Rowerowy Włóczykij

Rowerowy Włóczykij Witajcie!!! Witam na stronie gdzie chciałbym pokazać świat z pozycji dwóch rowerów.

Zapraszam was do obejrzenia filmu z majówki gdzie zwiedzaliśmy najbardziej urokliwe zakątki czeskich gór. (LINK W KOMENT...
22/06/2024

Zapraszam was do obejrzenia filmu z majówki gdzie zwiedzaliśmy najbardziej urokliwe zakątki czeskich gór. (LINK W KOMENTARZU)

Witajcie panocki. Jako, że nowy sezon rozpoczęty to przejechałem dłuższą trasę. I właśnie o niej chciałbym wam opowiedzi...
21/04/2024

Witajcie panocki. Jako, że nowy sezon rozpoczęty to przejechałem dłuższą trasę. I właśnie o niej chciałbym wam opowiedzieć. Sama trasa odbyła się w lany poniedziałek i prima aprilis w jednym czyli 1 kwietnia. Zapraszam do czytania.

Godzina 05.15 i dzwoni budzik. Plan jest taki aby wyjechać przed wschodem słońca żeby go złapać w fajnych warunkach. I po wyjściu z domu zastałem niespodziewany widok czyli przymrozek. Byłem zdziwiony, bo w dzień miało być 18 na plusie. Dobrze, że zabrałem kurtkę. Zbieram cały szpej i wyjazd o 05.55. Jadę na spokojne w stronę Trzcianki. Przez pierwsze kilometry drogę mi oświetla lampka. Jadąc przez las było -1.6 stopnia. Więc postanowiłem jechać aż do świtu i na wysokości miejscowości Dłużewo pierwsze promyki słońca otulają moje plecy. Do Trzcianki wjeżdżam chwile później. Miasto jeszcze śpi jak to w świąteczny poranek. Dlatego wybrałem właśnie ten dzień na jazdę. Mijam miasto i kieruje się na DW 180. Wjeżdżam na krótki odcinek ścieżki rowerowej. Szybka rundka przez las i jadę w otwartej przestrzeni. A, tam ciepełko. Słońce przyjemnie ogrzewa. Czeka mnie kilka kilometrów do spokojniejszej drogi. Wąska, ale spokojna trasa. Na skręcie widzę znak, że droga jest ślepa bez żadnej informacji dlaczego. Ale jadę. I okazuje się, że moje przeczucie mnie nie myliło. Odcinek drogi, który był remontowany miał długość 200 - 300 metrów. Do tego był posypany szutrem więc jazda gładka i przyjemna. I takim oto sposobem znalazłem się na DW 174, która miała mi towarzyszyć przez kolejne ponad 30 kilometrów. Aura zmienia się, co chwilę. Od mżawki po ładne pogodne niebo. Mijam Wieleń i już została tylko prosta do Krzyża Wielkopolskiego. Tam się zatrzymuje na kawę i hot doga. I znów napotykam zamkniętą drogę. Ale jadę. I znów przeczucie mnie nie myliło. Droga będzie remontowana od 2 kwietnia. I naprawdę przyda się remont, bo tam dziura na dziurze. Jakieś 2 kilometry przed mostem na Noteci zastaje mnie dziwny widok. Idzie pan bez butów. Więc zatrzymuje się i pytam się czy wszystko wporzo. Twierdzi, że tak. Jednak postanawiam zadzwonić po policję. Patrol przyjeżdża po około 10 minutach. Sprawdzają pana na obecność alkoholu i narkotyków. Pierwszego miał 1,5 promila , drugiego nic. Pan wracał z imprezy i nie wiedział gdzie zostawił buty. Więc panowie policjanci mnie spisali, a delikwenta odwieźli do domu, bo mieszkał kilka kilometrów dalej. Ja kontynuowałem swoja jazdę i dojechałem nad Noteć. Fajnie było widać całą rzekę. Przerwa na kilka zdjęć. I ruszam w dół. I za około 2 kilometry dojeżdżam do Kosina gdzie znajduje się opuszczone miasteczko westernowe i ośrodek rekreacji oraz turystyki jeździeckiej. W skład miasteczka wchodziły nie tylko makiety wiernie oddające klimat budynków znanych z westernów, ale także budynki użytkowe. Turysta odwiedzający miejsce miał okazję zajrzeć m.in. do banku, biura szeryfa czy też słynnego saloonu. Każdy przekraczający próg miasteczka, mógł choć przez chwilę, poczuć się jak w filmie. Przez ośrodek przewijały się dziesiątki osób, w tym studentów, którzy odbywali tu letnie praktyki. Majątek należał do warszawskiego biznesmena, który z jednej strony tchnął życie w ośrodek, tworząc dziesiątki miejsc pracy, a z drugiej zadłużył miejsce, zostawiając swoich pracowników na lodzie. Dziś westernowe miasteczko w niczym nie przypomina święcącego sukcesy przedsięwzięcia, a jedynie opustoszałą ruinę. Walące się budynki, powybijane okna, porozrzucane wszędzie dokumenty, zniszczone i rozkradzione resztki wyposażenia - to obraz, jaki zastaniemy, zaglądając na teren nieruchomości. Pozostały wspomnienia, milionowe długi, a także zobowiązania względem byłych pracowników. Nie bez powodu też temat zainteresował Panią redaktor Elżbietę Jaworowicz, która zdecydowała się go niegdyś poruszyć w znanej wszystkim "Sprawie dla reportera". Niestety nie mogłem obejrzeć całego obiektu, bo to jest teren prywatny i jest pilnowany przez pieski. Więc zrobiłem kilka zdjęć i nagrałem kilka ujęć tego miejsca. Czas dojechać do Drezdenka i rozpocząć drogę powrotną. Ale najpierw mnie czeka wspinaczka do miejscowości Zagórze. W samej wsi jest wieża widokowa gdzie można spojrzeć na jezioro Łubowo. Po krótkiej przerwie jadę dalej i natrafiłem na najdziwniejszą drogę wojewódzką. A, dokładnie DW 164, która w 99 % składała się z kocich łbów. Całość ma 11 kilometrów, a mi się udało zaliczyć tylko 8. I dało mi o porządnie w kość. Ogólnie druga część trasy przebiegała przez lasy. Plan był taki, aby dojechać do DK 22. Po drodze w lesie spotkałem stado koni i danieli gdzie w takim towarzystwie zjadłem kilka kawałków świątecznych wypieków. I ruszyłem dalej. Około 14 dotoczyłem się do Starego Osieczna. Już byłem raz w tej miejscowości w poprzednim roku gdy chciałem objechać jezioro Ostrowite. Przejechałem DK 22 10 kilometrów i we wsi Szczuczarz skręciłem w las. Chciałem ominąć dwie rzeczy. Miasto Człopa i drogę z Rusinowa do Gostomi najeżoną dziurami. Więc znów przebiłem się lasami do Przelewic. Tu na mnie czekał asfalt, który mnie nie opuszczał przez dobre 15 kilometrów. Przed ostatnim odcinkiem szutrowym postanowiłem się zatrzymać przed sklepem i napić się czegoś zimnego. Wybór padł na piwko bezalkoholowe. Orzeźwiło mnie mocno. I nabrałem sił na ostatnie kilometry szutrami. Ze wsi ruszyłem na leśniczówkę Łowska potem przeciąłem DW 178 i skierowałem się na skrót do domu. Niestety skrót okazał się zaorany. Przez, co nadrobiłem 5 km. Ale w końcu dojechałem do asfaltu, który miał mnie zaprowadzić do domu. I po 158 kilometrach i 9 godzinach byłem w domu. Nie ukrywam, że trochę mnie już zmęczenie dopadło tak 20 kilometrów przed domem. Ale brakowało mnie trasy 100 +. Takiego całego dnia w siodle.

