05/04/2026
Tak 🤔
Osoby rządzące Polską, jak i spora część naszego społeczeństwa, podziela błędne przekonanie, że 'odporność' na kryzysy militarne/humanitarne na świecie da się zbudować np. budując schrony, czy wielką, bezwładną armię bez amunicji (w ramach przyjaźni polsko - amerykańskiej). Na to też idą gigantyczne pieniądze. Nie mówiąc już choćby o obniżeniu VAT na paliwo (na święta!), które utrzymane pół roku, będzie nas kosztować 15 mld zł. Kto zauważy? Czy zwiększy to jednak naszą odporność? Na razie zwiększa tylko zadłużenie.
Dla gospodarki przyssanej do kroplówki surowców kopalnych niestety rozwiązanie jest tylko jedno - niezależność od nich. Tymczasem spadła na nas fatalnie komunikowana przez UE transformacja energetyczna (niezbędna), którą teraz różne antydemokratyczne siły polityczne bezlitośnie obnażają i ugrywają na tym niemały kapitał, a w skali lokalnej mamy właściwie kapitulację samorządów na rzecz samochodowych krzykaczy.
Ogromnym błędem było promowanie zrównoważonej mobilności, infrastruktury rowerowej oraz komunikacji zbiorowej jako projektu jedynie ekologicznego - jest to bowiem przede wszystkim infrastruktura odporności miast na kryzysy 'na drugim końcu świata'. Infrastruktura, która może decydować o 'być albo nie być' gospodarek. Jak np. holenderskiej. Do dziś wiele osób myśli, że to naród, który tak bardzo kocha rowery...być może dziś kocha. Kiedy jednak wdrażali politykę, która przestawiła ich miasta na model zrównoważony, bardziej motywowała ich cena ropy.
Kryzys paliwowy z lat 1973–1974 był dla Holandii momentem przełomowym, który wywołał nie tylko problemy gospodarcze, ale też głęboką zmianę sposobu myślenia o transporcie i funkcjonowaniu państwa. Wszystko zaczęło się w październiku 1973 roku, kiedy kraje arabskie nałożyły embargo na eksport ropy do państw wspierających Izrael. Holandia znalazła się wśród najbardziej dotkniętych krajów, co było szczególnie bolesne, bo jej gospodarka była silnie uzależniona od importowanej energii i transportu.
Ceny ropy wzrosły w bardzo krótkim czasie około czterokrotnie, co natychmiast przełożyło się na wzrost cen paliwa, transportu i praktycznie wszystkich produktów. Pojawiła się wysoka inflacja, a gospodarka zaczęła hamować. Dla kraju o tak rozwiniętym handlu i logistyce był to poważny wstrząs. W wielu sektorach doszło do spowolnienia, a na poziomie całej gospodarki zachodniej odnotowano spadek wzrostu i recesję.
Na poziomie codziennego życia skutki były bardzo widoczne. Zaczęło brakować paliwa na stacjach, pojawiły się ograniczenia sprzedaży i kolejki. Jednym z najbardziej symbolicznych działań rządu było wprowadzenie niedziel bez samochodów. Ulice i autostrady opustoszały z ruchu samochodowego, a ludzie zaczęli korzystać z nich pieszo i na rowerach. To doświadczenie miało ogromne znaczenie psychologiczne, bo po raz pierwszy na masową skalę zobaczono, jak mogą wyglądać miasta bez dominacji aut.
W debacie publicznej pojawiło się poczucie, że kraj jest niebezpiecznie uzależniony od zewnętrznych źródeł energii. Samochód przestał być postrzegany wyłącznie jako symbol wygody i postępu, a zaczął być widziany jako element ryzyka. Dyskusje dotyczyły tego, czy dotychczasowy model transportu ma sens i jak można zmniejszyć zależność od ropy.
Doświadczenie pustych ulic pokazało, że alternatywa istnieje i działa. Miasta były cichsze, bezpieczniejsze i bardziej przyjazne do życia. To nie była abstrakcyjna idea, tylko coś, czego ludzie realnie doświadczyli. W tym kontekście rower zyskał nowe znaczenie. Nie był już tylko środkiem rekreacji, ale stał się praktycznym, tanim i niezależnym od paliw rozwiązaniem transportowym.
Kryzys paliwowy nie był jedyną przyczyną rozwoju infrastruktury rowerowej w Holandii, ale odegrał kluczową rolę, ponieważ stworzył silną presję polityczną i społeczną. Zmienił sposób myślenia o transporcie z kwestii wygody na kwestię bezpieczeństwa i stabilności państwa. Dzięki temu decyzje o inwestowaniu w infrastrukturę rowerową stały się nie tylko uzasadnione, ale wręcz konieczne.
Cena paliwa w Polsce pewnie przekroczyłaby niedługo 10 zł/ litr (gdyby nie interwencja państwa). Zamiast na systemy masowego transportu w największych, polskich miastach, wydamy te pieniądze na doraźne gaszenie pożarów i na koszmarnie drogi sprzęt wojskowy zza oceanu, którego być może nawet nie zobaczymy przez najbliższe 10 lat. Zamiast inwestować w swoją przyszłość - wydajemy miliardy w błoto.
I nie staniemy się gotowi na kryzysy nawet odrobinę bardziej.