13/06/2013
Sezon startowy w pełni. Co weekend coś się dzieje. Fakt, że nie zawsze blisko nas (Trójmiasta). Fakt, że nie zawsze tak "spektakularnie" jak np. MTB Trophy (ekipo beskidzka, czekamy na relację:-), ale się dzieje.
W zeszłą sobotę działo się np. na Mazowszu, a szczegółowiej rzecz ujmując w Otwocku, gdzie maraton pod szyldem Mazovia MTB Marathon zorganizowała ekipa Cezarego Zamany. Pojawił się tam Wojtek Woźniak, który ścigał się na dystansie MEGA (chociaż u Zamany dystans MEGA czasowo zajmuje tyle czasu co dobre XC). Wojtek, daj głos:-)
"Jezu, jak gorąco. Na start docieram w mocnym niedoczasie, a do tego ten skwar. Szybkie ogarnięcie spraw organizacyjnych (przelew nie dotarł na czas, a jakże - dziękuję mBankowi!). Jedną ręką się przebieram, drugą montuję numer na kierowniku, a nogą "robię bidon". Chce mi się spać, a nie ścigać, dlatego ląduję na stoisku Nutrenda i wypijam jakiś szajs z kofeiną. Nie wiem po co, bo nie czuję żadnego efektu. Cóż. Dokładam 2 żele, udaję, że robię rozgrzewkę i do sektora. Na koniec, bo wpadam "za 5 dwunasta". Nieważne, bo start idzie po asfalcie (zajebiście z resztą dziurawym asfalcie) i szerokim szutrem. Na początku oczywiście jedzie spora grupa.
Fajnie zaczyna się robić, gdy na 5 minut po starcie następuje urwanie chmury i gradobicie. Co ja tu, k@$%a robię? Powinienem siedzieć w domu, w ogródku pić kawę i żreć czekoladę! Po wjeździe w teren zaczyna się trochę rwać, nic nie widzę, bo okulary zaszły błotem, którego jest tu po ośki. Kałuże takiej samej głębokości. Mam wrażenie, że gorzej niż w Krokowej. Tylko cieplej i dystans krótszy. Oksy idą do kieszeni. ZŁY POMYSŁ. Jadąc po kole dostajesz taką szprycę szlamu w oczy, że szkoda gadać. Wniosek - trzeba jechać na czubie. Plan dobry, ale za późno się wziąłem za jego realizację. Na sekcji "rollercoaster" - podjeździk/zjeździk dochodzi do małej selekcji, ja utykam gdzieś na nastym miejscu. Nie spawam. LESZCZ! Po kilku próbach zostaję w 3 osobowej grupie. Tak próbujemy gonić, chociaż to raczej łabędzi śpiew. Z przodu "cabeza de carrera" - nie wiemy kto i ile osób. Kolo z BDC (jeden z naszej goniącej trójki) ma dużą ambicję, żeby ich dojść. Nie dajemy rady. Aha, gdzieś w połowie dystansu wychodzi słońce i zaczyna się robić przyjemnie. Błoto oczywiście constans.
Staje się jasne, że zagramy we 3 o miejsce...tylko nie wiadomo do końca jakie, bo nie wiemy ile osób jedzie przed nami, a do tego kto wybierze jaki dystans (na Mazovii możesz o nim decydować także w trakcie rywalizacji - dziwne ale ok, zasady są znane, nie ma co narzekać). Dojeżdżamy razem na ostatnie kilometry, tempo trochę podkręcone, zmieniamy tylko we 2, Sebastian Hoppa raczej po kole. Na 1km przed metą Bartosz Grędziński (BDC) idzie mocno, siedzę mu na kicie, nie wiem co z Sebą bo się nie odwracam. Wjeżdżamy na stadion (tam jest start/finisz). Cały czas na kole. Bartek idzie na prawdę mocno, na zagięciu (patrz foto), ale zostawia otwartą wewnętrzna część zakrętu. Idą tam! Widzę, że się zrównujemy, wystawię mu koło. Na bank! No i....ch....Przegrywam o pół koła. Z tej podjarki nie kończyłem finiszu "w pedałach" tylko na siedząco. Jak Cancellara na Milan-San Remo. Nie wiem dla czego, nie wnikam. Z finiszu wystawiam se 2-. Nie "lacza", bo do momentu zakrętu było nieźle. Poza tym, porównując na zdjęciu poziom zapieku, to wygląda jakbym jechał wycieczkę. Ech. Spiker mówi, że finiszowaliśmy na miejscach 3/4 OPEN i 2/3 M2. No ok. Rezultat lepszy niż jazda.
Gadam chwilę jeszcze z Sebastianem, który odpuścił finisz, bo jak sam stwierdził "głównie się wiózł" i byłoby to nieeleganckie. Szapo ba, niezła postawa, nie każdego na nią stać. Spiker mówi, że znaleziono żółto-czarne okulary. Sprawdzam kieszonkę, nie ma. Po 3 minutach jestem w biurze, mówię, że po okulary. Dostaję pudło - nie ma. Pytam obsługę - "aaaa, przed chwilą ktoś zabrał". Ekstra. Znalezione, nie kradzione. Tak to my w tym kraju dobrobytu nie zbudujemy. Zimny prysznic, przebierka, dekoracja i do auta. Bez klimy, a lampa i 27C + parówa. No cóż, przynajmniej nie zostaliśmy w Wąchocku...:) Tyle, pozdro i do zobaka w Bytowie.