Bardzo dziękuję za przeczytanie mojego tekstu. Zaglądajcie tu częściej, bo będzie się działo od majówki począwszy. W planach są w tym roku Czechy, Bieszczady, na pewno raz nad morze się bujnę i zaliczę oczywiście w urlopie Izery. Zapraszam więc po więcej. Filmik z tego wyjazdu pojawi się dzień po tym poście. Do usłyszenia.

Kochani w ten magiczny, świąteczny czas Niech będzie radosny każdy z Was... Kolorowej choinki, kolęd śpiewania, Miodoweg...
23/12/2023

Kochani w ten magiczny, świąteczny czas Niech będzie radosny każdy z Was... Kolorowej choinki, kolęd śpiewania, Miodowego makowca, przy wigilijnym stole biesiadowania. Bogatego Mikołaja, złotej gwiazdki z nieba, Śnieżnego opłatka i wszystkiego czego Wam trzeba! Wesołych Świąt Bożego Narodzenia 🎀🎅🎄🤍🎄🎅🎀 😘

P.S Ten obraz oraz życzenia powstał przy pomocy AI

Witam!!! Jako, że sezon rowerowy się kończy to trzeba nadrobić kilka wpisów. Dziś zaczynamy od pierwszego dnia urlopu, k...
05/11/2023

