13/05/2025
Czołem!
Dziś o tym że nawet bieg w teorii "bez historii" może mieć całkiem ciekawą (moim zdaniem) historię :)
WERSJA KRÓTKA:
UltraBies- Niezniszczalny Raróg. 75 km. 2700 m +/ 2500 m-. Start 10 maja z kamieniołomu w Bóbrce o 4.30. Od 3-go kilometra ląduje na 5 miejscu i na nim dobiegam do mety ulokowanej przy Schronisku w Jaworcu. Cisza, spokój, nuda. Nic sie nie dzieje. Koniec historii. Można się rozejść :)
WERSJA DŁUGA:
Plan na pierwsze ultra w sezonie na koniec kwietnia/ początek maja miałem już w jesieni tamtego roku. Wahałem się pomiędzy 64 km w Szczawnicy, a UltraBiesem właśnie. Koniec końców wybór padł na Bieszczady. Szczawnica odpadła gdyż przez ostatnie lata kolidowała ona terminem z Otwartymi Mistrzostwami Gorlic w Pływaniu, które przez lata odbywały się w ostatni weekend kwietnia. Na Biesa byłem zapisany już w styczniu. Jakież było moje zdziwienie gdy na początku kwietnia dowiedziałem się że pływanie w Gorlicach będzie, ale... 10 maja, czyli dokładnie wtedy kiedy ja planowałem podbiegać w Bieszczadach. No trudno...basen musi poczekać. Góry ważniejsze 😉
Jak już wspomniałem we wcześniejszych wpisach kwiecień był(jak na mnie) bardzo pracowity pod kątem treningowym. Generalnie dużo działo się też na innych frontach i na tydzień przed startem w Bieszczadach... przyplątała się infekcja :( Niby nic strasznego. Mocny katar i drapiące gardło, ale mając w perspektywie 75 km ultra na ktore się mocno od miesiącu nastawiałem, nie była to dobra wiadomość. Kolo środy/czwartku, objawy udało się zwalczyć. Czulem się ok. Do Jaworca pojechałem już w piątek popołudniu. Po drodze odbiór pakietu z Cisnej. Wieczorem spacerek po tym co zostało z opuszczonej po II WŚ wsi Jaworzec. Swoją drogą, bardzo ciekawe i dające do myślenia miejsce, jakich wiele w tym rejonie. Dla przykładu, odsyłam do zdjęcia ikony poniżej. Stoi ona na ruinach cerkwii.
Zrobiłem przy okazji krótki rekonesans ostatnich 3 km trasy. Niby ostatnio zbyt dużo nie padało, ale Bieszczady to Bieszczadu. Tu zawsze jest mokro i blotniscie. Ot, taki wybryk natury 😁
Odjazd autobusu z Jaworca na start biegu był planowany na 2:15. Podjąłem decyzję że prześpię się na materacu w aucie. Pogoda dość mocno zaskoczyła. Niby początek maja, księżyc w pełni, ale gdy wstawałem przed 2-gą to termometr pokazywał -2 stopnie. Zimno 🥶
Po drodze zebraliśmy kolejną część biegaczy z Cisnej i o 3.40 byliśmy już w Bóbrce. Problem taki że nikogo z organizatorów nie zastaliśmy na miejscu. Ciemno, zimno(a my ubrani raczej na lekko), do domu daleko. Każdy zaczął truchtać, podskakiwać itd. byleby się tylko dogrzać. Ja osobiście zmarzłem solidnie. Po jakis 10 minutach przyjechali organizatorzy. Na "dzień dobry" usłyszeli kilka gorzkich słów na temat organizacji, ale szybko stanęli na wysokości zadania. Przeprosili za zamieszanie i wyjaśnili że nie spodziewali się naszej grupy na starcie wcześniej niż około 4-tej. Szybko też rozpalili ognisko, przy którym oczekiwanie na start było zdecydowanie bardziej komfortowe i przyjemne(odsyłam do zdjęcia poniżej). Błędów nie popełnia tylko ten kto nie robi nic, a organizacja takiego festiwalu biegowego do najprostszych nie należy, więc ja wybaczam całe przedstartowe zamieszanie. W tzw. międzyczasie na strat dotarli pozostali biegacze.
4.30- Start! Dość mocne tempo po pierwszą górę. Tak jak w lutym na Gorcach, wiedziałem że muszę robić swoje i nie dać się ponieść emocją od startu. Gdy na pierwszym zbiegu czołówka zaczęła mi powoli odjeżdżać, dałem sobie na wstrzymanie i trzymałem swoje, komfortowe tempo. W efekcie po 15 minutach biegu wylądowałem na 5-tym miejscu. Krótsza rundka wokół Jeziora Myczkowskiego, wspięcie się na Górę Jawor w Solinie, przebiegnięcie przez Zaporę, a później głównie leśnymi ostępami w stronę Polanczyka. Cały ten czas biegłem sam, z własnymi myślami i podcastem na słuchawkach. Można było doświadczyć znanej m.in. z książki i piosenki Iron Maiden "samotności biegacza długodystansowego" :)
Sama trasa niby jakaś wybitnie trudna na tym etapie nie była, ale meandrowanie wzdłuż zatoczek jeziora, przeskakiwanie nad zwalonymi drzewami i potokami, wprowadziło sporo urozmaicenia.
