31/10/2020
Zainspirowany postem wrzuconym przez jedną z obserwowanych przeze mnie osób działających w środowisku sportów siłowych, sam stwierdziłem, że warto będzie stworzyć coś o podobnej tematyce.
Kwestia mentalu, podejścia mentalnego, psychologii w sportach siłowych, a także w życiu, bo uważam, że nasze nastawienie i podejście do treningu przekłada się później na całe życie, nawet na aspekty, które są jak najdalej oddalone od kwestii chamskiego przerzucania żelastwa.
Na pewno każdy z Was złapał się nie raz na tym, ze czegoś mu się nie chciało. To najprostsza i najbardziej oczywista forma oporu. „Opór” jest to określenie siły, która pojawia się w życiu każdego człowieka, bywa ona także nazywana autodestrukcją, czy autosabotażem. To siła, która istnieje wewnątrz każdego z nas, która pcha nas w kierunku przeciwnym do tego, w którym rzeczywiście chcemy dążyć. Energia, która k**i nas, pociąga w stronę lenistwa, prokrastynacji, czy innych, całkowicie bezproduktywnych czynności, mających jedną, podstawową i bardzo ważną cechę wspólną – są one stratą naszego czasu. Czasu, którego każdy z nas ma ograniczoną ilość.
Pomyśl, zastanów się, na pewno masz jakieś marzenia. Jakieś ambicje, które chcesz osiągnąć, zrealizować. Dla jednego to będzie 250kg w przysiadzie, dla drugiego nowy samochód, dla jeszcze innego zbudowanie stabilnego związku. To może być cokolwiek. Człowieka przed osiągnięciem sukcesu w największej mierze powstrzymuje on sam. Szukając wymówek, czy powodów, którymi może zasłonić się i usprawiedliwić swój brak działania. Bo dziś jest zła pogoda, bo źle się czuję, bo mam zły dzień, cokolwiek. Niektórzy są w szukaniu wymówek lepsi, niektórzy gorsi, w zależności od tego, jak bardzo czegoś chcą. Jeśli zależy Ci na osiągnięciu celu wyjątkowo mocno, możesz być pewny, że opór zacznie przybierać coraz to wymyślniejsze formy, tak, aby trudniej było Ci go zidentyfikować.
Za każdym razem, gdy podejmujesz jakieś działanie, zadaj sobie jedno proste pytanie „Czy to, co teraz robię, doprowadzi mnie do osiągnięcia wyznaczonego celu? Czy zbliża mnie do niego?”. Jeśli odpowiedź jest prosta: „Tak”, to nie masz się nad czym zastanawiać. Jeśli jednak złapiesz się na tym, że próbujesz usprawiedliwić swoje zachowanie i zakręcić sam sobą tak, by przekonać samego siebie do tego, iż dane zachowanie ma pomóc Ci osiągnąć cel, możesz być pewien, że właśnie robisz coś bezcelowego.
Tutaj nie ma nic, co warto by było komplikować. Właściwie, to nadmierne komplikowanie nigdy nie ma sensu. To, co jest proste i działa, jest najlepszym wyjściem. W życiu nie chodzi o to, by dochodzić do celu jak najdłuższą i najbardziej krętą drogą. Na końcu nie dostaniesz medalu za wytrwałość, ani nikt nie pogratuluje Ci włożonego wysiłku. Liczy się tylko i wyłącznie efekt. To, co widać na zewnątrz, a nie to, co Ty przeżyjesz, dochodząc do tego rezultatu. Nie ma więc sensu sobie tego utrudniać. Parafrazując jednego z guru sportów siłowych, Marka Rippetoe: „Dobrze jest być jak najdłużej początkującym, wtedy najprostsze metody działają”. Te słowa można przełożyć właściwie na każdy aspekt życia. Jeśli do czegoś dążysz i te najbardziej podstawowe metody nadal pozwalają Ci się rozwijać – to powód do radości, satysfakcji, nie do złości. Stosowanie prostych metod oszczędza Ci czasu, który musiałbyś spędzić na kombinowaniu i analizowaniu tych bardziej wymyślnych, a co za tym idzie stawia Cię w korzystnej sytuacji względem całej reszty, która, być może, musi kombinować bardziej, niż Ty.
Nie mówię tutaj o tym, że należy się zakatowywać pracą i dążeniem do celu. Nie mówię o tym, by wyrzucać z życia wszystkie pozornie niepotrzebne elementy i, no nie wiem… przestawać rozmawiać i kontaktować się z bliskimi, bo rozmowa z mamą nie pozwoli Ci zarobić pierwszego miliona. To byłby debilizm. We wszystkim należy znaleźć umiar, to oczywiste. Jeśli jednak bardzo chcesz osiągnąć coś i to „coś” zaczyna wypełniać coraz większy odsetek Twoich myśli, tak, że zaczynasz rozmyślać o tym wręcz obsesyjnie, to oczywisty znak, że musisz coś z tym zrobić. Spójrz na to, co robisz, obiektywnie. Zadając sobie wspomniane wyżej pytanie, zastanów się, ile czasu będziesz w stanie wygospodarować na dążenie do wyznaczonego sobie celu, co jeszcze mógłbyś zrobić, by go osiągnąć szybciej.
Sam aż za dobrze znam poczucie zmarnowanego czasu. I doskonale wiem, jak źle ono smakuje. W pewnym momencie swojego życia uznałem, że nie chce go już odczuwać. Czuć, że to, co robisz, nie ma większego sensu, to jedno z najgorszych wrażeń, jakich może doznać człowiek. Godzi ono w samą istotę człowieczeństwa i właśnie dlatego, nie pozwól sobie go odczuwać.
Wyznacz sobie jasny cel, obiektywnie wybierz środki, które pomogą Ci go osiągnąć i konsekwentnie brnij w kierunku, który ma Cię do niego doprowadzić. Nie wybieraj krętych ścieżek, na których możesz się wypierdolić tysiące razy. Wybierz tę najprostszą, najbardziej podstawową i brnij nią uparcie tak długo, aż nie przestanie działać. Te najtrudniejsze pozostaw na koniec, gdy będziesz miał już na tyle wiedzy i doświadczenia, by spokojnie móc się po nich poruszać.
Nie daj sobie poczuć, że marnujesz swój czas tutaj.