25/04/2023
Właśnie skończyłem czytać fascynująca książkę.
Autor, profesor antropologii ewolucyjnej, przebadał kilka zbieracko-łowieckich ludów, żyjących dziś w różnych, odosobnionych miejscach świata.
Interesowało go, o ile więcej kalorii spala członek afrykańskiego plemienia Hadza od typowego mieszkańca krajów rozwiniętych. Bo przecież z pewnością spalają oni więcej, dużo więcej, to oczywiste. W końcu całymi dniami podążają za zwierzyną (po 15-20 km dziennie), do tego wspinają się na drzewa w poszukiwaniu miodu, rozpalają ogień patykami, i ogólnie takie takie, sami wiecie, przecież też kochacie Krystynę Czubównę.
Niestety, klops!
Wszystkie badania potwierdziły jedno - wydatek energetyczny ludzi tu i ludzi tam, jest taki sam, nie ma znaczenia czy się więcej ruszamy, czy bujamy w fotelu całymi dniami. Coś tu nie grało. Jak na naukowca przystało, facet założył, że ma gdzieś błąd, ale błędu nie było...
Okazuje się, że model metabolizmu, który znamy, jest kompletnie błędny. Wysiłek, uwaga (!) w rzeczywistości nie dodaje się i, niestety, nie da się wybiegać pączków, ani schudnąć, zwiększając liczbę treningów w tygodniu. W dłuższym okresie organizm się dostosuje i tyle.
Jak to działa?
W skrócie (i na tyle, na ile to zrozumiałem) tak:
Organizm człowieka o danej wadze ma pewną dzienną pulę energii do zużycia. Przeznacza ją na Podstawową Przemianę Materii (PPM) plus wysiłek, który wszyscy ponosimy, żeby jakoś dociągnąć dzień do wieczora.
Dla faceta o mojej wadze, PPM wynosi lekko ponad 1000 kcal (7x waga + 551, dla kobiet 5x waga + 607), (przy czym osobniczo mogą być różnice o +/- 200 kcal) i stanowi około 60 % (od 50 do 70%) mojego całego dziennego wydatku energetycznego, który wyniesie w przybliżeniu 1700 kcal (znów, może być odrobinę mniej albo więcej, ogólnie organizm przerobi maksymalnie do 2.5xPPM, ale tak wysoki poziom jest rzadki jak Michael Phelps we własnej osobie).
To znaczy, że mój organizm ma do wydania dziennie około 1700 kalorii (tak naprawdę to kilokalorii i z doświadczenia wiem, że trochę więcej) na funkcje organów, ruch, wspinanie i inne procesy, jak termoregulacja, układ odpornościowy, rozrodczy itd. Nadwyżkę odłoży, niedobór uzupełni z magazynów własnych (tłuszcz, ale jak przesadzimy, to mięśnie, a potem organy, a na końcu wiadomo, co będzie), w długim okresie stały niedobór odchoruje.
I teraz najlepsze!
Kiedy żyję mało aktywnie, leżę, pachnę, przejdę się kawałek z psem albo do sklepu, mój wydatek energetyczny... nie spadnie!
Organizm wciąż wypali swój limit, ale w niekorzystny dla zdrowia sposób.
Będzie na przykład podtrzymywał przewlekły stan zapalny, produkował więcej hormonów itd. (odsyłam do książki)
Ruch, a nawet regularne treningi, nie będą ode mnie wcale wymagały więcej paliwa. Organizm dostroi swoje spalanie, ograniczając niepotrzebne, a kosztowne procesy zapalne, odpowiedź stresową i obcinając inną działalność, która nie jest mu niezbędnie potrzebna. To akurat dla organizmu i dla zdrowia jest bardzo korzystne, dlatego ćwiczyć, ruszać się, trzeba!
Przy długotrwałym, ekstremalnym wysiłku częściej i dłużej chorujemy (układ odpornościowy musiał oddać swoje zasoby), mamy mniejsze libido (bo układ rozrodczy też się dorzuca), nasz mózg nie funkcjonuje tak dobrze (tutaj nie pamiętam, czy czasem mózg nie jest chroniony najlepiej i nie wyłącza się jako ostatni, doczytajcie). Natomiast zwracam uwagę, że mowa tu o wysiłku ponad siły, tzn. bardzo ciężkim profesjonalnym, treningu, zdobywaniu bieguna na sankach, których nikt nie ciągnie albo przepłynięciu Atlantyku wpław, pieskiem.
Nie chodzi o pójście na ściankę, czy na fitness parę razy w tygodniu. Nawet jak tam rzeczywiście poćwiczysz :P Twój organizm widzi to jako normę.
PODSUMOWUJĄC:
1. Ćwiczyć trzeba, dla lepszego i dłuższego życia (wyjaśnione w książce), ale od ćwiczenia się nie schudnie :( w długim okresie (dokładne wyjaśnienie oczywiście też jest w książce).
2. Schudnąć można JEDYNIE dostarczając ciału mniej kalorii niż spala (to już chyba wszyscy dawno wiedzą), ale ćwiczenia długookresowo nie zwiększą ogólnego zapotrzebowania na energię (nad tym akurat niejeden zapłacze).
3. Dla utraty wagi nie ma znaczenia, jaką dietę wybierzemy (low carb, high fat, czy co tam jeszcze). Znaczenie mają kalorie (ale o tym, nie pisałem, pisał Pan Pontzer w swojej książce).
A propos Pana Pontzera, a konkretnie Hermana Pontzera - to właśnie on jest autorem książki, której tytuł brzmi:
"Spalaj się. Jak naprawdę spalamy kalorie, tracimy na wadze i zachowujemy zdrowie."
Polecam i dziękuję Adam Szukalski za dostarczenie, nie pierwszy raz, paliwa dla umysłu :)!
EDIT: w komentarzu podsyłam linki do polemik, które zdają się być uzasadnione, a wynika z nich, że o ile owszem, spalanie nie rośnie całkiem liniowo wraz ze wzrostem aktywności, to nie do końca wszystkie tezy Ponzera są słuszne. Pojawia się sporo wątpliwości w kwestii wiarygodności wyników jego badań, a także wybiórczego traktowania danych i kreatywnego wykorzystania statystyki. Nie mnie to oceniać, nie mam wiedzy w tym temacie.
Z pewnością cała ta historia to dobra okazja do zrewidowania swojego rzeczywistego zapotrzebowania na kalorie, zastanowienia się nad swoimi nawykami żywieniowymi i ogólnie poszerzenia horyzontów.
Dobrego dnia:)