Witam!!! Jako, że sezon rowerowy się kończy to trzeba nadrobić kilka wpisów. Dziś zaczynamy od pierwszego dnia urlopu, który spędziłem w Izerach i Karkonoszach. Plan był taki żeby pojechać w jedno fajne miejsce, które zobaczyłem tak naprawdę zimą. Mogę tylko zdradzić, że to góra. Ale od początku. Mój pensjonat znajdował się nie daleko zakrętu śmierci więc nie musiałem podjeżdżać pod górę na sam początek. Wyjazd 7.00 i ruszam w stronę Świeradowa. Lekki podjazd i czeka mnie około 17 kilometrów przyjemnego zjazdu. Pogoda tego dnia miała być dobra. Drobne opady deszczu zapowiadano na popołudnie. Poranek był dość chłodny jednak zdecydowałem się jechać na krótkie spodenki. W samym mieście cisza. Dopiero budziło się ze snu. Jechałem w stronę granicy i nie skracałem trasy podjazdem przez miasto. Ruch był mały. Przekroczyłem granice i kierowałem się na Nowe Mesto. W Czechach jak to za granica spokój i cisza. Ogólnie zauważyłem, że Czesi zaczynają żyć jak kraje basenu Morza Śródziemnego. Spokojnie, nigdzie się nie śpieszą. Dziwne jak na nację słowiańską. Ale jadę dalej. W stronę jednego z większych miast kraju libereckiego czyli Frydlantu. Teren się wypłaszczył i mogłem rzucić okiem na całe Izery. Po drugiej stronie znajdują się Hejnice gdzie byłem w tamtym roku na jesień. Ale zaczyna się zjazd do miasta. Postanowiłem objechać miasto taką obwodnicą rowerową. Pod pierwszą atrakcje tego dnia dostałem się w niecałe 10 minut. Podjechałem pod zamek Frydlant. Gotycki, przebudowany w okresie renesansu. . Został wzniesiony na szczycie góry nad rzeką Witką (cz. Smědą). W okresie wojen husyckich miasto zostało spalone, jednak zamek ocalał. W 1945 roku zamek Frydlant stał się własnością ówczesnego państwa czechosłowackiego, a od 1995 roku prowadzone są na zamku prace rewitalizacyjne i remontowe. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że według kilku doniesień została ukryta tu Bursztynowa Komnata. Po chwili odpoczynku przy zamku ruszam dalej. I czeka mnie długi podjazd (9 km) z, którego widziałem kopalnię Turów. Ogólnie był plan żeby tam zajechać. Ale dobrze, że tego nie zrobiłem. Może jeszcze tam zajrzę. Po kilku kilometrach zjazdu dojechałem do miasta Dolni Chrastava gdzie znajdowała się filla obozu Gross Rosen. Za miastem czekał mnie kolejny podjazd przerywany przez zobaczenie dwóch kamiennych wiaduktów ( cz. Novinský železniční viadukt) w miejscowości Kristyfovo Udoli po których do dziś porusza się parowóz. I po tym kolejarskim akcencie i długim kolejnym zjeździe dotarłem do głównej drogi prowadzącej na moją górę dnia. Choć widziałem ją już od około 20 kilometrów to teraz dopiero ujawniła swoje oblicze. Co jedno dobre to udało mi się pierwszy etap podjechać nowo wyasfaltowaną drogą, która jeszcze nie została oddana do użytku, ale wielu rowerzystów już ją objeżdżało. Jedynym minusem było to, że wyszło słońce. A, słońce i góry to złe połączenie. Ale wdrapałem się do pierwszego parkingu dla aut. Wypiłem zimna colę i ruszyłem w świat. Zostało mi ostatnie 3.4 kilometra z 9 podjazdu. Tutaj ruch już był większy. Piesi, rowery, hulajnogi i auta. Tak na szczyt tej góry można wjechać autem. Ale o tym później. Z każdym kilometrem były coraz lepsze widoki na miasto Liberec. Po około 1.5 h wjazdu udało mi się wjechać na górę. A, była to góra Jested (pol. Jeszted dawniej Jeszczed, niem. Jeschken, 1012 m n.p.m.). Najwyższy szczyt Grzbietu Jesztedzkiego i zarazem Grzbietu Jesztiedzko-Kozakowskiego. Na szczycie góry Ještěd znajduje się trzygwiazdkowy hotel, do którego prowadzi trzykilometrowa asfaltowa droga z przełęczy Tetřeví sedlo. I teraz powiem wam jak można się dostać na górę. Są 3 sposoby: pieszo, autem lub hulajnogą elektryczną. Idąc piechotą zostawiamy auto na parkingu gdzie piłem colę. Kosztuje to 100 koron. Taką samą kwotę płacimy gdy chcemy wjechać na górę autem. Wtedy pan parkingowy pyta przez krótkofalówkę czy są miejsca na górze. Hulajnoga kosztuje 50 koron i dostajemy dodatkowo kask. Mimo iż ma duże koła to jednak nie chciałbym czymś takim zjeżdżać z takiej góry. Na górze można zjeść posiłek w restauracji. Ja jednak postanowiłem zjeść pyszne ciasto jagodowe i napić się kofoli w food trucku. Siadłem na ławce i napawałem się widokami oraz smakiem. I przyszedł czas na zjazd. Kierowałem się do Liberca. Czyli stolicy tego regionu i ośrodek sportów zimowych. W tym mieście także urodził się Ferdynand Porsche. Ale musiał pozostawić to miasto i ruszyć do ostatniej atrakcji tego dnia, czyli wieży widokowej Císařský kámen znajduje się we Vratislavicach nad Nisou w Libercu , na wzgórzu o tej samej nazwie, na wysokości 637 m. Wzgórze Císařský kámen to najbardziej wysunięta na zachód część Wyżyny Marszowickiej , jego pierwotna nazwa brzmiała Špičák lub Uhlířský vrch – nazwa Císařská kámen przypomina o wizycie cesarza Józefa II. podczas swojej podróży inspekcyjnej w 1779 r ., o czym świadczy napis na granitowym bloku pod wieżą widokową. Choć wielkość okolicznych drzew przekracza wieżę widokową, zapewnia ona widok na grzbiet Ještěd-Kozák z Ještědem , Góry Izerskie , Karkonosze z najwyższą górą Śnieżką , Czeski Raj z ruinami zamku Trosky , zamku Bezděz lub okolice miast Liberec i Jablonec nad Nisou . I nastał czas powrotu kierowałem się w stronę granicy. Wystąpiły dwa problemy. Lekko zaczął padać deszcz i nawigacja zaczęła świrować. Mimo 40% rozładowała się. Mżawka nabierała na sile. Ale nie zraziłem się tym. Nawigowaniem też się nie martwiłem. Mam zawsze trasę przejrzaną w Street View. I wiedziałem na jakie miasto jechać: Jabłoniec nad Nysą, Tanvald, Desna i Harrachov. Miałem na liczniku ponad 115 kilometrów i czekała mnie seria podjazdów. Każde miasto leżało w dolinie i strasznie mnie wymęczyło. Ostatni odpoczynek zrobiłem na Jakuszycach. Teraz czekał mnie zjazd do Szklarskiej i podjazd, który ominął mnie rano. Dojechałem pod nocleg około 19.30. Cała trasa liczyła około 158 km i 3000 metrów przewyższeń. Czas około 10 h jazdy.

