26/10/2025
Rejs po Wyspach Liparyjskich 2026 - Relacja z Rejsu
Katamaran Lagoon 46 - Portorosa–Vulcano–Lipari–Salina–Panarea–Stromboli - 4–11.10.2026
Wyspy Liparyjskie, zwane też Eolskimi od imienia mitycznego boga wiatrów Eola, który według starożytnych Greków miał tu swoją siedzibę i z polecenia Zeusa zarządzał wszystkimi wiatrami Morza Śródziemnego. To on uwięził dla Odyseusza nieprzychylne wiatry w worku, by bohater Troi mógł bezpiecznie powrócić do domu. Jak głosi legenda, towarzysze Odyseusza, ciekawi co kryje się w worku, wypuścili wiatry na wolność, skazując okręt na kolejne lata tułaczki. I choć to tylko mit, to rzeczywiście wiatry na tych siedemnastu wulkanicznych wyspach potrafią być kapryśne – my na własnej skórze przekonaliśmy się o tym podczas tygodniowego rejsu na katamaranie Lagoon 46.
Dzień I – Sobota, 4 października: Późny start w Portorosa ⚓
Do Katanii dotarliśmy przez Stambuł późnym wieczorem – standardowa żeglarska droga przez pół Europy, zmęczeni, ale z nieodłącznym uczuciem: “nareszcie na morze!”. W marinie Portorosa, jednej z największych i najlepiej wyposażonych baz na Sycylii, czekał nasz biały Lagoon 46 – 10 osób załogi, dwa kadłuby, cztery kabiny, mnóstwo przestrzeni na pokładzie i widok na Morze Tyrreńskie w tle.
Pierwszy toast za rejs, to uczucie gdy wiesz, że kolejne dni będą wyjątkowe. Marina Portorosa to nie tylko cumowanie – to małe miasteczko z kanałami, barami i klimatem żeglarskim pośrodku Sycylii.
Dzień II – Niedziela, 5 października: Vulcano, autka Paolo i pierwsze bąbelki 🚗🌋
Rano szkolenie z bezpieczeństwa: pasy pneumatyczne, koło ratunkowe i inne środki, VHF na kanale 16. Potem węzły – wyblinka, knagowy a dla "zaawansowanych" ratowniczy i cumowniczy – niektórzy z załogi pamiętali, inni „odświeżali wiedzę”. Wiatr z północnego zachodu stabilny, 12–15 węzłów, fala na razie nieznaczna– idealne warunki na pierwszy wyjazd.
Kierunek: Vulcano. Prognozy zapowiadały na wieczór gorszą pogodę, a my nie chcieliśmy spędzić pierwszej nocy na kotwicy przy dwumetrowej fali. Do Porto di Levante dotarliśmy po południu, cumowanie przy mooringu bez stresu.
Na lądzie poszliśmy prosto do Rent Paolo – wypożyczalnia mikroautek, które wyglądają jak zabawki z lat 70.: bez szyb, maksymalna prędkość 30 km/h, siedzenia z plastiku. Paolo był tak sympatyczny, że dostaliśmy… darmowe piwo na drogę 🍺. Objechaliśmy całe Vulcano: Capo Grillo z widokiem na wszystkie wyspy, Gelso na południowym cyplu, Capo Secco i z powrotem do portu. Krajobraz surowy, wulkaniczny, ale urzekający – wszędzie żółte plamy siarki na czarnych skałach.
Kolacja w Cantine Stevenson przy Porto Levante – świeże owoce morza, makaron z bottargą, lokalna Malvazija. Wulkan dymiący w tle, zapach siarki unoszący się w powietrzu – witamy na Wyspach Liparyjskich! W nocy deszcz, ale my już bezpiecznie na jachcie.
Dzień III – Poniedziałek, 6 października: Awaria, Acque Calde i normańskie mury Lipari ⛵
Rano postanowiliśmy skoczyć do Acque Calde – plaży z gorącymi źródłami termalnymi tuż przy porcie. To niezwykłe miejsce: czarny wulkaniczny piasek, a z dna morza bulgoczą gorące bąbelki siarkowe, tworząc naturalny basen termalny. Temperatura wody miejscami sięga 50°C, trzeba uważać, żeby nie poparzyć stóp o rozgrzane skały! Starożytni Rzymianie nazywali Wyspy Liparyjskie „przedsionkiem piekieł”, ale jednocześnie kurowali się w tych termalnych wodach.
Niestety, po powrocie na jacht – awaria. Prawy silnik nie chce odpalić. Nocny deszcz zamoczył wyświetlacz i przewody. Po konsultacjach z armatorem i kilku próbach udało nam się ruszyć z jednym silnikiem, pomagając sobie pontonem przy manewrach. Kierunek: Lipari.
Do EOL Mare Marina w Porto Pignataro dotarliśmy popołudniem, a wieczorem ruszyliśmy na zwiedzanie Lipari.
