FLASH TEAM

FLASH TEAM Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od FLASH TEAM, Amatorska drużyna sportowa, Elblag.

Takie loty tylko na  XC Cup.Dzięki Bike Team Człuchów za mega zawody! Re5p3ct :-)Nasze wyniki nie powaliły, ale konkuren...
15/07/2013

Takie loty tylko na XC Cup.
Dzięki Bike Team Człuchów za mega zawody! Re5p3ct :-)
Nasze wyniki nie powaliły, ale konkurencja w Elicie była spora.

Wojtek 9 open
Łukasz 18 open

fot. Dominika Iwaszkiewicz

10/07/2013

Polecamy, zapraszamy :)

Ewolucja kultowej TransCarpatii w formę wyprawową. 8 dni, 640km. MTB w najczystszej postaci - z miłości do gór. Bo legenda jest tylko jedna!

03/07/2013

Jak miło spędzić niedzielę? Na nielegalu!
Dzięki Old School MTB Gdańsk za ekstra imprezę!

A już chyba całkiem na koniec słów kilka od ekipy "karpaczowej". Ekipy, która zaznała trochę słynnego już w kolarskich d...
19/06/2013

A już chyba całkiem na koniec słów kilka od ekipy "karpaczowej". Ekipy, która zaznała trochę słynnego już w kolarskich dyskusjach "pure MTB". Ale która wcale z tego powodu nie czuje się ani lepsza, ani gorsza od kogolwiek innego. Na pewno bogatsza o ciekawe doświadczenia.

Całość przedsięwzięcia od początku wydawała się odrobinę szalona. Po pierwsze dość spontaniczna decyzja o wyjeździe na kilka dni przed maratonem. Komplikuje to nawet tak prozaiczne sprawy, jak załatwienie noclegu. Ale już na tym etapie uśmiechnęło się do nas szczęście, które nie opuściło nas do końca. Na skutek niesamowitego zbiegu okoliczności udało się zorganizować nocleg pod Wrocławiem. Zatem w piątek do pokonania ok. 500km, a w sobotę rano jeszcze ok. 120km do
samego Karpacza. Sama podróż, oprócz tego, że rozpoczęta zaraz po całym tygodniu pracy, bez szans na jakąkolwiek regenerację, obfitowała w przygody z serii "Need for speed", ale o tym należałoby pisać gdzie indziej, niż na profilu grupy kolarskiej ;)

W sobotę do Karpacza wyruszyliśmy niezbyt wypoczęci, ale za to udało się dotrzeć na miejsce o całkiem przyzwoitej godzinie. Na początek nastąpiła chwila lansu w miasteczku zawodów, odbiór numerów i standardowa krzątanina. Bo wiadomo, jak to zwykle - rowery trzeba złożyć do kupy, sprawdzić czy wszystko gra (dzień przed wyjazdem były odebrane z serwisu Roberta Banacha, więc nie spodziewaliśmy się niczego złego, ale objechać rower przed wejściem w sektor startowy jednak wypada) ... aż tu nagle prawie 11. Weszliśmy do sektora, chwila pogawędki z przypadkowo spotkanym znajomym ... i start. Zaznaczam - bez napinki, wszak w startach górskich mamy na tyle małe doświadczenie, że o ściganiu nie mogło być mowy. Bardziej o walce o przetrwanie ;) No tu może też przesadziłam ... ale realistą trzeba być.

Na początek na rozgrzewkę 5km asfaltowego podjazdu, a zaraz potem znowu kilkukilometrowy zjazd szutrowy. Łatwy, szybki ... i to zgubiło jednego z uczestników (nie znam człowieka) - zatrzymałam się i pomogłam innemu zatrzymanemu wezwać pomoc - ruszyliśmy dalej dopiero, gdy po niego przyjechali, co dało stratę ok. 20min. Potem próbowałam podgonić, ale to nie był dobry pomysł. Po chwili się zmęczyłam, więc nie pozostało nic innego jak spokojnie jechać swoje. A było co jechać ... i przyznaję - jak dla mnie również co iść. Trasa w Karpaczu brutalnie obnażyła wszelkie braki w technice i w psychice. Co nie zmienia faktu, że dała też wiele frajdy i pozwoliła poczynić kolejny mały kroczek naprzód. Na pewno nie było nudno! Bo nawet na żmudnym, asfaltowym podjeździe gdzieś w środku lasu i w środku dystansu, o nudzie nie mogło być mowy - rozrywkę zapewniały stada much, których można było zabić ok. 10 za jednym chlaśnięciem ręką. Podsumowując - wrażenia z trasy niezapomniane, trudno opisać, warto zobaczyć na własne oczy.

