24/08/2026
🚴♂️ 188 KM SOLO DO CZĘSTOCHOWY. TYM RAZEM MOGŁEM LICZYĆ TYLKO NA SIEBIE.
Ten wyjazd był zupełnie inny niż mój poprzedni dłuższy trip, który przejechałem razem z Przemkiem.
Tym razem nie znalazłem kompana chętnego na taką trasę, więc decyzja była prosta — jadę sam.
I po tych 188 kilometrach mogę powiedzieć jedno: samemu jedzie się zdecydowanie trudniej.
Nie ma z kim pogadać, nie ma komu powiedzieć, że zaczyna być ciężko, nie ma zmiany na prowadzeniu. Kiedy przychodzi kryzys, zostajesz sam ze swoją głową i swoimi nogami.
⏰ 7:30 – start z Pleszewa.
Niestety długo nie trzeba było czekać na pierwszą „przygodę”.
W Tursku wybiegł do mnie pies, który zdecydowanie nie miał przyjaznych zamiarów. Od właściciela kiedyś usłyszałem tylko, że „lubi rowerzystów”.
I tutaj wyjątkowo nie chcę obracać tego w żart.
Ten sam pies wcześniej zaatakował córkę moich znajomych, która po tym zdarzeniu wylądowała na SOR. Był mandat, ale najwyraźniej niewiele to zmieniło, skoro pies nadal może wybiec do przejeżdżającego rowerzysty.
Jeżeli wiemy, że nasz pies może zaatakować człowieka, naszym obowiązkiem jest go zabezpieczyć. Nie ma znaczenia, czy drogą jedzie rowerzysta, biegnie dziecko czy ktoś po prostu idzie na spacer.
Mandat to jedno. Zdrowie drugiego człowieka to drugie. Nie czekajmy, aż wydarzy się kolejna krzywda.
Na szczęście u mnie skończyło się tylko na strachu, więc jadę dalej.
📍 Około 8:30 – Kalisz. Miasto jeszcze jakby spało.
Później kierunek Brzeziny i spory kawałek bardzo przyjemnej asfaltowej ścieżki rowerowej.
Dalej województwo łódzkie i miejscowość Muchy, gdzie przejeżdżałem obok fabryki rowerów SM STORM BIKES . Rowerowy akcent na rowerowej wyprawie musiał być. 😁🚲
A później trafiłem praktycznie… do siebie. 😂
📍 SALAMONY
Dokładnie tak jak moje nazwisko — SALAMON. 😁
Tamte okolice to już zupełnie inny świat. Lasy, lasy i jeszcze raz lasy, a pomiędzy nimi firmy produkujące palety. Sklepów praktycznie brak.
Na szczęście trafił się jeden spożywczak, więc udało się uzupełnić wodę i można było kręcić dalej.
Przez pierwsze 120 kilometrów jechało mi się naprawdę dobrze. Średnia utrzymywała się w okolicach 26,6 km/h i wszystko wskazywało na to, że spokojnie dowiozę ten trip do końca.
Tyle że profil tej trasy był trochę zdradliwy.
Miałem podczas jazdy wrażenie, że ciągle jadę lekko pod górę. Po powrocie sprawdziłem wykres i okazało się, że wcale mi się nie wydawało. 😅
Garmin pokazał około 670 metrów przewyższenia, a im bliżej Częstochowy, tym trasa generalnie nabierała wysokości. Szczególnie druga część to ciągłe lekkie podjazdy i falowanie terenu.
Do tego boczny wiatr, momentami wiejący w plecy, ale przy wysokich karbonowych stożkach boczne podmuchy zdecydowanie nie pomagały. Cały czas trzeba było pilnować roweru.
I właśnie gdzieś około 120–125 kilometra zaczęła się prawdziwa walka.
Wyjeżdżając wiedziałem, że mam lekką kontuzję lewego kolana. Co ciekawe, podczas chodzenia je czułem, ale na rowerze praktycznie nie sprawiało problemu.
Za to nagle zaczęła boleć… cała prawa noga.
Do dzisiaj nie wiem, co dokładnie się stało.
Wiem tylko, że od tego momentu jazda przestała być przyjemnością, a zaczęła być walką o każdy kolejny kilometr.
Średnia zaczęła spadać, prędkość momentami schodziła w okolice 20 km/h, a chwilami było tak źle, że pedałowałem praktycznie tylko lewą nogą.
Prawą wypinałem z SPD i pozwalałem jej przez chwilę odpocząć.
Normalnie?
Zatrzymałbym się. Zrobił godzinę przerwy, coś zjadł, odpoczął i dopiero ruszył dalej.
Tylko że był jeden mały problem…
🚆 16:34 – pociąg powrotny z Częstochowy.
A do przejechania wciąż pozostawało kilkadziesiąt kilometrów.
Nie było więc za bardzo czasu na odpoczynek.
Trzeba było po prostu doczłapać się do Częstochowy.
Kilometr po kilometrze.
Czasami na jednej nodze.
Ale do przodu.
I w końcu się udało. 💪
CZĘSTOCHOWA. 188 KM SOLO.
Szybka fota pod bazyliką i… dzida na pociąg. 😂
Dlatego wybaczcie, że tym razem nie będzie zbyt wielu zdjęć z samej Częstochowy. W tamtym momencie zwiedzanie było ostatnią rzeczą, o której myślałem.
Najważniejsze było jedno:
ZDĄŻYĆ NA POCIĄG.
I jak to zwykle bywa…
Pociąg oczywiście był opóźniony. 😂
Dzięki temu zdążyłem jeszcze spokojnie uzupełnić bidony.
Powrót Intercity był już zdecydowanie przyjemniejszą częścią wyprawy. Mogłem w końcu usiąść, zjeść ciepły posiłek w wagonie, a ponieważ siedziałem w przedziale z rowerami, po drodze udało się też poznać kilka osób i pogadać.
Ponad 3 godziny pociągiem i znowu byłem w Pleszewie.
Zmęczony, obolały, ale z kolejną historią do zapamiętania.
Po powrocie powiedziałem:
NIGDY WIĘCEJ! 😂
188 km solo, boczny wiatr, wysokie karbonowe stożki, trasa stopniowo pnąca się w górę, walka z prawą nogą i cały czas zegarek z tyłu głowy, żeby zdążyć na pociąg.
Wtedy naprawdę miałem dość.
Ale minął jeden dzień.
Dzisiaj siedzę, piszę ten post i…
już planuję kolejny trip. 😁🚴♂️
Bo chyba właśnie na tym polega ta cała rowerowa choroba.
W trakcie pytasz siebie:
„Po co mi to było?”
Po powrocie mówisz:
„Nigdy więcej!”
A dzień później odpalasz mapę i zaczynasz kombinować:
„A gdyby tak następnym razem pojechać…?” 😎🚴♂️