30/05/2023
Czeeeeeeeeeeeeeeśśśśśśśśśććććć. Długie cześć, bo mnie nie było tutaj dawno, a trochę trzeba nadrobić zaległości. Pewnie zobaczyliście moje logo. Zostało stworzone prze AI. Tak rozpoznacie moja teraz stronę. Ale ja dziś nie o tym chciałem napisać. Jako, że była majówka to i wyjazd był. A, dokładnie odkrywałem nowe góry na piechotę. Były to Beskidy. Ale od początku. Najpierw trzeba przedstawić całą ekipę. Zaczniemy może od pań, bo szybciej: Dominika, Patrycja, 2x Piotr, 2x Artur, Marek i Robert. Wyjazd z domu 28 kwietnia około 6.20, bo o 7 zbiórka w Czarnkowie. Jedziemy w stronę Poznania na dwa auta, bo ekipa duża i zacna. Pod Poznaniem zgarniamy resztę ekipy. Szybka herbatka, kawka, a co poniektórzy piwko 🤣. No więc ruszamy. Cały czas mamy autostradę lub ekspresówki. Przed nami 5 - 6 godzin jazdy z małym przystankiem na jedzonko. Aaaaaaahhhhh. Całkowicie zapomniałem napisać gdzie jechaliśmy. Dokładnie do Szczyrku. Pierwsze kilometry mijają nam w lekkim deszczu. Ale im bardziej na południe tym pogoda lepsza. Szczyrk wita nas ładną pogodą. Nasz apartament znajduje się na szlaku w stronę Klimczoka. Do miasta mamy około 10 minut. Na powrocie 20 minut podejścia. Apartament na wysokim poziomie: 4 pokoje, salon, kuchnia, 3 łazienki oraz sauna. Po rozpakowaniu postanowiliśmy ruszyć w miasto i coś zjeść oraz zrobić zakupy. Wieczór minął nam w bardzo przyjemnej atmosferze. Pobudka ustalona na 7.00, śniadanie i wymarsz około godziny 8. Pogoda bardzo dżdżysta. Lekki kapuśniaczek pada z góry. Ale każda pogoda w górach ma swój urok oczywiście jeżeli nie jest niebezpieczna. My zaczynamy wspinaczkę na pierwszy szczyt tego dnia. Oto lista wszystkich szczytów jakie udało nam się zdobyć podczas wędrówki: Beskidek, Hyrca, Kotarz, Grabowa, Biały Krzyż, Malinów, Malinowska skała, Kopa Skrzyczeńska, Małe Skrzyczne i Skrzyczne. Mnie najbardziej urzekła Malinowska skała. Rozpogodziło się i mogliśmy obserwować okolicę ze szczytu. Samo Skrzyczne nie powala. Ot soi tam wieża i tyle. Czekała nas decyzja czy zjechać wyciągiem (54 zł) czy zejść stromym szlakiem. Opcja numer dwa nie przemawia do mnie, ale czy jest fajnie? Jest tanio jest fajnie. Ale naprawdę samo zejście dało mi w kość. Pogoda słoneczna trochę rekompensowała tą tułaczkę. Ale udało się. Pierwsza rzecz po zejściu jaką zrobiliśmy to zjedliśmy posiłek i zrobiliśmy zakupy. Kolejny wieczór minął nam na rozmowach przy ulubionych trunkach i próbie rozpalenia kominka. I tak dobiegł pierwszy dzień naszej tułaczki. 30 kilometrów i 1330 metrów w pionie. Ale najlepsze miało nadejść jutro.....