Po dojeździe do mety standardowo makaron, dokładka makaronu, mycie pod karcherem (roweru i siebie, wszak prysznica żadnego ani kranu nie było ...), pakowanie do auta i ... do domu. Do 3miasta. Czyli ok. 600km trasy do pokonania. Po 6 godzinach na rowerze i tym wszystkim wcześniej ... i tu zaczynał się prawdziwy
maraton i prawdziwa walka ... o przetrwanie. Wspomniane wcześniej szczęście jednak nie opuściło nas do końca i udało się szczęśliwie dojechać do domu. O 4 nad ranem ... całość eskapady zatem zajęła 36 godzin. Szaleństwo. "Nie róbcie tego w domu" ;)
[G]

fot. Daniel Łazarek / samowyzwalacz ;)

Na koniec kilka słów od ekipy, która wybrała się do Elbląga."Podczas, gdy sześciu naszych zawodników wylewało siódme pot...
19/06/2013

Na koniec kilka słów od ekipy, która wybrała się do Elbląga.

"Podczas, gdy sześciu naszych zawodników wylewało siódme poty na Skandii w Bytowie, Łukasz i Maciek szykowali się do niedzielnego maratonu MTB w Elblągu. Impreza organizowana przez firmę Sport Event przyciągnęła na start elitę z naszego krajowego podwórka ze względu na ciekawą trasę i atrakcyjne nagrody finansowe (zwycięzca dystansu giga mógł liczyć na zastrzyk gotówki wysokości 1500zł).

Faktycznie trasa była bardzo dobrze oznaczona, liczne single tracki, nawroty, przejazdy przez mostki sprawiły, że każdy czerpał przyjemność z jazdy. Dzięki temu możemy nawet wybaczyć spore niedociągnięcia organizacyjne podczas tej imprezy.

Nasi jechali dystans MEGA (30km). Łukasz miał zamiar przejechać GIGA(3 okrążenia), ale zerwanie linki tylnej przerzutki przy wjeździe na drugą pętlę sprawiło, że postanowił zakończyć ściganie po 30km. Mimo problemów technicznych udało się ukończyć wyścig, a końcowa klasyfikacja wygląda następująco:
Maciej Superson 20 OPEN / 4 w M-3
Łukasz Superson 21 OPEN / 3 w M-1

Ten weekend był dość pracowity dla naszego teamu, ale trzeba się cieszyć, że tyle żółtych koszulek zameldowało się " w blokach startowych."

Teraz głos ma Kamil, którego można dojrzeć na zdjęciu, jak się człowiek dobrze przypatrzy:)"Tegoroczna edycja Skandia Ma...
19/06/2013

Teraz głos ma Kamil, którego można dojrzeć na zdjęciu, jak się człowiek dobrze przypatrzy:)

"Tegoroczna edycja Skandia Maraton w Bytowie na szczęście, w odróżnieniu do poprzednich imprez odbyła się przy pięknej, słonecznej aurze. Po przyjechaniu na miejsce i dopełnieniu formalności (jak zwykle kolejka posuwała się naprzód niczym niedzielne kolejki w supermarkecie z jedną otwartą kasą na dziesięć) można było porozmawiać z kolegami i rozpocząć rozgrzewkę.

Po zajęciu miejsc w odpowiednich sektorach przez zawodników rozpoczęło się czekanie na start. Przeciągało się ono z powodu braku potwierdzenia zabezpieczenia dróg przez policję. Opóżnienie wyniosło około 15 minut.

Po starcie wszystkich dystansów ukazała się trasa. Była ona prosta i dość płaska, nie sprawiała trudności technicznych. Wystartowałem na dystansie Medio (63km). Po starcie mojego sektora, utrzymywałem się w czołówce. Później, po dojechaniu do zawodników z dystansu Grand Fondo straciłem rachubę i dalej jechałem jedynym słusznym sposobem, czyli "szedłem w trupa". Systematycznie przeskakiwałem do przodu. Przez ostatnie 15 km jechałem w 10-osobowej grupie.

