28/07/2026
Tatry MOKO 2026
Jak już klub jedzie się „trochę powspinać”, to potem nagle okazuje się, że „trochę” oznacza całkiem sporo kilometrów skały. Kto był niech komentuje. Kto nie był niech żałuje :)
Za nami klubowy wyjazd w rejon Morskiego Oka, podczas którego bodaj 34 członków KW Gliwice działało na ścianach Kopy Spadowej, Żabiej Lalki, Zadniego Mnicha i — jakżeby inaczej — przede wszystkim na Odwiecznie Pierwszym Schnącym Mnichu. Pogoda była tatrzańska, logistyka schroniskowo-obozowa, a ambicje miejscami zdecydowanie większe niż ilość snu. Do tego pobudki żołnierskie i wyjścia regularnie o 5:30, żeby zdążyć przed popołudniową zlewą. Romantyzm gór w wersji budzik–kawa–podejście–modlitwa do radaru.
W kajecie przejść znalazły się między innymi: Międzymiastowa, Sprężyna, Kant Klasyczny, Kant Hakowy, Przez Płytę, Orłowski, Zemsta Wacława, Klasyczna na Mnichu, Pachniesz Brzoskwinią na czołówce Kopy Spadowej, Grań Żabiej Lalki oraz Grań Zadniego Mnicha. Czyli zestaw, po którym kolana, łydki i ego miały pełne prawo zgłosić reklamację.
Szczególne brawa należą się młodocianemu zespołowi w składzie Grzesiek Krauz i Mateusz Labiszak, który samodzielnie rozprawił się z Kantem Hakowym. Jak widać, młodzież nie tylko rokuje, ale też bezczelnie zaczyna robić rzeczy, przy których starsi koledzy muszą udawać, że „oczywiście, spokojnie, właśnie tak miało być”.
Duże wyróżnienie także dla Agnieszki, która podczas swojego drugiego wyjazdu tego typu zamknęła temat bardzo konkretnie, zdobywając Koronę Mnichów. Nie wiemy, czy ktoś jej powiedział, że na drugim obozie można jeszcze udawać początkującą, ale najwyraźniej nie dotarła do niej ta część regulaminu. :)
Był też wątek dynastyczny: Zemstę Wacława zrobił Wacław Tomala. KW Gliwice jednego wielkiego Wacława już ma — Sonelskiego, autora kultowego przewodnika „W Skale” i dziś honorowego członka klubu. Tomala ewidentnie rozpoczął procedurę sukcesji. Na razie od rozsądnej zemsty za VII-.
Warto też docenić wszystkich, którzy postanowili odpiąć się mentalnie od „opieki starszych i bardziej doświadczonych” i ruszyć działać samodzielnie. Było planowanie, prowadzenie, asekuracja, decyzje o płynnym przejściu w mokrą hakówkę, i sukcesy tam, gdzie się dało. Czyli dokładnie to, po co jeździ się w góry — żeby wrócić trochę bardziej samodzielnym, trochę bardziej pokornym i trochę bardziej zmęczonym.
Na koniec, zgodnie z najlepszą tradycją poważnych przedsięwzięć sportowo-towarzyskich, odbyło się uroczyste rozdanie nagród i medali pochodzących z serii wyklejanek 3-letniego syna jednego z klubowiczów. Kategorie były zapewne bardziej życiowe niż olimpijskie, ale za to w pełni zasłużone. Bo jeśli ktoś po kilku dniach tatrzańskiego wspinania nadal miał siłę się śmiać, to medal po prostu mu się należał.
Dzięki wszystkim za świetny wyjazd, dobrą atmosferę, solidne wspinanie i klubową ekipę, z którą nawet podejście po asfalcie da się jakoś znieść.