomniałem wyżej, że kibice wbiegli na boisko trzy sekundy przed ostatnią syreną, sędziowie raczej bez wahania zakończyli spotkanie. A potem wiadomo – śpiewy, skandowania, podrzucanie bohaterów do góry, dekoracja medalowa, śpiewy, skandowania, śpiewy…
W pewnym momencie wyszliśmy kolegą się przewietrzyć i po namyśle podskoczyliśmy do pobliskiego sklepu. Tuż po mistrzostwie Mazowszanki piłem swoje pierwsze, nielegalnie kupione wino w życiu – i chyba nie był to „jabol”, choć smaku nie pamiętam. Rozochoceni wróciliśmy pod halę, stanęliśmy przy wyjściu.
I kolejne wspomnienie – doczekaliśmy się wyjścia całej ekipy, a mi udało się zebrać autografy. Na plecach białej koszulki podpisali mi się Williams, Walker, Dryja, Wójcik, Binkowski i nie pamiętam, kto jeszcze. Oni na pewno. Nosiłem potem tę koszulkę z dumą, choć po kolejnych praniach autografy blakły. Cholernie żałuję, że nie zostawiłem jej sobie na pamiątkę.
Od tych chwil minęło 30 lat. 30 lat!
Lubię myśleć, że właśnie dzięki tym przeżyciom jestem tym, kim jestem. Dziennikarzem sportowym, specjalistą od koszykówki. Że te lata dorastania przy rosnącym baskecie w Pruszkowie wyznaczyły moją życiową drogę. Zdarza mi się wracać do tamtych chwil, na chybił trafił otworzyć własną książkę, zanurzyć się we wspomnieniach.
Lubię koszykówkę. Lubię Pruszków.
Dziękuję, że doczytaliście do końca. . Na zawsze.
Książka dostępna w księgarni labotiga.pl - księgarnia sportowa: bit.ly/pruszkow-mistrz