Postawiłem sobie za cel objechanie wszystkich dzisięciu i umożliwił mi to niewielki podjazd po bruku na 2km przed metą. Zaatakowałem tak, że nim przeciwnicy się obejrzeli byłem już kilkanaście metrów przed nimi. Później był wjazd na szosę, kilka zakrętów i finisz. udało mi się uciec. Ostatecznie byłem 82 OPEN i 8 w kategorii. Wyścig zaliczam do tych pozytywnych."

---
fot. Szymon Gruchalski

Pierwsza leci relacja Wojtka. Będzie długo..."Do Bytowa docieramy z większą rezerwą niż do Otwocka, ale też w pełnej lam...
19/06/2013

Pierwsza leci relacja Wojtka. Będzie długo...

"Do Bytowa docieramy z większą rezerwą niż do Otwocka, ale też w pełnej lampie i w samochodzie bez klimy. Dobrze, że okna się otwierają. Trasa 3C - Bytów kręta i dziurawa, na dachu 3 rowery o wartości przekraczającej ze 2,5 raza wartość auta. Jakby jakiś poszedł, to byłby płacz, nerwy i "skontaktuje się z Tobą mój prawnik". Na szczęście dojechał komplet. Nie martwię się formalnościami, bo załatwił mi je Pasta z Bike Team Człuchów - dzięki!

Znów gorąco, ale przynajmniej sucho. Idę na rozruch, robię 1 asfaltowy podjazd - tu będzie się gotowało, na bank. Niezła ścianka. Zabieram w pi@%du żeli, żeby nie powtórzył się scenariusz z Krokowej, gdzie po 2h koreczki wystrzeliły. Tym bardziej, że profil trasy (umówmy się, mocno poglądowy) zapowiadał się dość fajnie.

Do sektora, wciągam żel, popijam. Dookoła niezła atmosfera, trochę festyn ale - dzieje się: dziewczyn skaczą, ludzie w oknach i przy barierkach. Poszlim! Na wspomnianej sztajfie dym robią chłopcy z RMF do spóły z Darkiem Woźniakiem. Jest ciężko - po kilku minutach mleczan czuję już pod paznokciami. Ale trzymam kitę - jeszcze. Popłynęło już paru mocnych zawodników, co dało mi do myślenia. Niepotrzebnie. Nie ma co myśleć - trzeba orać. Rolnik ze mnie słaby, to i nie poorałem dużo dłużej. Po 15 minutach plecy czołówki (RMF+Corratec+kilka osób) stawały się coraz mniejsze. I tak sobie wisiałem przez 2 kilometry, aż po cichu nie naszli mnie "indianie" (m.in. Czarek Mrozowicz, Tobiasz Kulikowski, Rafał Słomczewski, który dość mocno zmłócił mnie w Krokowej:). Dobra - można jechać.

Pierwsza runda - spacer. Z przodu głównie Tobiasz, Czarek i ja, ale nie ma się czym chwalić, bo jedziemy na prawdę wolno. Sprinty pod fotografów itp. Zmobilizować próbuje nas młodzieniaszek z Algidy (Karol). Czarek parę razy próbuje podkręcić. Nic z tego kolego - jeszcze za dużo wachy w baku:). Trasa przyjemna, ale rozczarowuje. Oprócz początkowych trudności i ostatniego podjazdu po bruku - nie wymagała niczego oprócz kręcenia pedałami (taki sport w sumie).

Na drugiej pętli robi się żwawiej. Na chwilę pokazuje się Rafał. Czasami wychodzi kolega z Piekar Śląskich. Mimo tego, robi głównie wspomniana wyżej trójka. Parę razy próbuję podkręcić przez dłuższą chwilę, ale raczej w stylu panny na wydaniu "chciałbym, ale nie za bardzo wiem czy na pewno". Dojeżdżamy do ostatniego podjazdu - teraz albo nigdy. Robię odpał. Dostaję od Tobiasza info, że mamy kwity na ten na odjazd. Poprawia Cezary. Mam skurcze wszędzie chyba oprócz lewej powieki. Przeskakuje do nas koleżka z TCC Toruń. Jedziemy wszystko. Przez chwilę myślałem, że stracimy Tobiasza, który przestrzelił rozjazd i "poszedł na grzyby" ale szybko się pozbierał.

Wjeżdżamy na asfalt. Parę kilo do mety. Prowadzi Czarek. Ja i moje skurcze na 3, kolo z TCC ostatni, ale wiem, że nie wystawi koła na kresce, bo przez cały wyścig siedział w WARSIE i nawet na chwilę nie przyszedł pokonduktorować. Wiem, że z Tobiaszem nie mam raczej szans, bo na krótkim ma znacznie lepszą nogę. Powinienem próbować zrobić długi finisz. Tylko wtedy mógłbym dostać skurczy mózgu.

