29/04/2025
Warto przeczytać. Długie ale treściwe i porusza sedno leśnych działań
Czasem zastanawiam się, dlaczego po 3-godzinnych zajęciach wracam do domu tak bardzo zmęczony. Dlaczego każdy biwak muszę odespać i wziąć dzień wolnego, aby odreagować wydawałoby się sympatyczne i dodające energii spotkanie z fajnymi ludźmi. Nie jestem jakiś szczególnie mało wydolny, nie męczę się szybko i mam niezła kondycję, mimo to, wracam do domu i od razu idę się zdrzemnąć.
Dzieje się tak, bo w pracy edukatora przyrody bardzo dużo energii wkładamy w uważność. Aby zabrać grupę dzieci do lasu trzeba mieć oczy dookoła głowy. To my - edukatorzy inicjujemy zajęcia, które nie ma co ukrywać są o wiele bardziej kontuzjogenne niż np. lekcje malarstwa. Przez cały czas trwania zajęć wprowadzamy i prowokujemy zachowania odbiegające od dzisiejszych standardów, zachęcając dzieci do wchodzenia na drzewa, pracując z nożami czy ogniem. Oczywiście wszystkie te działania poparte są doświadczeniem i szczegółowym omówieniem zasad, ale i tak, choćbyśmy nie wiem jak się starali, co jakiś czas dochodzi do wypadku.
Szczęśliwie nie znam przypadków naprawdę poważnych, ale w tym miesiącu moi znajomi edukatorzy, z dużym doświadczeniem i bardzo zaangażowani zgłosili mi złamanie ręki i mało przyjemne przecięcie palca, skutkujące szyciem rany.
To się zdarza. Ja jako dziecko złamałem rękę na lekcji WF po czujnym okiem i z asekuracją nauczyciela upadając na miękki materac. Skaleczenia, siniaki, czy zwykłe rozdarte spodnie to normalka w naszej pracy i z tym liczą się zarówno rodzice jak i nauczyciele, ale jeśli chodzi o np wspomniane złamanie, to wszyscy wstrzymują oddech czekając na reakcję rodziców.
Wiedząc, że z dzieckiem jest wszystko w porządku, nic mu nie grozi, ręka się zrośnie, lękamy się o konsekwencje. Przerażeni są nauczyciele, na których warcie to się stało a także dyrekcja, która będzie się borykać z roszczeniami rodziców. Ogromny stres przeżywa też organizator takich zajęć, który zrobił wszystko, co mógł, przekazał instrukcję, poinformował o tym, co wolno, a czego nie, a kiedy odwrócił się na chwilę, usłyszał płacz i zobaczył dziecko trzymając się za obolałą rękę.
Najpierw jest lęk o dziecko, potem o siebie, bo rodzice potrafią rozpętać prawdziwe piekło. W swojej furii gotowi sa skarżyć organizatora, szkołę, niszczyć reputację i dorobek osoby, która zorganizowała takie zajęcia. Wszyscy trochę się tego boimy i nie bardzo jest jak się przed tym ustrzec. Taki lęk często skutkuje zakazem wyjść, trzymaniem dzieci w “bezpiecznym”, atestowanym budynku i niwelowaniem wszelkich zagrożeń.
Naprawdę podziwiam i szanuję nauczycieli i dyrekcję szkół, którzy z tą świadomością podejmują się organizacji wyjść w teren wiedząc, że konsekwencje trzymania dzieci pod kloszem będa o wiele gorsze niż jedna złamana ręka, czy wybity ząb, tym bardziej, że pobyt w szkole też jest obarczony ryzykiem wypadku.
Oczywiście każdy organizator powinien wykupić stosowne ubezpieczenie, poinformować o charakterze zajęć, mieć apteczkę i przeszkolenie medyczne ale i tak zdarza się, że emocje biorą górę i pomimo świadomości rodziców, o tym, co może się zdarzyć, pojawia się potrzeba wskazania i ukamienowania winnego.
Trudno mówić o winie, kiedy dziecko użądli osa, czy biegnąc potknie się i upadnie. Wszyscy my- leśni trenerzy, edukatorzy ważymy i decydujemy, czy na to drzewo można bezpiecznie wejść i do jakiej wysokości, sprawdzamy pogodę, czy ta ściółka nie stwarza zagrożenia podczas zabawy, sprawdzamy teren, sprzątamy potłuczone szkło, dbamy i pilnujemy jednocześnie pozostawiając poczucie swobody i wolności, bo o to przecież chodzi i po to dzieciaki przychodzą do lasu. Nie po wiedzę na temat roślin wiatropylnych, tylko po to, żeby się wyszaleć i robić rzeczy niedozwolone w instytucjach takich jak szkoła.
Kochani rodzice i wychowawcy, Ci wszyscy, którzy podejmujecie decyzje o udziale swoich dzieci w zajęciach terenowych. Dziękuję Wam bardzo za to zaufanie, za dostrzeżenie ogromnej potrzeby kontaktu dzieci z naturą i proszę Was tylko o świadomość, że ogień jest gorący a nóż ostry że wypadki się zdarzają, bez winy dziecka, nauczyciela, czy osoby prowadzącej. My, robimy wszystko, by było bezpiecznie. Wierzę głęboko, że na takich małych doświadczeniach jak oparzony, czy skaleczony palec budujemy swoja mądrość życiową i umacniamy się. Dzieciaki dziś nie wiedzą jak wygląda gotująca się woda, nie potrafią chodzić boso, jeśli nie mogą postawić nogi na gładkiej powierzchni
Chcemy podejmować się pokazywania im zimna lodu i gorąca ognia, brudu pod paznokciami, ukłucia pokrzywy, siniaka na piszczeli i towarzyszącego tym skutkom szczęśliwego, prawdziwego dzieciństwa.
Zrobimy wszystko, żeby Wasze dzieci były bezpieczne, ale my też musimy czuć się bezpieczni.