Praktycznie od początku biegu czułem że mięśnie pracują dziwnie. Szczególnie czworoglowe. Tak jakbym dzień lub dwa wcześniej zrobił jakiś naprawdę mocny trening. Nie wiem czy był to skutek zmarznięcia, infekcji czy może jednego i drugiego albo czegoś jeszcze, ale to był pierwszy start w tym sezonie gdzie nie czułem mocy od samego początku. Tragedii nie było, ale do fajnego floooooow też dużo brakowało.
Nareszcie jest. Polańczyk. 21 km. Punkt kontrolny zorganizowany przez Piotr Hercog - Mountain Challenge i Ekipę z Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich . Pełna profeska 💪💪💪 Przy okazji, trafiłem na środek stawki zawodnikow którzy właśnie stąd kilka minut wcześniej wystartowali na dystansie 55 km. Samotność się skończyła :D Zrobiło się raźniej. Motywacja skoczyła.
Czas do kolejnego punktu w Górzance na 35 km przeleciał momentalnie. Po drodze parę kąpieli błotnych(w tym takich do kolan) urozmaicało czas :) .
Od 40 km miały się zacząć główne atrakcje tego dnia. 4 górki, z czego 3 naprawdę solidne. Na pierwszy ogień Korbania. Jakoś poszło, choć już wtedy zacząłem sobie pluć w brodę że nie zabrałem kijów. Na zbiegu do punktu kontrolnego przy cerkwi w Łopience(49 km) złapałem ostatnich zawodnikiem którzy walczyli na dystansie 35 km i niedawno wystratowali z Bukowca. Znów zrobiło się tłoczno :)
Na danie główne tego dnia był Łopiennik. Kawał góry, a podejście z Łopienki i zbieg do Cisnej dały dość mocno popalić. Na 58 km był punkt w Cisnej(zorganizowany przez Lasy Państwowe). To była prawdziwa uczta. Szkoda że nie miałem czasu zostać dłużej 😅
Kończąc podejście na Jeleni Skok (vel. Mochnaczkę) szybko sprawdziłem różnice czasowe na punkcie w Cisnej. 11 minut straty do 4-go zawodnika. 15 minut przewagi na 6-tym. I tu i tu dużo i mało jednocześnie. Szczególnie biorąc pod uwagę zmęczenie materiału u każdego z nas, a już napewno u mnie. Ja już wtedy balansowalem na granicy skurczów mięśni czworogłowych i widziałem że nie mogę zacząć cisnąć zbyt mocno, bo źle się to skończy. Robiłem swoje. Biegiem na płaskim i z góry, pod górę podbieganie miksowane z podchodzeniem. Szło, ale dość opornie. Po drodze zaczął z różną intensywnością siąpić deszcz. Czernina- ostatnia atrakcja tego dnia, nie chciała tanio sprzedać skóry, a ostry zbieg też do najprzyjemniejszych nie należał 😉
Ostatni etap już znałem z wczorajszego rekonesansu. Doczłapalem do mety. Z mieszanymi uczuciami. 8h 50min- apetyt był na czas o jakieś 30 minut lepszy. Z drugiej strony, jak już wspomniałem, to nie był mój "dzień konia", a mimo wszystko równym tempem, finalnie bez żadnego skurczu dotarłem do mety w czasie który określiłbym przyzwoitym. Mogło być lepiej? Mogło. Mogło być znacznie gorzej? Też.
Sama strefa mety była bardzo fajnie zorganizowana(zdjęcie poniżej). Pogoda niestety nie odpuszczała. Było jakieś 5-6 stopni i padał deszcz. Naprawdę chciałem tam chwilę posiedzieć, a nawet zostać do dekoracji, ale zwyczajnie się nie dało. Mimo załozenia kurtki przeciwdeszczowej i tak zaczynało mnie telepać z zimna. Do auta musiałem przejśc jakieś 500 metrów. Gdy tam dotarłem, przebrałem się i rozgrzałem, a na zewnątrz nadal padało, to naprawdę nie chciało mi się już wracać.
Odpaliłem auto i pojechałem: 1) na duży, zasłużony obiad do Cisne 🍛🍜🍝 2) do domu ❤️
Podsumowując- swój start oceniam na 8/10, jako naprawdę poprawny w zaistniałych warunkach.
Festiwal jest naprawdę fajnie zorganizowany. Trasy są ciekawe, często poprowadzone poza oczywistymi, uczęszczanymi szlakami. Organizatorzy starają się żeby była sympatycznie i wymagająco jednocześnie. Momentami czułem się jak na . Oznaczenie tras- TOP. Dobra robota! 👏👏👏
Teraz stopniowo podciąganie formy pod główny start sezonu Gorce Ultra-Trail 100 km. Po drodze start kontrolny na maratonie podczas Biegi Górskie. Trzeba chwilę odpocząć, a potem zasuwać :)
Dziękuję domowej, zdalnej Ekipie wsparcia pod kierownictwem Justyna Wallach , która była ze mną na liniach i wspierała dobrym słowem 🥰🥰🥰
Przy okazji. Duże gratulacje dla całego Klubu Pływackiego Karpatia za super wyniki na Otwartych Mistrzostwach Gorlic. Z tego miejsca szczególne uściski dla mojego Juniora, który dzielnie walczył na 50 metrów dowolnym i grzbietem 🤩🤩🤩 Tata dumny! :)
Do zaś!