Ostatni zakręt: 1. Czarek, 2. Tobiasz 3. ja. Tobiasz odpala tak, że nawet nie zdążyłem pomyśleć o tym, żeby się go złapać. Próbuję dojść Czarka, prawie go mam. Wyrzucam rower. Nic z tego. Pół koła. Z mojej zapałczanej nóżki za dużo nie wykrzesam, jak idzie ogień na 150 metrach. 15 open 7 m2. Nieważne - sprint był na prawdę fajny. Dystans wygrał Woźniak, szkoda że nie ten. Następnym razem. Do zo!"

---
fot. Szymon Gruchalski

Ostatni weekend, kolejne starty. W całej Polsce! Na obu jej krańcach - Bytów/Elbląg i Karpacz. 2 różne wyścigi, 2 różne ...
19/06/2013

Ostatni weekend, kolejne starty. W całej Polsce! Na obu jej krańcach - Bytów/Elbląg i Karpacz. 2 różne wyścigi, 2 różne filozofie ścigania, jedna część wspólna - starty naszych zawodników :-)

Karpacz obskoczyli: Gosia i Daniel. Oboje na dystansie MEGA, oboje spędzili na trasie ok 6h. Szacun - trzeba mieć jaja! :-)

Większa część udała się do Bytowa - rodzinnej miejscowości orga cyklu Skandia. Część na Medio, część na Mini. Byli tam Kamil, Marek, Janusz (z córką) Tomek, Sławek, Michał i Wojtek.

W niedzielę do Elbląga udali się: Łukasz i Maciej. Wystartowali w reaktywowanym maratonie "Bażantarnia". Trasa podobno na 5+, za rok trzeba wystawić większą reprezentację!

Wynikami nikt nie będzie Wam zaprzątał głowy, łatwo je sprawdzić w necie:-) Lepiej poczytajcie to, co mieli do powiedzenia zawodnicy...(stay tuned)

fot. Szymon Gruchalski

Sezon startowy w pełni. Co weekend coś się dzieje. Fakt, że nie zawsze blisko nas (Trójmiasta). Fakt, że nie zawsze tak ...
13/06/2013

Sezon startowy w pełni. Co weekend coś się dzieje. Fakt, że nie zawsze blisko nas (Trójmiasta). Fakt, że nie zawsze tak "spektakularnie" jak np. MTB Trophy (ekipo beskidzka, czekamy na relację:-), ale się dzieje.

W zeszłą sobotę działo się np. na Mazowszu, a szczegółowiej rzecz ujmując w Otwocku, gdzie maraton pod szyldem Mazovia MTB Marathon zorganizowała ekipa Cezarego Zamany. Pojawił się tam Wojtek Woźniak, który ścigał się na dystansie MEGA (chociaż u Zamany dystans MEGA czasowo zajmuje tyle czasu co dobre XC). Wojtek, daj głos:-)

"Jezu, jak gorąco. Na start docieram w mocnym niedoczasie, a do tego ten skwar. Szybkie ogarnięcie spraw organizacyjnych (przelew nie dotarł na czas, a jakże - dziękuję mBankowi!). Jedną ręką się przebieram, drugą montuję numer na kierowniku, a nogą "robię bidon". Chce mi się spać, a nie ścigać, dlatego ląduję na stoisku Nutrenda i wypijam jakiś szajs z kofeiną. Nie wiem po co, bo nie czuję żadnego efektu. Cóż. Dokładam 2 żele, udaję, że robię rozgrzewkę i do sektora. Na koniec, bo wpadam "za 5 dwunasta". Nieważne, bo start idzie po asfalcie (zajebiście z resztą dziurawym asfalcie) i szerokim szutrem. Na początku oczywiście jedzie spora grupa.

