20/05/2026
To pytanie mnie zaskoczyło...
Prowadziłem prelekcję w szkole.
Sto dwadzieścia dzieci na sali. Krzesła w rzędach, pięć klas każda podzielona na osobny sektor - przepiękna szkoła w Łochowie pod Bydgoszczą. Mówiłem o tym jak bycie dobrym, wybitnym a niekiedy najlepszym w swojej profesji, może pomóc w życiu dorosłym. Zarabiać na swojej pasji, bo inni którzy kiedyś się dziwili przychodzą po radę. Bo ludzie bardziej się liczą z Tobą, bo zaczynają rozumieć że to co robisz wymaga pasji, dyscypliny i ogromnego samozaparcia, a w dzisiejszych czasach większość idzie tam gdzie łatwo.
Powiedziałem im, że mam na to przepis i dziś się nim podzielę - by wzbudzić zainteresowanie młodzieży zapytałem czy są na sali osoby, które w życiu dorosłym chciałby zarabiać na tym co naprawdę lubią robić ... Jak myślicie ile osób podniosło rękę ? ;)
Po prelekcji podeszła do mnie dziewczyna. Trzynaście lat. Drobna, ciemne włosy. Podeszła i zapytała czy może mnie o coś zapytać.
Zapytała spokojnie czy miałem kontuzje. Bo jak opowiadałem to ta droga do mistrzostwa brzmiała prosto. Ciężko trenowałem i piąłem się po szczeblach zawodów aż do Mistrzostw Świata.
Stałem z mikrofonem w ręku i przez chwilę musiałem się zastanowić.
Bo to nie było proste pytanie. Droga była trudna, długa, żmudna i w trakcie 9 lat treningów miałem naprawdę mocno pod górkę.
Zapytałem dlaczego pyta. Powiedziała że trenuje judo. Że kocha ten sport. Że zaczęła jeździć na zawody i czuła że coś się zaczyna. I że kontuzja kolana zabrała jej to z dnia na dzień.
A potem powiedziała coś co zostało ze mną długo.
"Czy zawsze było Panu tak łatwo jak Pan to mówi?"
Wyraz jej twarzy był poważny i pytała serio.
Usiadłem na krawędzi stołu.
Każdy ma swoich wrogów. Swoje przeszkody z którymi musi sobie poradzić.
Twój wróg to teraz kontuzja kolana. Ale masz mamę która zabrała Cię do ortopedy. Masz fizjoterapeutę. Więzadła nie są zerwane. To jest trudne. Ale jesteś w dobrych rękach.
Ja też miałem swoich wrogów , wyglądali trochę inaczej.
Czternasty rok życia. Chłopak z małego miasta Szubin. W szkole nie rozumiany, znajomi się dziwili, rodzina często się nabijała z tego co robie. Pierwsze hantle kupione z pieniędzy które dostałem na urodziny, pamiętam jak dziś 2x 20 kg. 220 zł + 20 zł przesyłka. Zamówiłem je na adres do babci, kurier musiał wnieść je na trzecie piętro, bo wiedziałem że jak przyjdą na adres domowy to jest duże prawdopodobieństwo, że Tata mi je po prostu zabierze i nie będę mógł ćwiczyć. Tata który nie rozumiał po co to wszystko. Chował sprzęt. Zabierał hantle. Dawał zakazy. Rodzina, która się nabijała, że to co robie to nie jest sport, żebym wziął się na prawdziwą robotę i pomógł w koło domu. Znajomi, którzy się dziwili i śmiali wtedy, bo wiecie modne było wyjście za róg szkoły na papierosa i wypicie pierwszego alkoholu. Ja wolałem ćwiczyć, dla nich to było dziwne, a dziwne osoby wiesz nie mają dużo znajomych.
Pierwsze poważne zawody. Wożę pizzę za 6 złotych za godzinę. Ważę każdy gram ryżu w małej kuchni w akademiku. Liczę białko. Śpię osiem godzin, pilnuje jedzenia co do grama, żadnej sesji treningowej nie omijam bo nie stać mnie na suplementy i muszę nadrabiać ciężka pracą.
Tydzień przed mistrzostwami Polski. Antybiotyk. Gorączka. Śpię przykryty dwoma kocami w środku lata.
Startuję. Wchodzę na podium.
Kwalifikacje na mistrzostwa Europy. Bilet do Hiszpanii kosztuje tyle ile 12 weekendów wożenia pizzy. Stoję z kwalifikacją w ręku i nie mam jak dolecieć.
Nie lubię prosić o pieniądze. Nigdy nie lubiłem. Jest w tym coś co boli bardziej niż każdy trening.
Ale ojciec w końcu zobaczył. W papierze z kwalifikacją, w liczbach, w podiumach. Pomógł mi znaleźć sponsorów. Poleciałem.
Potem Mistrzostwa Świata. Filipiny.
Sam start z przelotem kosztuje osiem tysięcy złotych.
Dziadek z chrzestnym dali pięćset złotych w kopercie bez słowa.
Tata daje tysiąc. Ten sam który chował mi hantle.
Klient którego trenuję daje tysiąc. Człowiek który uwierzył że to co robię ma wartość.
Reszta moja. Każda złotówka trzy razy policzona, pizzy już nie woziłem, trenowałem innych za pieniądze - bo Ci co tak się kiedyś dziwili nagle zaczęli zgłaszać się po radę i chętnie mi za to płacić. Diety układane na kartce.
Stoję na lotnisku z walizką i biletami w ręku i myślę że nigdy w życiu tysiąc złotych nie ważyło tyle co wtedy.
Wróciłem do tej dziewczyny i powiedziałem jej jedno.
Pracuj z fizjoterapeutą. Pracuj też w domu każdego dnia po trochu. Rób wszystko żebyś mogła jak najszybciej wrócić na matę. Twoja mama chce dla Ciebie dobrze. Jesteś w dobrych rękach.
Nigdy nie jest prosto. Trudne rzeczy wymagają wysiłku, determinacji i mocnego samozaparcia. Każdy ma na swojej drodze demony które musi pokonać. W Twoim przypadku to kontuzja kolana. W moim brak wsparcia, przeziębienia w najgorszym momencie i sport który jest cholernie drogi.
Ale każdy ma jakiś wrogów, jakieś demony którym musi stawić czoła i je pokonać. Każda trudność czegoś uczy, aby było łatwo najpierw musi być trudno.
I zapytałem na końcu czy takiej odpowiedzi się spodziewałaś?
Nie odpowiedziała od razu. Uśmiechnęła się i po chwili powiedziała dziękuję.
Tomek