31/08/2025
To nie jest zwykła grupa biegaczy. To zbiorowisko osobników o wątpliwej równowadze psychicznej, którzy co wtorek o 18:30 porzucają wygodne kanapy, biurowe fotele by wyruszyć w labirynt Lasu Wolskiego.
Oficjalny plan? Około 15 kilometrów. Nieoficjalny? „+/-”. I to „+/-”, a potrafi skończyć się na nieco innym dystansie. Ale dystans to mamy przede wszystkim do siebie. Startujemy spod Diabelskiego Mostu i czasem dzielimy się na grupę szybszą i wolniejszą, ale w praktyce tempo jest niepoliczalne. Trudno powiedzieć, co to znaczy „szybko” i „wolno”. Czasem hasło "dzik", niezależnie od tego czy prawdziwy czy w czyjejś wyobraźni potrafi kogoś przyprawić o życiówkę, a nawet rekord naszego świata czyli Lasu Wolskiego na 400m.
Kolektyw skupia ludzi o wielu talentach: filozofowie, programiści, fotografowie, jajcarze, nauczyciele, sportowcy-amatorzy i profesjonaliści od gubienia się w terenie. Czasem mają imponujące wykształcenie, lata praktyki w zawodzie i pełne CV… ale i tak bez mrugnięcia okiem porzucają to wszystko, żeby biec w błocie za grupą ludzi, dla których największą nagrodą jest zapisany track na Stravie i szansa, że przy dobrym ujęciu fotografa załapią się na zdjęcie.
Są tu ludzie, którzy potrafią przebiec Główny Szlak Beskidzki i tacy, co jeszcze nigdy "nie zrobili połówki" (czyt. nie przebiegli 21 km). Nawet mistrza świata w ultramaratonie nazywamy „szajbusem” i jest to absolutny komplement.
Ludzi liczymy na starcie i czasem po drodze, ale tylko dla statystyk. Jak liczba na mecie się nie zgadza, to po prostu dodajemy w pamięci „+/-” i idziemy dalej. Nikt tu nie biega po lesie w nocy z latarką, szukając brakujących sztuk – w Kolektywie ufamy, że każdy się znajdzie, czasem na Stravie na segmencie. Bo przecież wracamy tam za tydzień, więc jak coś to go znajdziemy.
Patrząc na zdjęcia, gdzie promienie słońca muskają ziemię, widzimy, jak sacrum spotyka się z profanum. Dokładnie tak jest w Kolektywie. Tylko tutaj podniosłe rozmowy o sensie biegania przy kapliczce przeplatają się z dyskusjami o fizjologii przy toi-toiu. I to jest właśnie kwintesencja świętości — robimy rzeczy wielkie, ale uczymy się też pokonywać najprostsze, najbardziej przyziemne słabości, jak zmagania z fizjologią naszego organizmu.
Każde bieganie jest niepowtarzalne i epickie. Każdy ma swój żart, swoją historię, swój unikalny powód, unikalny ból. Dla jednych to trening, dla innych terapia. Możesz przyjść i biec w milczeniu. Możesz opowiadać suchary, które są tak słabe, że aż dobre. Możesz też wyrzucić z siebie problemy życia – bo bieganie przyspiesza nie tylko tętno, ale i proces przepracowywania trudnych tematów.
W Kolektywie jest jedna pewność: jeśli postawisz stopę nie tam, gdzie trzeba, i zaliczysz glebę w konarach ciemnego lasu, a przy tym nieźle się ubłocisz – tym więcej śmiechu zyskasz. Tutaj wraz ze stopniem przypału rośnie poziom fajności. Im bardziej widowiskowo polecisz, tym więcej followersów zyskasz. Im bardziej spektakularnego orła wywiniesz, tym na dłużej zapiszesz się w kartach historii Wolskiego.
Obecnie w sierpniu misją jest zdążyć na zachód słońca. Nie po to, żeby kontemplować piękno natury – tylko po to, żeby jakaś gwiazda była na zdjęciu, nawet jeśli to będzie jedyna gwiazda, która tego dnia z nami biegła.
Kolektyw? To nie tylko bieganie. To przygoda i absurd w jednym. Co nas łączy? Na pewno więcej niż trening czy sport.
A tak przy okazji – ten tekst powstał w godzinach pracy autora. Bo priorytety mamy ustawione jak trzeba: sport, potem beka, potem… reszta świata. Bo jak mawiał klasyk "Jeśli nie możesz pogodzić pracy i alpinizmu (tutaj biegania) w żadnym wypadku nie rzucaj alpinizmu, rzuć pracę."
Tekst: Olga Janiszewska
Zdjęcia lotnicze: Tomasz Domin
Realizacja wideo: Kuba ZyoTuba
To nie jest zwykła grupa biegaczy. To zbiorowisko osobników o wątpliwej równowadze psychicznej, którzy co wtorek o 18:30 porzucają wygodne kanapy, biurowe fo...