04/03/2025
Jedni rodzice chcieliby grać jak w Premier League - co trzy dni. Nie ma dla nich podróży nie do przebycia, góry nie do zdobycia. Drudzy rodzice chcieliby, żeby ich dziecko po prostu poszło na piłkę dwa razy w tygodniu, złapało tlen, kontakt z kolegami poza szkołą i zrobiło coś innego, niż tylko patrzenie się w sześciocalowy ekran smartfona.
Jedni chcieliby, byśmy zimą hartowali nawet skrzatów i grali na dworze w śniegu po pachy. Dla innych jest za zimno już w październiku.
Nie żalę się. Powiem więcej - każdy z rodziców ma prawo wymagać czegoś innego, bo każdy z nich ma inne wyobrażenia o tym, jak chciałby, by jego dziecko spędzało czas czy rywalizowało z innymi dziećmi. Każdy ma jakieś oczekiwania, do których my jako trenerzy w większym lub mniejszym stopniu musimy się odnieść.
Naszym problemem nie są jednak oczekiwania innych, ale to, że na samym dole piramidy szkolenia i całej zabawy z piłką nożną, jesteśmy ludźmi od wszystkiego i dla każdego. Od malowania linii, po przygotowywanie pokojów dla sędziów, organizowania transportu i trenowania. Jesteśmy dla dziecka, które potrafi robić elastico i dla dziecka, które potrafi elastico, ale w EA25. Jesteśmy dla dziecka, które chce grać z Barceloną i jesteśmy dla dziecka, które nie chce jechać na mecz do wioski obok. Bo ustawił się na sesję w minecrafcie z kumplami.
To są problemy, z którymi realnie zmaga się 90 procent trenerów. Nie tworzenie gier treningowych, bo - widzę to - w tym jesteśmy chyba nawet nieźli. To są nasze codzienne rozterki - gdy umawiamy się na mecz z dobrym rywalem, a połowa składu nie odpisuje nam na sms'y, czy będą na meczu czy nie i koniec końców przyjeżdża na miejsce ośmiu totalnie zróżnicowanych umiejętnościami piłkarzy. To jest nasz kłopot - gdy chcemy zagrać coś więcej, ale chłopcy wolą jechać na szkolną wycieczkę. Ale jak nie zagramy, to ci lepszy odejdą, bo mieliśmy grać więcej.
Jeśli zapytacie mnie teraz, jak poradzić sobie z tym, z czym zmagamy się na co dzień w piłce dziecięcej i młodzieżowej odpowiem wam: nie wiem.
Nie ma na to pytanie jednej odpowiedzi. Koniec końców co byśmy nie zrobili, musimy się liczyć ze stratami. I być może powinniśmy więcej rozmawiać właśnie o tym, jak działać, by tych strat powodować jak najmniej.