13/05/2026
Alpejski klasyk zdobyty! 🏔️
Nasi obecni kursanci i zarazem klubowicze Filip i Karolina Gołębiowscy, oraz Maciej Góralczyk (spoza klubu) działając razem z Alexey Artyukhin, podjęli próbę zdobycia Grossvenedigera (3672 m).
Warunki były dalekie od łatwych - dużo śniegu, torowanie i prawdziwie zimowe góry mimo końcówki kwietnia. Tym bardziej cieszy, że cały zespół działał sprawnie i bezpiecznie, pokazując, jak ważne w górach są doświadczenie, zaufanie i dobra współpraca.
Poniżej relacja Filipa - zdecydowanie warto przeczytać! ⬇️
Pod koniec kwietnia postanowiliśmy zmierzyć się z jednym z alpejskich klasyków – Grossvenedigerem(3672m). Już od pierwszych metrów było jasne, że to nie będzie standardowa wycieczka.
Start z doliny w Matrei i podejście w stronę Neue Prager Hütte pokazały, że sezon jeszcze się tu nie zaczął. Południowe stoki już wiosenne, niemal bez śniegu, ale północne wciąż zamarznięte – z imponującymi lodospadami i grubą pokrywą śnieżną. Szlak praktycznie nieprzetarty, momentami trudno było go odnaleźć. Na parkingu… dosłownie kilka aut – wiedzieliśmy, że tłumów nie będzie.
Powyżej ~2000 m zaczęła się prawdziwa walka. Torowanie w ciężkim, mokrym śniegu, zapadanie się co chwilę po pas i ciągłe zmiany na prowadzeniu. Ślad prowadzącego często nic nie dawał – kolejne osoby zapadały się jeszcze głębiej. Najtrudniejszy odcinek? Między Alte Prager Hütte a Neue Prager Hütte. Latem godzina… nam zajęło ponad 3. Dopiero gdy słońce zaczęło zachodzić, śnieg lekko złapał i pozwolił nam iść szybciej.
Do schroniska dotarliśmy kompletnie wyczerpani – zegarek pokazywał ~4500 kcal wysiłku. Na szczęście Alex ogarnął temat wody i mogliśmy się jakoś zregenerować. W winterroomie poza nami tylko dwóch skiturowców.
Decyzja o ataku szczytowym nie była oczywista. Noc średnia (delikatnie mówiąc), ale ostatecznie ruszyliśmy – bez Karoliny, która rozsądnie została w schronisku.
Poranek dał nadzieję – twardy śnieg, szybki trawers stromego zbocza i wejście na lodowiec. Lina, raki i ruszyliśmy dalej. Wschód słońca, puste przestrzenie i absolutna cisza – nikogo po drodze.
Warunki na lodowcu dobre, choć zdradliwe. Szczeliny przykryte śniegiem – niewidoczne. Tuż pod kopułą szczytową prowadzący dwa razy wpadł nogami do szczeliny, wisząc na ramionach… Na szczęście skończyło się tylko na mocnym przypomnieniu, gdzie jesteśmy.
Na szczycie kilkunastu skiturowców – ale tylko my na nogach. Widoki wynagrodziły wszystko: Grossglockner, Dolomity i morze alpejskich szczytów.
Nie było jednak czasu na długie świętowanie. Śnieg szybko miękł, więc zaczęliśmy schodzić. I znowu… brodzenie po pas. W schronisku czekała Karolina z zapasem wody (game changer 🙌), a potem jeszcze ~5h walki do auta w równie ciężkich warunkach.
Zmęczeni, przemoczeni, ale cholernie szczęśliwi.
Ogromny plus tej wyprawy – towarzystwo Alexa. Jego doświadczenie i decyzje znacząco podniosły nasze bezpieczeństwo i komfort działania w tak wymagających warunkach.
To była jedna z tych wypraw, które zostają w głowie na długo. 💙