Bardzo dziękuję wam za przeczytanie posta i czekajcie na kolejne. Mam nadzieję, że pojawią się nie długo. Do usłyszenia.

Witam wszystkich moich czytelników serdecznie. Jako, że wróciłem z urlopu i w tamtym tygodniu opublikowałem filmik z wyp...
01/08/2023

Witam wszystkich moich czytelników serdecznie. Jako, że wróciłem z urlopu i w tamtym tygodniu opublikowałem filmik z wyprawy na Pomorską Górę Piasku. Teraz czas na opisowy pamiętnik z tego dnia. Zapraszam więc do lektury.

10 czerwca 2023 wstaję o godzinie 4.00. Mozolnie zbieram graty i ruszam autem w stronę Wałcza. Tam myje auto i rower. Ruszam dalej przez zaspane miasto. Około 5.30 jestem w Ostrorogu ( województwo zachodniopomorskie, powiat drawski, gmina Czaplinek). Wjeżdżam na posesję działki letniskowej Piotra z, którym już nie raz objeżdżaliśmy Pomorze Zachodnie. Dziś jednak jadę sam. Dokładnie o 5.54 ruszam. Jest dość chłodno, bo w nocy padał deszcz. Ale wiem, że później będzie skwar. Dojeżdżam do Łubowa. Tam skręcam w stronę Szczecinka. Oczywiście tamte okolice obfitują w jeziora mijam ich kilka (Nobliny, Pile, Łączno, Śmiadowo, Sarcze i Świdno). Przed samym Szczecinkiem trafiam na pole facelii. Zatrzymuje się na kilka fotek i zjeżdżam do Szczecinka. Mam prawie 40 kilometrów na liczniku. Miasto jest bardzo specyficzne. Szukam jakiegoś rynku żeby sobie zjeść bułkę. Niestety bez skutku. Wiec postanawiam zjeść posiłek koło cmentarza. Po chwili odpoczynku jadę w stronę Białego Boru. Trasa w większości wiedzie przez lasy i są to długie proste odcinki. Czasami gdy wyjeżdżam na otwarte przestrzenie widzę stada wiatraków. Naliczam ich 52 sztuki. Mijam Biały Bór i wjeżdżam na DK 25. Trasa na Bobolice i dalej na Koszalin. Ale nie jest mi dane długo nią jechać. Skręcam w las i asfaltem kieruję się do mojego głównego celu dnia. Pomorskiej Góry Piasku, która znajduje się koło żwirowni Sępólno. Mimo długiego weekendu na górze jest kilku ludzi. Na miejsce można dojechać także autem. Blisko jest monitorowany parking. Do samej góry prowadzi ścieżka. Niestety bardzo piaszczysta. Ale staje w końcu koło tego piaszczystego kolosa. Wchodzę od boku z rowerem. Piach jest bardzo grząski, ale po około 15 minutach jestem na szczycie. Ogólnie wyjaśnię wam skąd tam się wzięło tyle piachu. Jak już wcześniej wspominałem obok góry jest żwirownia, która przez lata wydobywała różnorakie kruszywa. I ten piasek jest dokładnie odpadem z wydobycia. Dokładnie 8 milionów ton piasku. Długość góry to 600 metrów, szerokość 200 metrów i wysokość 65.5 metra. Spędziłem na szczycie około godziny. Odpoczynek, kanapka i piwko bezalkoholowe. Jako, że nie lubię wracać tą samą drogą to znów wróciłem na DK 25 i postanowiłem pojechać w stronę Barwic bocznymi dogami. I to bardzo mi się opłacało. Bo jechałem dużo lasami i z górki. Dopiero przed Barwicami wskoczyłem na ścieżkę rowerową. Dzięki temu ominąłem miasto. I tak szczęśliwie jechałem w stronę Połczyna Zdrój. Aż mnie uświadomił jeden rowerzysta, że ścieżka się kończy po środku lasu. I tak się stanęło. Ale udało mi się dojechać do drogi. I po kilku kilometrach wiedziałem, że jestem blisko Połczyna. Wjechałem w lasy bukowe i od razu zrobiło mi się chłodniej. Dojazd do miasta był przyjemny. Postanowiłem coś zjeść. Znalazłem małą pizzerię o nazwie Pinokio. Wiec zamówiłem pickę oraz piwo. Na marginesie polecam Połczyńskie cytrynowe bezalkoholowe. Naprawdę pyszne. Pizza średnia. Ale dla głodnemu wszystko smakuje. Ale ruszam dalej. Postanowiłem jeszcze pojechać do Złocieńca. Oczywiście dobrze mi znaną ścieżką rowerową. Tyle razy jechałem nią, ale nigdy w tą stronę. I niestety ścieżka mnie dobiła pierwsze 7 kilometrów było lekko pod górę. I trochę mnie to zmęczyło. PO drodze mijałem dużo rodzin i panią na elektryku, która myślała, że da mi radę. Cały czas pedałowała, a ja tylko, co jakiś czas i ją doganiałem. W końcu przed samym Złocieńcem postanowiłem ją wyprzedzić. W mieście zatrzymałem się na małą colę i zostało mi ostatnie 30 kilometrów pod wiatr. I tu już siły mnie opuściły. Dobrze, że ostatnie 12 kilometrów pokonałem skrótem przez las. I chwilę przed 20 Piotr już mnie witał na swojej działce. Fajnie spędzony dzień w trasie. Kolejne miejsce do odhaczenia na mojej liście.