Weszliśmy na wzgórze do zamku i Konkatedry Świętego Bartłomieja – patrona wyspy, którego relikwie spoczywają w kościele od średniowiecza. Normański dziedziniec, mury z XI wieku, półmrok, tylko blask świec w katedrze i kompletna ciemność w części normańskiej. Atmosfera jak z innej epoki – jakbyśmy cofnęli się o tysiąc lat. To jeden z tych momentów, gdy wiesz, że żeglowanie to nie tylko wiatr i fale, ale też historia i miejsca, które łączą nas z przeszłością.
Kolacja w Osteria San Bartolo przy Via Francesco Crispi – doskonała, lokalna kuchnia bez turystycznych narzutek. Świeże owoce morza, sycylijska pasta, wino z pobliskiej winnicy. Polecamy każdemu, kto szuka autentycznego jedzenia na Lipari.
Dzień IV – Wtorek, 7 października: Lipari na czterech kółkach i legendarne termy Angela ♨️🚗
Mechanik zjawił się rano i naprawił silnik – przynajmniej częściowo. Od teraz, by zapalić prawy motor, musiałem schodzić do komory silnikowej, nie miałem też wyświetlacza obrotów, więc praca na słuch i wyczucie 🔧. W takich momentach człowiek docenia prostotę żaglówki.
Wiatr osiągnął 30–35 węzłów, fala dwumetrowa – to definitywnie nie był dzień na żeglowanie. Postanowiliśmy zwiedzić Lipari… autem.
Pierwsza stacja: Osservatorio Geofisico di Lipari, skąd ruszyliśmy pieszo na klify z widokiem na Baia di Ponente, Vulcano i Faraglioni tuż pod nami – widok 10/10. Potem Belvedere Quattrocchi – punkt widokowy, z którego Vulcano wygląda jak olbrzymi stożek unoszący się z morza. Tam spotkaliśmy starszą panią, która poczęstowała nas kanapkami z pastą eolską – lokalna mieszanka suszonych pomidorów, kaparów, oliwek, czosnku, migdałów i oliwy z oliwek, zanurzonymi w oliwie i popitymi bezalkoholowym lokalnym piwem. Lunch z takim widokiem – bezcenne.
Ale prawdziwym hitem dnia okazały się Antiche Terme di Lipari, gdzie spotkaliśmy 76-letniego Angela. Za 20 euro opowiedział nam historię term – od czasów Greków, przez Rzymian, średniowiecze, aż do epoki Mussoliniego. Weszliśmy do samych term (nieco nieupoważnieni, ale Angelo nas zapewnił, że „tutto bene!”) i sprawdziliśmy organoleptycznie wodę – rzeczywiście wypływa ze skał z temperaturą 50°C. Angelo stwierdził, że „ma wszystkie pierwiastki i minerały”, więc leczyła ludzi od starożytności. Według lokalnej legendy, gorące źródła Lipari to „oddech Hefajstosa” – greckiego boga ognia i kowalstwa. Na koniec Angelo poczęstował nas kieliszkiem domowej Malvazji i odjechał swoim 30-letnim Fiatem Pandą wprost przed siebie – scena jak z filmu Felliniego.
Z term pojechaliśmy do Chiesa di Maria Santissima della Purità, skąd widoki są równie spektakularne. W parafialnym ogrodzie odkryliśmy owoce opuncji (kaktusa figowego), co niektórzy próbowali je zjeść – każdy kaktus ma kolce, nauczka na przyszłość 😅.
Lunch w Acquacalda nad plażą, a stamtąd na molo w Porticello, gdzie fotografowaliśmy dwumetrowe fale wchodzące prosto na drogę do Lipari. Dzień pełen przygód, bez centymetra żeglugi.
Dzień V – Środa, 8 października: Salina, wino i lokalni kucharze 🍷🌿
Rano wypłynęliśmy z gościnnej EOL Mare Marina – polecamy, pomocni, profesjonalni. Wiatr 18 węzłów z północnego wschodu, krótki hals przez kanał między Lipari a Salina i po 2 godzinach cumowaliśmy w Santa Marina Salina.
Salina to najbardziej zielona z Wysp Liparyjskich – wygasłe wulkany, tarasy winnic, kapary rosnące na skałach, gaje oliwne. To stąd pochodzi słynna Malvasia delle Lipari – deserowe wino z winogron suszonych na słońcu, o intensywnym aromacie kwiatów pomarańczy, miodu i morskiej mineralności. Hiszpańska rodzina Caravaglio sprowadziła tu sadzonki Malvasii i Corinto Nero w XVI wieku, gdy Wyspy Liparyjskie należały do Korony Aragońskiej.