Fajnie zaczyna się robić, gdy na 5 minut po starcie następuje urwanie chmury i gradobicie. Co ja tu, k@$%a robię? Powinienem siedzieć w domu, w ogródku pić kawę i żreć czekoladę! Po wjeździe w teren zaczyna się trochę rwać, nic nie widzę, bo okulary zaszły błotem, którego jest tu po ośki. Kałuże takiej samej głębokości. Mam wrażenie, że gorzej niż w Krokowej. Tylko cieplej i dystans krótszy. Oksy idą do kieszeni. ZŁY POMYSŁ. Jadąc po kole dostajesz taką szprycę szlamu w oczy, że szkoda gadać. Wniosek - trzeba jechać na czubie. Plan dobry, ale za późno się wziąłem za jego realizację. Na sekcji "rollercoaster" - podjeździk/zjeździk dochodzi do małej selekcji, ja utykam gdzieś na nastym miejscu. Nie spawam. LESZCZ! Po kilku próbach zostaję w 3 osobowej grupie. Tak próbujemy gonić, chociaż to raczej łabędzi śpiew. Z przodu "cabeza de carrera" - nie wiemy kto i ile osób. Kolo z BDC (jeden z naszej goniącej trójki) ma dużą ambicję, żeby ich dojść. Nie dajemy rady. Aha, gdzieś w połowie dystansu wychodzi słońce i zaczyna się robić przyjemnie. Błoto oczywiście constans.

Staje się jasne, że zagramy we 3 o miejsce...tylko nie wiadomo do końca jakie, bo nie wiemy ile osób jedzie przed nami, a do tego kto wybierze jaki dystans (na Mazovii możesz o nim decydować także w trakcie rywalizacji - dziwne ale ok, zasady są znane, nie ma co narzekać). Dojeżdżamy razem na ostatnie kilometry, tempo trochę podkręcone, zmieniamy tylko we 2, Sebastian Hoppa raczej po kole. Na 1km przed metą Bartosz Grędziński (BDC) idzie mocno, siedzę mu na kicie, nie wiem co z Sebą bo się nie odwracam. Wjeżdżamy na stadion (tam jest start/finisz). Cały czas na kole. Bartek idzie na prawdę mocno, na zagięciu (patrz foto), ale zostawia otwartą wewnętrzna część zakrętu. Idą tam! Widzę, że się zrównujemy, wystawię mu koło. Na bank! No i....ch....Przegrywam o pół koła. Z tej podjarki nie kończyłem finiszu "w pedałach" tylko na siedząco. Jak Cancellara na Milan-San Remo. Nie wiem dla czego, nie wnikam. Z finiszu wystawiam se 2-. Nie "lacza", bo do momentu zakrętu było nieźle. Poza tym, porównując na zdjęciu poziom zapieku, to wygląda jakbym jechał wycieczkę. Ech. Spiker mówi, że finiszowaliśmy na miejscach 3/4 OPEN i 2/3 M2. No ok. Rezultat lepszy niż jazda.

Gadam chwilę jeszcze z Sebastianem, który odpuścił finisz, bo jak sam stwierdził "głównie się wiózł" i byłoby to nieeleganckie. Szapo ba, niezła postawa, nie każdego na nią stać. Spiker mówi, że znaleziono żółto-czarne okulary. Sprawdzam kieszonkę, nie ma. Po 3 minutach jestem w biurze, mówię, że po okulary. Dostaję pudło - nie ma. Pytam obsługę - "aaaa, przed chwilą ktoś zabrał". Ekstra. Znalezione, nie kradzione. Tak to my w tym kraju dobrobytu nie zbudujemy. Zimny prysznic, przebierka, dekoracja i do auta. Bez klimy, a lampa i 27C + parówa. No cóż, przynajmniej nie zostaliśmy w Wąchocku...:) Tyle, pozdro i do zobaka w Bytowie.

I jeszcze parę słów z klawiatury Łukasza Supersona:"Tegoroczna edycja Family Cup tradycyjnie upłynęła pod znakiem dezori...
03/06/2013

I jeszcze parę słów z klawiatury Łukasza Supersona:

"Tegoroczna edycja Family Cup tradycyjnie upłynęła pod znakiem dezorientacji organizatorów. Nie poznaliśmy konkretnych godzin startów poszczególnych kategorii wiekowych, a na sam koniec nastąpiła nagła zmiana i połączenie kilku kategorii w jeden wyścig. Tutaj duży minus dla organizatorów.

Na starcie swojej kategorii Orlik (19-23 lata) ustawiłem się w pierwszej linii, co miało pozwolić na bezkolizyjny wjazd na pierwszy podjazd koło restauracji "Harnaś". Widziałem wokół siebie sporo znajomych twarzy. Wiedziałem, że tego dnia ciężko będzie o wysokie miejsce, jednak od samego początku starałem się walczyć o jak najwyższą lokatę. Po pierwszym kółku jechałem na 7 miejscu, jednak brak solidnych przygotowań w okresie zimowym pokazał moje braki siłowe i ostatecznie wyścig ukończyłem na przeciętnej 9 pozycji.