Bardzo dziękuję wam za przeczytanie relacji. Jak zwykle proszę o polubienia i komentarze. Do usłyszenia mam nadzieję, że szybko. Pozdrawiam wasz wszystkich.

Cześć. Jako, że zaczynam urlop to nadrabiam zaległości. I przygotowałem dla was filmik z wyjazdu na Pomorską Górę Piasku...
23/07/2023

Cześć. Jako, że zaczynam urlop to nadrabiam zaległości. I przygotowałem dla was filmik z wyjazdu na Pomorską Górę Piasku. Ponad 200 kilometrów Zachodniopomorskich terenów.

Relacja z wyjazdu na Pomorską Górę Piasku. Ponad 200 kilometrów przygody. Zapraszam do oglądania.

Czeeeeeeeeeeeeeeśśśśśśśśśććććć. Długie cześć, bo mnie nie było tutaj dawno, a trochę trzeba nadrobić zaległości. Pewnie ...
30/05/2023

Czeeeeeeeeeeeeeeśśśśśśśśśććććć. Długie cześć, bo mnie nie było tutaj dawno, a trochę trzeba nadrobić zaległości. Pewnie zobaczyliście moje logo. Zostało stworzone prze AI. Tak rozpoznacie moja teraz stronę. Ale ja dziś nie o tym chciałem napisać. Jako, że była majówka to i wyjazd był. A, dokładnie odkrywałem nowe góry na piechotę. Były to Beskidy. Ale od początku. Najpierw trzeba przedstawić całą ekipę. Zaczniemy może od pań, bo szybciej: Dominika, Patrycja, 2x Piotr, 2x Artur, Marek i Robert. Wyjazd z domu 28 kwietnia około 6.20, bo o 7 zbiórka w Czarnkowie. Jedziemy w stronę Poznania na dwa auta, bo ekipa duża i zacna. Pod Poznaniem zgarniamy resztę ekipy. Szybka herbatka, kawka, a co poniektórzy piwko 🤣. No więc ruszamy. Cały czas mamy autostradę lub ekspresówki. Przed nami 5 - 6 godzin jazdy z małym przystankiem na jedzonko. Aaaaaaahhhhh. Całkowicie zapomniałem napisać gdzie jechaliśmy. Dokładnie do Szczyrku. Pierwsze kilometry mijają nam w lekkim deszczu. Ale im bardziej na południe tym pogoda lepsza. Szczyrk wita nas ładną pogodą. Nasz apartament znajduje się na szlaku w stronę Klimczoka. Do miasta mamy około 10 minut. Na powrocie 20 minut podejścia. Apartament na wysokim poziomie: 4 pokoje, salon, kuchnia, 3 łazienki oraz sauna. Po rozpakowaniu postanowiliśmy ruszyć w miasto i coś zjeść oraz zrobić zakupy. Wieczór minął nam w bardzo przyjemnej atmosferze. Pobudka ustalona na 7.00, śniadanie i wymarsz około godziny 8. Pogoda bardzo dżdżysta. Lekki kapuśniaczek pada z góry. Ale każda pogoda w górach ma swój urok oczywiście jeżeli nie jest niebezpieczna. My zaczynamy wspinaczkę na pierwszy szczyt tego dnia. Oto lista wszystkich szczytów jakie udało nam się zdobyć podczas wędrówki: Beskidek, Hyrca, Kotarz, Grabowa, Biały Krzyż, Malinów, Malinowska skała, Kopa Skrzyczeńska, Małe Skrzyczne i Skrzyczne. Mnie najbardziej urzekła Malinowska skała. Rozpogodziło się i mogliśmy obserwować okolicę ze szczytu. Samo Skrzyczne nie powala. Ot soi tam wieża i tyle. Czekała nas decyzja czy zjechać wyciągiem (54 zł) czy zejść stromym szlakiem. Opcja numer dwa nie przemawia do mnie, ale czy jest fajnie? Jest tanio jest fajnie. Ale naprawdę samo zejście dało mi w kość. Pogoda słoneczna trochę rekompensowała tą tułaczkę. Ale udało się. Pierwsza rzecz po zejściu jaką zrobiliśmy to zjedliśmy posiłek i zrobiliśmy zakupy. Kolejny wieczór minął nam na rozmowach przy ulubionych trunkach i próbie rozpalenia kominka. I tak dobiegł pierwszy dzień naszej tułaczki. 30 kilometrów i 1330 metrów w pionie. Ale najlepsze miało nadejść jutro.....