Drugiego dnia pobudka także około 7.00, bo musieliśmy dojechać 70 kilometrów do naszego celu tego dnia. Dojeżdżamy na parking około 9.30 kupujemy bilety on - line żeby nie stać w kolejce do Babiogórskiego Parku Narodowego (9 zł + 25 zł parking). I ruszamy na szlak. Pierwszym naszym celem jest schronisko Markowe Szczawiny. Dochodząc do schroniska już widzimy nasz dzisiejszy cel - Babią Górę. W schronisku jemy kanapki i inne posiłki. I po około 30 minutach zaczynamy zdobywać szczyt i od razu zaczyna się śnieg więc ubieramy raki. I jesteśmy nielicznymi osobami, które mają je na nogach. Przez, co wspinanie jest bardzo trudne. Ja wchodzę praktycznie na czworaka do tarasu. Czyli 3 km. Zaznaczam, że wchodziliśmy stroną gdzie większość osób schodzi i bardzo się z tego cieszyliśmy. Niestety ludzie, którzy wchodzili bez przygotowania często się ześlizgiwali. Jednego pana przed uderzeniem w kamień głową uratował plecak. Ale idziemy dalej przez fajne kamieniste ścieżki. Przed samą Babią ukazuje nam się niezwykły widok. Z odległości około 80 kilometrów widzimy Tatry. Cały majestat naszych koronnych szczytów. Oczywiście zatrzymujemy się na sesję zdjęciową. I siadamy sobie na zboczu Babiej Góry żeby odpocząć i zjeść trochę prowiantu. Siedzimy sobie i rozmawiamy oraz śmiejemy. Gdy nagle coś leci w naszą stronę. Nad naszymi głowami przeleciał szybowiec. Pikował na nas. Co poniektórzy już mieli życie przed oczami. Zakręcił i znów leci. Tym razem już go widzimy i strzelamy kilka fot oraz filmów. Radość z tak małych rzeczy jest nie oceniona. Ale ruszamy dalej. Przez szczyt przechodzimy szybko, bo ludzi od groma i wieje mocno. I takim oto sposobem zdobyłem swój najwyższy szczyt w życiu (1725 m.n.p.m). Ruszamy w dół. Na początku trasa opada łagodnie i wiedzie wśród kosodrzewiny. Jeszcze delektujemy się widokiem Tatr. Nie wiem czy ja mam dobry wzrok, ale wydawało mi się, że widziałem krzyż na Giewoncie. Ale nic idziemy dalej. Do Sokolicy zejście jest w miarę spoko. Niestety państwo bez raków dogonili nas i teraz przyszło nam schodzić ślizgawkami i ludźmi zjeżdżającymi w dół i łapiącymi się czego się da. Także innych ludzi. W końcu z Dominiką nie wytrzymaliśmy i zjebaliśmy kilku takich delikwentów. Aż potem reszta naszej kompanii mówiła, że ta pani w różowym i pan w pomarańczowej kurtce ich obsztorcowali mocno. Mam nadzieję, że następnym razem pomyślą o sobie i innych. Ostatnie kilometry ścieżki są wyłożone kamieniami, które tworzą schody. Mega mi się nie podobało. Moje nogi krzyczały z bólu. Ale udało się dotarliśmy cali i zdrowi na parking. Powrót do domu, prysznic i znów coś idziemy zjeść. Schodząc z góry ratujemy małą żmiję zygzakowatą przed autem. I tak kończy się nasza wspaniała przygoda z Babią. Piękne widoki rekompensują wysiłek. I pogoda dopisała. Mimo iż Babia często jest nazywana górą niepogody. Dzień zakończyliśmy w naszym apartamencie przy ulubionych trunkach. Szczyty, które zdobyliśmy tego dnia: Brana, Złotnica, Kościółki, Lodowa Przełęcz, Piarzysty Źleb, Pośredni Grzebień, Babia Góra, Mały Grab Wyżni i Niżni, Gówniak, Sokolica, Przełęcz Krowiarki. 14 km i 774 metry w górę.
Trzeciego dnia postanowiliśmy ze względu na pogodę zmienić plany i wejść tylko na Klimczok. W końcu odespałem te dwa dni i schodzenie po schodach sprawiało mi trudności. Śniadanie i ruszamy na szlak. Dziś mamy mniej wchodzenia, bo nie musimy wyruszać z miasta tylko jesteśmy w 1/4 drogi na szczyt. Pogoda pochmurna. Ale i tak widoki zachwycają. Trasa częściowo szutrowa i asfaltowa. Wejście do samego hostelu zajmuje nam około 1.5 godziny. Po drodze spotykamy dzika i gąsienicę. Niestety werwy już było brak na wejście na sam szczyt. Tylko jeden z Arturów podjął się tego wyzwania. My chwilę polataliśmy dronem i postanowiliśmy coś zjeść. Powrót był spokojny do apartamentu. Chwilę po naszym powrocie rozpadało się na dobre. Mieliśmy jeszcze nieoczekiwanego gościa. Wielkiego byka daniela. Ostatniego dnia zrobiliśmy tylko 11 km i 474 w górę.
I tak zakończyła się nasza majówka. Beskidy pożegnały nas deszczem. Po prostu płakały za nami i naszym śmiechem. Im bliżej domu tym pogoda była ładniejsza. To są najgorsze momenty takiej wyprawy. Rozstania z ludźmi, z którymi spędziłeś kilka dni na szlaku i w innej rzeczywistości. Dziękuję jak zawsze za przeczytanie posta. Postaram się nadrabiać zaległości ponieważ za pasem już kolejne wyzwania i długi weekend.
P.S Zdjęcia mogą pojawiać się trochę później, bo jeszcze nie opanowałem Iphona. 🤩