08/01/2026
Wrzucam dość długi filmik z treningu. Sporo tu rozkminy, trochę bólu, nieco humoru i ogólnie fajnej atmosfery. Może komuś się przyda, a może kogoś zachęci do przyjścia do nas na trening.
Chin Na, czyli rozdzielenie mięśni i ścięgien, a potocznie: dźwignie. Według mnie to najtrudniejszy element technicznej części treningu sztuki walki. W przestrzeni publicznej jednakże jest on trywializowany za sprawą organizowania kursów samoobrony. Zgodnie z ich zamysłem „dźwignie” to taki dodatek, który można poćwiczyć bez wysiłku, w oderwaniu od całości aby poczuć się bezpieczniej. Taki matrixowy program na usb, który sobie wgrywamy….i już, od razu dysponujemy „realnymi” umiejętnościami samoobrony. Niestety - dla uczestników takich kursów - to kompletna bzdura i w dodatku dla nich samych potencjalnie niebezpieczna.
O ile w „zwykłej” bójce na pięści można machnąć z dystansu na odlew i przez przypadek trafić przeciwnika w brodę tym samym go nokautując, o tyle w przypadku dźwigni jest to niemożliwe. Tutaj od początku do końca konieczny jest fizyczny kontakt z przeciwnikiem. Albo on nas złapie: za „fraki”, za rękę, szyję, będzie nami szarpał i sypał inwektywami albo to my musimy go złapać, a on z pewnością zrobi wszystko aby się wyrwać. Jak brzmi pierwsza zasada gdy dojdzie do takiej sytuacji? Rozluźnij się: nie szarp się, nie wyrywaj, bądź spokojny, oddychaj. No to teraz spróbujmy sobie zwizualizować zachowanie adepta tygodniowego kursu samoobrony 😊
A to dopiero początek problemów. Załóżmy, że przeciwnik złapał mnie za rękę…będę zakładać dźwignię. Ale którą? Bo jeśli złapie mnie tak a tak, to będzie ta dźwignia, a jeśli tak to będzie tamta. No a jeśli złapie na wprost to taka, a na krzyż to inna…Powiedzmy, że się zdecydowałem. Zakładam. Wybrałem tę która działa 10 na 10. Zonk. Przy jedenastym nie zadziałała. Co się stało? Może przeciwnik miał zbyt wyprostowaną rękę, a może za bardzo zgiętą, a może miał zbyt krótkie przedramię, a może jest wyjątkowo elastyczny, a może zmienił się kąt ustawienia, a może nie tę nogę miał w przodzie, a może użyłem za dużo siły, a może za mało, a może…..I co teraz? Przechodzę do następnej. Ale której? Bo jeśli teraz mi nie wyjdzie to pozostaje uciekać albo…
Po co to więc ćwiczyć skoro tyle zmiennych może zaburzać rezultat końcowy? Odpowiedź brzmi: bo to bardzo skuteczna sztuka walki jest. Oczywiście pod warunkiem, że to, to i tamto. Ponadto jak każda sztuka walki oprócz aspektu fizycznego posiada aspekt duchowy. Honor, współ(-)czucie, szlachetność, szacunek dla przeciwnika….ta jasne, i co jeszcze?
Poznawanie siebie, swoich zachowań, emocji, eliminowanie agresji i wiele innych. Celem nie jest zrobienie przeciwnikowi krzywdy lecz jego kontrolowanie, obezwładnienie. A dysponując realnymi umiejętnościami, psychicznie nie jest to łatwe. Mając do wyboru szybką eliminację poprzez np. złamanie ręki lub kontrolowanie jego ruchów poprzez założenie dźwigni k**i aby zrobić to pierwsze. To drugie bowiem wymaga wystawienia się na długotrwale zmaganie z przeciwnikiem. On się przecież będzie szarpał, wyrywał, wyzywał nas itd. Sztuką (walki) jest zachować spokój, elastycznie reagować odpowiednio na jego zachowanie po to aby cały ten czas utrzymywać go strefie bólu nie robiąc mu przy tym większej krzywdy. No ale po co? Aby się poddał. Aby doszło do niego, że agresja nie ma sensu. Aby stał się lepszym człowiekiem.