Wieczorem kolacja w Nni Lausta – restauracja prowadzona przez właściciela i szefa kuchni w jednym. Menu zmieniane codziennie w zależności od tego, co kupią u lokalnych rybaków i w sklepie mięsnym. Dostaliśmy smażone owoce morza, faszerowaną kałamarnicę, baranią kiełbasę i lokalne wino. Wszystko świeże, autentyczne. Taras na pierwszym piętrze, rośliny w doniczkach, klimat dosyć swojski. Przewodnik Michelin docenił ich wysiłek – zasłużenie.
Dzień VI – Czwartek, 9 października: Drugi silnik, ceramika Saliny i kotwica, która nie chciała wrócić ⚙️⚓
Poranek z zakupami ceramiki – Salina słynie z ręcznie malowanych talerzy, mis i kafli z motywami eolskimi: wulkany, ryby, kapary, wiatry. Po zakupach – kolejna niespodzianka: lewy silnik nie chce odpalić. Żadnego mechanika na Salinie w środku tygodnia. Trzeba było się podoktoryzować samemu; przeczyszczenie filtra paliwa, odpowietrzenie układu i ... udało się. Ruszyliśmy.
Kierunek: Panarea. Po drodze, na wysokości Isola di Basiluzzo, postanowiliśmy zrobić przerwę na lunch. Podpłynęliśmy w okolice Grotta dell’Amore (Grotta degli Innamorati) – słynnej jaskini na białej skalnej wysepce Lisca Bianca. Legenda głosi, że pary, które się pocałują w grocie, pozostaną razem na zawsze. Podobno książę William i Kate Middleton zrobili to tu w 2006 roku na pokładzie królewskiego jachtu Britannia.
Rzuciliśmy kotwicę przy Basiluzzo, zjedliśmy lunch na pokładzie, ale potem… kotwica zaczęła się tak mocno w dnie, że mimo wielu prób nie udało nam się jej uwolnić. Musieliśmy wypuścić cały łańcuch, oznaczyć miejsce odbijaczem i odpłynąć bez kotwicy. Zaznaczyłem dokładną pozycję na mapie, na Panarei nie znalazłem nurka, który mógłby szybko pomóc.
Bez kotwicy popłynęliśmy na Stromboli, gdzie zacumowaliśmy na boi. Wieczorem, po zachodzie słońca, podpłynęliśmy pod strefę aktywności wulkanu – warto! Stromboli to jeden z najaktywniejszych wulkanów na świecie – erupcje co 10–15 minut od ponad 2000 lat. Czerwone fontanny lawy wyrzucane kilkadziesiąt metrów w górę, grzmiące wybuchy, lawa spływająca po La Sciara del Fuoco prosto do morza. Siedzieliśmy na pokładzie, patrząc na to niesamowite show natury – można tak spędzić całą noc. Starożytni Rzymianie nazywali Stromboli „latarnią Morza Śródziemnego”, bo dymiący krater był widoczny z odległości wielu mil i ułatwiał nawigację.
Mieszkańcy Stromboli żyją w rytmie wulkanu – „każdego dnia budzę się z myślą, że wulkan może znów wybuchnąć” – tak opisują swoje życie. Mimo ryzyka, nikt nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. To unikalny mikroświat, gdzie natura dyktuje zasady.
Dzień VII – Piątek, 10 października: Powrót do Portorosa i kolejka na paliwo ⛽
Rano spokojne śniadanie z widokiem na dymiący Stromboli. Obrót jachtem, kurs na południe – wracamy do bazy. Po drodze zawinęliśmy do Lipari, żeby zatankować – i okazało się, że to była najlepsza decyzja tego dnia. Wieczorem w Portorosa czekała nas kolejka na… 20 jachtów! Praktycznie „ślizgaliśmy się” między jednostkami wzdłuż kanału wejściowego, żeby w ogóle wpłynąć do mariny. Potem ostatnia cuma, check out jachtu, toast za ocalenie (chociaz bez kotwicy i łańcucha:)). Tydzień pełen przygód, awarii, erupcji, legendarnych spotkań i niezapomnianych widoków.
Wulkany, gorące źródła, lokalne wina, ceramika, świeże owoce morza, legendy o Odyseuszu i Hefajstosie – każda wyspa ma swoją duszę.
Świetny rejs, świetna załoga, wyjątkowe miejsca – wracamy tu za rok bo jeszcze kilka wysp i miejsc do zobacenia wciąż pozostało⚓🌋💙
Trasa rejsu: Portorosa → Vulcano (Porto di Levante) → Lipari (EOL Mare Marina) → Salina (Santa Marina) → okolice Panarei (Isola di Basiluzzo, Grotta dell’Amore) → Stromboli (na boi pod wulkanem) → Lipari (tankowanie) → Portorosa
Najlepsze miejsce: erupcje Stromboli nocą
Najlepsze jedzenie: Osteria San Bartolo (Lipari)
Największa przygoda: zgubiona kotwica przy Basiluzzo i 76-letni Angelo z termami (chyba jednak ex-equo:))
Do zobaczenia na wodzie w sezonie 2026! 🌊⛵
Terminy rejsów już wkrótce!