Drugiego dnia pobudka także około 7.00, bo musieliśmy dojechać 70 kilometrów do naszego celu tego dnia. Dojeżdżamy na parking około 9.30 kupujemy bilety on - line żeby nie stać w kolejce do Babiogórskiego Parku Narodowego (9 zł + 25 zł parking). I ruszamy na szlak. Pierwszym naszym celem jest schronisko Markowe Szczawiny. Dochodząc do schroniska już widzimy nasz dzisiejszy cel - Babią Górę. W schronisku jemy kanapki i inne posiłki. I po około 30 minutach zaczynamy zdobywać szczyt i od razu zaczyna się śnieg więc ubieramy raki. I jesteśmy nielicznymi osobami, które mają je na nogach. Przez, co wspinanie jest bardzo trudne. Ja wchodzę praktycznie na czworaka do tarasu. Czyli 3 km. Zaznaczam, że wchodziliśmy stroną gdzie większość osób schodzi i bardzo się z tego cieszyliśmy. Niestety ludzie, którzy wchodzili bez przygotowania często się ześlizgiwali. Jednego pana przed uderzeniem w kamień głową uratował plecak. Ale idziemy dalej przez fajne kamieniste ścieżki. Przed samą Babią ukazuje nam się niezwykły widok. Z odległości około 80 kilometrów widzimy Tatry. Cały majestat naszych koronnych szczytów. Oczywiście zatrzymujemy się na sesję zdjęciową. I siadamy sobie na zboczu Babiej Góry żeby odpocząć i zjeść trochę prowiantu. Siedzimy sobie i rozmawiamy oraz śmiejemy. Gdy nagle coś leci w naszą stronę. Nad naszymi głowami przeleciał szybowiec. Pikował na nas. Co poniektórzy już mieli życie przed oczami. Zakręcił i znów leci. Tym razem już go widzimy i strzelamy kilka fot oraz filmów. Radość z tak małych rzeczy jest nie oceniona. Ale ruszamy dalej. Przez szczyt przechodzimy szybko, bo ludzi od groma i wieje mocno. I takim oto sposobem zdobyłem swój najwyższy szczyt w życiu (1725 m.n.p.m). Ruszamy w dół. Na początku trasa opada łagodnie i wiedzie wśród kosodrzewiny. Jeszcze delektujemy się widokiem Tatr. Nie wiem czy ja mam dobry wzrok, ale wydawało mi się, że widziałem krzyż na Giewoncie. Ale nic idziemy dalej. Do Sokolicy zejście jest w miarę spoko. Niestety państwo bez raków dogonili nas i teraz przyszło nam schodzić ślizgawkami i ludźmi zjeżdżającymi w dół i łapiącymi się czego się da. Także innych ludzi. W końcu z Dominiką nie wytrzymaliśmy i zjebaliśmy kilku takich delikwentów. Aż potem reszta naszej kompanii mówiła, że ta pani w różowym i pan w pomarańczowej kurtce ich obsztorcowali mocno. Mam nadzieję, że następnym razem pomyślą o sobie i innych. Ostatnie kilometry ścieżki są wyłożone kamieniami, które tworzą schody. Mega mi się nie podobało. Moje nogi krzyczały z bólu. Ale udało się dotarliśmy cali i zdrowi na parking. Powrót do domu, prysznic i znów coś idziemy zjeść. Schodząc z góry ratujemy małą żmiję zygzakowatą przed autem. I tak kończy się nasza wspaniała przygoda z Babią. Piękne widoki rekompensują wysiłek. I pogoda dopisała. Mimo iż Babia często jest nazywana górą niepogody. Dzień zakończyliśmy w naszym apartamencie przy ulubionych trunkach. Szczyty, które zdobyliśmy tego dnia: Brana, Złotnica, Kościółki, Lodowa Przełęcz, Piarzysty Źleb, Pośredni Grzebień, Babia Góra, Mały Grab Wyżni i Niżni, Gówniak, Sokolica, Przełęcz Krowiarki. 14 km i 774 metry w górę.

Trzeciego dnia postanowiliśmy ze względu na pogodę zmienić plany i wejść tylko na Klimczok. W końcu odespałem te dwa dni i schodzenie po schodach sprawiało mi trudności. Śniadanie i ruszamy na szlak. Dziś mamy mniej wchodzenia, bo nie musimy wyruszać z miasta tylko jesteśmy w 1/4 drogi na szczyt. Pogoda pochmurna. Ale i tak widoki zachwycają. Trasa częściowo szutrowa i asfaltowa. Wejście do samego hostelu zajmuje nam około 1.5 godziny. Po drodze spotykamy dzika i gąsienicę. Niestety werwy już było brak na wejście na sam szczyt. Tylko jeden z Arturów podjął się tego wyzwania. My chwilę polataliśmy dronem i postanowiliśmy coś zjeść. Powrót był spokojny do apartamentu. Chwilę po naszym powrocie rozpadało się na dobre. Mieliśmy jeszcze nieoczekiwanego gościa. Wielkiego byka daniela. Ostatniego dnia zrobiliśmy tylko 11 km i 474 w górę.

I tak zakończyła się nasza majówka. Beskidy pożegnały nas deszczem. Po prostu płakały za nami i naszym śmiechem. Im bliżej domu tym pogoda była ładniejsza. To są najgorsze momenty takiej wyprawy. Rozstania z ludźmi, z którymi spędziłeś kilka dni na szlaku i w innej rzeczywistości. Dziękuję jak zawsze za przeczytanie posta. Postaram się nadrabiać zaległości ponieważ za pasem już kolejne wyzwania i długi weekend.

P.S Zdjęcia mogą pojawiać się trochę później, bo jeszcze nie opanowałem Iphona. 🤩

Cześć!!! Od dłuższego czasu zastanawiam się w jakich wyścigach "ultra" wystartować w tym roku oprócz Poznańskiej Korby. ...
18/01/2023

Cześć!!! Od dłuższego czasu zastanawiam się w jakich wyścigach "ultra" wystartować w tym roku oprócz Poznańskiej Korby. Ale nie będę na chwile wam tym zaprzątał głowy. A, za to zapraszam was na filmik z drugiego dnia w Izerach. Bawcie się dobrze. Nie długo wpadnie kolejny wpis o wizycie w Sitowie. Do usłyszenia.

Druga część Camp Izery

Cześć!!! W końcu zebrałem się w sobie i chciałbym wam opisać październikową trasę po Izerach. Jako, że w tym roku nie by...
08/12/2022

Cześć!!! W końcu zebrałem się w sobie i chciałbym wam opisać październikową trasę po Izerach. Jako, że w tym roku nie byłem jeszcze w górach to pomyślałem, że chociaż teraz skorzystam z ostatniego ładnego weekendu i pozwiedzam góry. No, ale żeby zbędnie nie zanudzać zapraszam do opisu tego wypadu.

1. Dzień pierwszy

Obudziłem się w apartamencie o godzinie o 8.00. Prysznic, śniadanie i ruszam na trasę. Pogoda w Świeradowie - Zdrój bardzo mglista. Ale i w takiej pogodzie też można coś odkryć. Ale żeby to zrobić to trzeba podjechać pod górę. Więc wtaczam się pod stację kolejki gondolowej i skręcam w szutrową drogę. Zaczyna się niewinnie. Pusto na szlakach, bo turyści jeszcze nie wstali. Ale jedziemy. Moim szutrowym szlakiem dojeżdżam do podjazdu za Czeszką i Słowaczką. I tu zaczyna się moja ponad 7 kilometrowa wspinaczka na Stóg Izerski. Ale gdy tylko dojechałem do punktu gdzie płynie woda zdrojowa wiedziałem, że już będzie lżej. Za tym miejscem wznios jest mniejszy i widoki lepsze. Ruszyła kolej gondolowa. Mijałem ją kilka razy i nawet raz pani jadąc gondolą zrobiła mi zdjęcie. Nie wiem czy będzie mnie pokazywać rodzinie i znajomym jako człowiek niezłomnego czy raczej jako wariata (Patrz Halinka jaki d***l). 😄 Ale po nie całej półtora godziny osiągnąłem szczyt. Z małymi przystankami, ale wjechałem pierwszy raz w swoim życiu na Stóg Izerski. Na górze było zimno. Tylko 4 stopnie na plusie. Ale nie był bym sobą gdym nie napawał się tym widokiem i swoim sukcesem. No, ale trzeba ruszać, bo miałem jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia. Zjechałem kilka set metrów i wjechałem w szutrową drogę do Łącznika. Mgła sprawiała klimat jak z Sillent Hill. Nawet żałowałem, że nie zabrałem kominiarki. Bo na zjeździe było dosyć zimno. Ale drogą telefoniczną dojechałem do drogi Walcowej i już rzut beretem miałem do Chatki Górzystów. Jak zwykle był tłok. Ale warto odstać swoje w kolejce żeby zjeść naleśnika. Przez mgłę nie było nic widać. Ale jeden widok mnie zdziwił. Przy 4 stopniach na plusie pan przyjechał w bardzo dziwnym stroju. Czapka z daszkiem, krótka bluzeczka i krótkie spodenki. Jedyną częścią ubrania, która osłaniała go przed zimnem była jego broda. 😁 Ale po napiciu się herbatki i wszamaniu naleśnika z bitą śmietaną oraz jagodami jadę dalej. Obrałem kurs na Czechy. Jeszcze nie znałem tych terenów więc ciekawa sytuacja dla mnie. Jechałem wzdłuż rzeki Izery, aż dotarłem do schroniska Orle. Było około godziny 12, ale po głosie nie, których osób można było poznać, że coś przyjęli. Więc zrezygnowałem z postoju w tym miejscu, bo mogłoby mnie zastać Boże Narodzenie. Droga z szutrowej zamieniła się pełnoprawny asfalt. Jechało się miło i przyjemnie, ale za chwilę zjechałem za Działem Izerskim w szutrówkę, która przerodziła się w kamienistą drogę, ale za to z urokliwym jesiennym krajobrazem. Ale moja sielanka nie trwała długo. Gdy się wyznacza trasę po nieznanych szlakach to trafiają się niespodzianki. Wjechałem na jakiś singiel zryty przez harwester. Wiec trzeba było pchać rower. Ale tylko przez kilka metrów. Następna atrakcja była jeszcze lepsza. Trafiłem na wiadukt pod torami kolejowymi. Dołem prowadziła ścieżka rowerowa. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że na samym przejeździe stała betoniarka, bo właśnie to miejsce było w remoncie. Nie chciało mi się wracać więc postanowiłem przenieść górą rower. Wejść z rowerem to nie problem. Ale spróbuj z nim zejść. Parę razy upadłem i prawie straciłem rękawiczki. Ale udało się. Dotarłem na drugą stronę. Jeszcze przez chwilę droga nie za bardzo zachęcała do jazdy. I po chwili ujrzałem czeskie miasto Harrachov. Chciałem zobaczyć skocznię, którą nie raz widziałem w telewizji. Jednak mgła skutecznie ją przede mną schowała. No trudno. Będzie jeszcze okazja tu zawitać. Po kupnie paru pamiątek ruszyłem w stronę Polski. I ucieszyłem się, że nie zrobiłem tej trasy na odwrót. Mimo, że podjazd miał około 5 km to 8% nachylenia było przyjemne w podjechaniu. Była już godzina 13 gdy wdrapałem się na Przełęcz Szklarską. I od razu zauważyłem różnicę gdy wjechałem do Polski. Po naszej stronie pełno śmieci po rowach. Trochę to smutne, ale prawdziwe. Ale cieszyłem się, że już coraz bliżej jestem końca trasy. Czekał mnie piękny i długi zjazd do Szklarskiej Poręby. Trasa szybka i kręta. Czyli tak jak lubię. Na chwilę zatrzymałem się w mieście i napiłem się ciepłej herbaty. Jakby powoli zaczęło się przejaśniać. Czekała mnie ostatnia wspinaczka tego dnia. Czyli podjazd do Zakrętu Śmierci. Powoli i mozolnie wtaczałem się pod górę. Na chwilę zatrzymałem się na samym zakręcie. Jak zwykle było tam pełno motocyklistów. Zjadłem batona i ruszyłem w dół do Świeradowa. Cała droga biegnie wzdłuż rzeki Kwisa. Przed 17 byłem pod domem zdrojowym. I skierowałem się już na piechotę w stronę apartamentu gdzie czekali na mnie Piotr i Dominika. Przyjechali na Garmin Gravel Race. Więc szybki prysznic i ruszyliśmy coś zjeść na miasto. Wieczór spędziliśmy na delektowaniu się trunkami i ocenianiu szans Dominiki na wygraną. 😊

