21/11/2025
Rok temu Zasada-Chruścińska przyszła do mnie z takim spokojnym, ale mocnym zdaniem:
„Chcę spróbować jeszcze raz. Pierwsza próba się nie udała, ale ja dalej to czuję.”
Chodziło o wielkie wyzwanie — wjechać rowerem w Himalaje na wysokość ponad pięciu tysięcy metrów, na przełęcz Thorong La (5460 m n.p.m.) na trasie Annapurna Circuit. Taki cel, przy którym nawet twardziele robią krótką pauzę i w myślach sprawdzają, czy mają wszystkie śrubki dokręcone. 😄
Jak wyglądała nasza droga?
Od początku wiedzieliśmy, że to nie będzie „ładna tabelka z planem i samo się zrobi”. To było ustawienie całego życia pod jeden punkt na mapie.
Pracowaliśmy systematycznie: budowa bazy tlenowej, siły pod długie podjazdy, odporności na zmęczenie, ale też głowy. Bo wysokość zabiera nie tylko powietrze — zabiera komfort, pewność i czasem sens.
Były tygodnie, kiedy szło jak po sznurku.
I były takie, kiedy Kasia pisała:
„Krzysiek, dziś nie mam siły nawet patrzeć na rower.”
Wtedy moja rola była prosta: nie pozwolić jej zapomnieć, po co to robi.
Nie na siłę, nie motywacją z memów. Tylko spokojnym:
„Dobra, to dziś odpocznij. Ale jutro robimy swoje. Bo ty to masz.”
Moment zwątpienia? Był. I to nie jeden.
Najtrudniejsze w takich projektach jest to, że wątpliwości przychodzą… zupełnie normalnie.
Raz przez zmęczenie.
Raz przez strach: „czy organizm wytrzyma na tej wysokości?”
Raz przez zwykłe życie: praca, dom, rodzina, obowiązki.
Kasia nie trenowała w próżni. Trenowała między obowiązkami, czasem wciskając jednostki jak Tetris na ostatnim poziomie. Bywało, że trzeba było wybierać: trening czy sen? trening czy czas z bliskimi?
I to jest prawda, o której rzadko mówi się w postach z pięknymi widokami.
Były momenty, kiedy ciężko to było pogodzić.
I właśnie wtedy najbardziej rosła jej siła — nie ta w nogach, tylko ta w środku.
A potem przyszła wyprawa.
Dharapani, 1800 m n.p.m., klasyczny kierunek wokół Annapurny.
Kasia mówiła, że już na dole wiedziała: „to jest ta próba, która się uda.”
Po drodze kamienie, błoto, prowadzenie roweru…
A w górnych partiach huraganowy wiatr i ten moment, który zostaje w głowie na zawsze:
pięć godzin z rowerem na plecach.
Nie pięć minut heroizmu. Pięć godzin twardej roboty, krok po kroku, w rzadszym powietrzu, z myślą: „idę dalej.”
I poszła.
Do Thorong La — 5460 m n.p.m.
Tam, gdzie człowiek czuje już nie tylko wysokość, ale i to, ile kosztowało dojście.
Co jest w tym dla nas wszystkich?
To historia o tym, że porażka nie musi być końcem. Czasem jest pierwszym treningiem do zwycięstwa.
Kasia wróciła po nieudanej próbie nie dlatego, że musiała coś udowadniać światu.
Tylko dlatego, że chciała dokończyć własną opowieść.
Ja mogłem w nią wierzyć od początku — to była moja robota.
Ale najważniejsze jest to, że ona w końcu uwierzyła w siebie tak samo mocno.
Kasia — szacunek. Za serce, za konsekwencję i za to, że zrobiłaś coś, co zostaje w człowieku na całe życie.
I dzięki, że mogłem być częścią tej drogi.