Start był dobrym treningiem i sprawdzeniem swoich aktualnych możliwości. Teraz pozostaje tylko dalej budować formę i powalczyć na Skandii w Bytowie już 15 czerwca!"

Łukasz, nie pękaj, 9 to zawsze TOP 10! :-) Przytrenujesz i w Bytowie będzie lepiej. Trzeba tylko pamiętać, że Niezawodny Czesław może przygotować nam atrakcje w postaci koparki na trasie, 10 km po torach kolejowych, czy przymusowego postoju na przejazd pociągu (dobrze, że PKP ledwo zipie i mało jest połączeń lokalnych!)

fot. Piotr Pancikiewicz

Family Cup okiem i piórem Kamila Kozickiego:"XVIII edycja family cup w Sopocie jak co roku odbyła się niedaleko Opery Le...
03/06/2013

Family Cup okiem i piórem Kamila Kozickiego:

"XVIII edycja family cup w Sopocie jak co roku odbyła się niedaleko Opery Leśnej w Sopocie przy restauracji "Harnaś". Pogoda od samego rana nie sprzyjała. Zanosiło się na burzę. Deszcze w nocy sprawiły, że na trasie miejscami było dużo błota. Po przyjechaniu na miejsce wyścigu spędziłem około pół godziny w długiej kolejce w biurze zawodów. Z resztą nie pierwszy raz. Poprzednio zapisy wyglądały tak samo. Organizatorzy przez większość czasu nie podali godzin startów poszczególnych kategorii.

W ostatniej chwili organizatorzy zarządzili o fuzji kilku kategorii wiekowych. Poskutkowało to dużą liczbą zawodników na trasie, co spowodowało przepychanki i niebezpieczne wyprzedzania na zjazdach.

Jako junior starszy (17 lat) startowałem właśnie w tym najliczniejszym wyścigu. Postanowionio wypuścić moją kategorię ok. 20 sek. za Elitą (Seniorami! – przyp.red.). Po starcie z pierwszej linii rozpoczęła się walka. Poprawiłem swoją najsłabsząstronę, czyli słaby start i na początku poszedłem mocno utrzymując się w czołówce. Już na pierwszym podjeździe po okrążeniu rozbiegowym w grupie przede mną miały miejsce wywrotki, co utrudniło podjazd. Później dogoniłem zawodników z Elity(Seniorów! – przyp.red.), utrzymywałem tempo i pozycję.
Ostatecznie po 52 minutowej walce udało mi się wywalczyć 3 miejsce w swojej kategorii wiekowej. Gdyby nie kulejąca organizacja, wyścig oceniłbym na mocne 5. Niestety przez to daję 3+"

Kamil - Gratulacje! Stając na pudle rozliczasz team ze startu! :-)

fot. Piotr Pancikiewicz

Nie-tak-szybka relacja z zawodów zawodów Family Cup w Sopocie, chyba trochę na wyrost nazywanymi mistrzostwami województ...
03/06/2013

Nie-tak-szybka relacja z zawodów zawodów Family Cup w Sopocie, chyba trochę na wyrost nazywanymi mistrzostwami województwa pomorskiego amatorów :-) Amatorka pełna – jeśli chodzi o organizację. Trasa bardzo fajna, pogoda jak drut. Szybki rzut oka na wyniki – startowało 4 naszych: Kamil, Łukasz, Maciej i Wojtek. Miejsca – jedne lepsze, drugie gorsze, generalnie niezłe:

Kamil Kozicki 3 w kategorii Junior starszy
Łukasz Superson 9 w Orlikach
Wojtek Woźniak 4 w Seniorach (coś na pograniczu elity i masters)
Maciej Superson 4 w tzw. Weteranach starszych.

Nazwy niektórych kategorii tak samo zabawne jak zamieszanie przed startem – godziny startów nieznane, metoda ustawiania linii na starcie – dość interesująca. Generalnie działo się sporo. Sam wyścig został skrócony do 4 okrążeń, czyli jakichś 15 km. Dość powiedzieć, że zwycięzca kategorii Senior jechał 42 minuty. Trochę mało jak na mistrzostwa regionu – nawet, jeśli mówiomy o amatorach No ale liczy się dobra zabawa. Niedługo kilka zdań od 3 naszych „rejserów”. Stay Tuned!

Adres

Elblag

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy FLASH TEAM umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij