14/04/2026
Pożegnanie kolarza.
To, że doktor Jerzy Bentkowski był wspaniałym człowiekiem i lekarzem wie cała lokalna społeczność, a na pewno ci, którzy mieli z nim choć powierzchowny kontakt. Miał w swoim życiu trzy wielkie miłości, trzy wielkie pasje. Na pierwszym miejscu była zawsze rodzina. Jeśli chodzi o medycynę to był medykiem podchodzącym do pacjenta z ogromną empatią i obdarzonym ponadprzeciętnym talentem i intuicją chirurgiczną. Stanowił filar naszego szpitala. Z odwagą podjął funkcję dyrektora ds. lecznictwa w tych trudnych dla naszej lecznicy czasach.
Ale ja zapamiętam Go jako "Jerzyka" towarzysza naszych eskapad rowerowych. Jego pasja do roweru miała swoje korzenie już we wczesnej młodości. Wtedy to, opisując swoją wycieczkę rowerową, wygrał konkurs Polskiego Radia i w nagrodę pojechał na miesięczny obóz rowerowy do Bułgarii. Był współzałożycielem, członkiem i sponsorem naszego lokalnego stowarzyszenia kolarskiego - Baszta Lesko. Bardzo dużo pracował i rower stanowił dla niego odskocznię od codzienności. Jeździliśmy tak dużo, że szybko Bieszczady stały się dla nas za małe. Przyszedł czas na Alpy. Wspólnie planowaliśmy kolejne wyjazdy i układaliśmy strategie zdobywania kolejnych alpejskich przełęczy. W ciągu kilku lat naszym łupem padły kolejno znane z Giro d'Italia: Passo Stelvio, Passo Gavia, Passo Mortirollo, Passo Pordoi, Passo Sella, Passo Gardena, Passo Fedaia, Passo Giau. Rok temu upadłem na rowerze i fatalnie złamałem obojczyk. Już tego samego dnia operowałeś mnie, i tak perfekcyjnie poskładałeś odłamy, że po miesiącu pedałowaliśmy pod sycylijską Etnę.
W Wielkanocną Niedzielę umówiliśmy się na rower. Spotkaliśmy się we trójkę o godzinie 16-tej. Dzień był piękny. Jurek przyjechał na miejsce spotkania rozpromieniony i szczęśliwy. Opowiadał, że był na rezurekcji, potem zorganizował dyżur na SOR, a następnie zjadł obiad z rodziną. Ruszyliśmy przez Bezmiechową w kierunku Olszanicy i Paszowej. Podczas spokojnej jazdy snułem marzenia o wyzwaniach, które Jurek zaplanował na ten sezon. Za trzy tygodnie miała być Słowenia z kultowym podjazdem pod Mangart, a we wrześniu powrót na przełęcze otaczające Bormio. Te plany skończył się na zakręcie na górnym krańcu Paszowej. Brutalnie przerwała je brawura kierowcy, który potraktował nas jak gumowe pachołki drogowe. Jurek konał na moich rękach. Po 2-ch godzinach dotarła do mnie najgorsza wiadomość - "Życie choć piękne, tak kruche jest. Wystarczy jedna chwila, by zgasić je. Życie choć piękne, tak kruche jest. Zrozumiał ten kto otarł się o śmierć..."
Żegnaj przyjacielu. Wierzę, że tam gdzie jesteś jest nieprzebrany urodzaj sięgających chmur przełęczy. Planuj trasy. Przybędę niezwłocznie, gdy wybije moja godzina.