28/08/2017
Mimo, że jeszcze bolą mnie nogi po ostatnich zjazdach na Big Mountain Skate - Bela Joyride, stwierdziłem, że trzeba coś naskrobać, póki wskaźnik "stoke'u" jeszcze uderza o sufit.
Na wyjazd zdecydowałem się bardzo późno, bo dosłownie jeden dzień przed event'em. Szybki kontakt z Felixem z BMS z wyjaśnieniem, że przyjadę tylko na 3 dni i szybkie pakowanie. O trasie słyszałem dużo dobrego, ale wydawała mi się trochę łagodna (z opisu), a chciałem czegoś więcej... nie żałowałem jednak decyzji.
W dzień startu event'u obudziłem się już o 4:00, ale musiałem jeszcze odebrać auto, które czekało na mnie skromne, bo ponad 350 km w przeciwną stronę, więc po podróży jednym autobusem, czterema pociągami i jednym autem, o 00:30 kolejnego dnia, byłem na miejscu, po zrobieniu łącznie ponad 1000-ca kilometrów.
Przywitał mnie Hubert Czaczka i oprowadził na szybko po campie. Później w kimę i rano jazda na trasę. Po przebudzeniu dopiero ogarnąłem, gdzie właściwie jesteśmy. Piękna dolina i wysokie góry w około, a dojazd i sama trasa z jeszcze piękniejszymi widokami.
Mimo, że jak się już zjeżdża, to nie ma się czasu na podziwianie widoków, ale dla mnie jednak odgrywają one dość istotną rolę, ale wracam do tematu, bo robi się zbyt słodko.
Muszę dodać, że na dobrą sprawę przyjechałem bez żadnego przygotowania, bo ostatni raz zjeżdżałem na Alpenrauschen, czyli ponad 2 miesiące wcześniej, więc myślę sobie "Będzie bolało". Nie myliłem się, bo trasa jest długa, pełna 180-tek i sweeper'ów, a uda w połowie trasy paliły jak nigdy.
Ważna sprawa!!! - Była już o tym mowa na różnych blogach i forach, ale muszę to dodać:
!!!Przed wyjazdem na event i samą trasę, zróbcie sobie "check listę" i upewnijcie się, że macie wszystko, co potrzeba, a nawet zabierzcie więcej - bushingi, griptape, ulubione koła, pivot cup'y czy rzeczy oczywiste, jak kask i ochraniacze i przede wszystkim woda. Jest o tym dobry artykuł na golongboard.pl !!!
Pierwszy zjazd i banan na twarzy. Robiłem rzeczy, których jeszcze w życiu nie udało mi się zrobić na innych trasach. Zakręty są tak wyprofilowane, że aż się proszą o ich ścinanie i aż wgniatają w deskę przy wyjściu. Jeżdżę downhill'owo, więc nisko, często z łapą przy ziemi dla asekuracji i predrift'ów i momentami musiałem ją podnosić, bo przystrzygł bym trawę na poboczu. Słyszałem też opinię, że trasa nie należy do najszybszych, ale w połowie można nabrać całkiem niezłej prędkości.
Klimat na trasie i obozie po prostu fantastyczny. Takich wrażeń nie miałem jeszcze na żadnym evencie i z tego miejsca chciałbym gorąco pozdrowić całą ekipę z naszej małej części obozu, czyli Katie z ekipy No Bull, całą ekipę z Anglii (UKDH) z Hubertem włącznie, bez których nie było by tak zajebiście na całym evencie i ekipę z SektorF z Niemiec, oraz Piotra Dumę z którymi również zjazdy były pierwsza klasa.
Mimo, że trasa nie należy do bardzo wymagających (co jest zaletą dla początkujących), to śmiało mogę powiedzieć, że był to najlepszy event, na którym do tej pory byłem (co do samej trasy, to jednak Alpenrauschen wygrywa). Jeszcze na żadnym evencie nie zrobiłem aż tylu zjazdów, co na Bela Joyride i nie ma co się dziwić - nazwa mówi sama za siebie - czysta przyjemność.
Wielkie ukłony dla ekipy Big Mountain Skate za udowodnienie, że potrafią zrobić najlepsze event'y ever, z super trasami i imprezami. Zdradzieckie shoty arbuzowe i browary dopiero przestały dawać mi o sobie znać i na spokojnie można wracać do rzeczywistości.
Pozdro.
- Hubert Kaczmarek