Dzień drugi

Drugi dzień zapowiadał się o wiele lepiej pogodowo. Było widać słońce od samego rana. Pobudka 7 rano, bo kompania miała start o 8. Ja jeszcze chwilę posiedziałem dalej i około 9.00 zebrałem się w kolejna trasę. Ruszyłem znów w stronę kolejki gondolowej tylko przede mną była asfaltowa trasa. Jechałem w stronę granicy. Kilkaset metrów skręciłem w podjazd, który nazywał się asfaltovy traverz i przeistacza się w asfaltova agonie. 2,5 kilometra podjazdu. Cztery razy zatrzymywałem się na tym podjeździe żeby zaczerpnąć powietrza. Ale udało się. Wjechałem. Teraz czekał mnie długi zjazd. Słońce już przebijało się przez chmury. Nie wiem jakim cudem, ale jadąc drogą do Białego Potoku (Bily Potok) przegapiłem Hubertkę i nie napiłem się kofoli. Jechałem przez wąskie czeskie uliczki aż do samych Hejnic. Życie dopiero budziło się w tych miejscowościach. A, ja mogłem się rozkoszować trasa wśród gór. W Lazne Libverda zrobiłem postój po ciężkim podjeździe. Padło na drugie charakterystyczne miejsce singli czyli słynna beczkę (Obri Sud). Niestety sama karczma była w remoncie. Więc zakupiłem kofole w pobliskim sklepie i wypiłem patrząc na góry. Niestety gdy zostawiłem rower na stojaku pan, który ściągał swojego ebike uderzył w mój rower. I mimo, że mam oklejony rower we wrażliwych miejscach to trafił akurat pomiędzy nie. Mógł mnie przynajmniej mi to powiedzieć, a nie odjechać bez słowa. Postanowiłem wracać ze smutkiem do Świeradowa. A, później trochę żałowałem, że nie sprawdziłem mapy i nie pojechałem kilka kilometrów do Frydlandu. Ale to będzie kolejny powód do powrotu w te strony. Reszta trasy to klasyczne podjazdy do Ludvikov pod Smrkem i Nove Mesto pod Smrkem. Wróciłem tą samą drogą do granicy czeskiej. I tak zakończyła się moja przygoda z Izerami. Fajnie, że pozostał niedosyt i będzie okazja w następnym roku ruszyć dalej penetrować pogranicze polsko - czeskie. Pewien pomysł już mam. Ale cicho sza. Żeby nie zapeszyć.

Bardzo dziękuję za przeczytanie mojej relacji. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Do miłego.

Adres

Piła
64-920

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Rowerowy Włóczykij umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij