09/10/2017
20171008 Operacja ZACHEM
WPIS 1
Wakacje, wakacje, wakacje. Ile drinków można wypić nad węgierskim morzem... Skoro każdy z nas odczuwał madziarską bryzę - to znaczy, że wiele. Ol inkluziw też się kiedyś kończy, więc trzeba było wziąć się do roboty. W tym tygodniu płacili za likwidację jakieś siatki, czy komórki chemicznej... "Bagieta z masłem" - myślę - zagubione fanty się pozbiera, a płacą jak za prezydenta!
WPIS 3
Dojeżdżamy na miejsce, a tam festyn rozstawiony jak na otwarciu fokarium u Nejwi Silsów. W tym momencie do moich uszu dochodzi krzyk starego Hajzera: "ZONK!" (ale nie tak na prawdę, tylko sobie to wyobraziłem). Okazało się, że trzeba walczyć z jakimiś Indianami. Hajzer dodał: "WTF?", ale to już ten młodszy. Później przewieźli nas do jakiejś szkoły, był jakiś kapitan, coś mówił... nie pamiętam do końca co. Chyba jeszcze mnie trzymało po "Klątwie Debreczyna". W gruncie rzeczy sympatyczny gościu, opowiadał legendy o niebieskich zwojach i że tylko nieliczni mogą je odczytać. Pewnie jacyś lokalni czarodzieje... szkoda, że nie było z nami Gandalfa.
WPIS 8
Film mi się trochę urwał, ale nagle ni stąd, ni zowąd DYRYRYYYYY - jakiś klakson, jakaś syrena - jak podczas nalotu! I BINGO! Ocknąłem się na lotnisku. Kulki zasnuły peryferia mojego widzenia. Ze wschodu nacierały wrogie hordy (jak ze wschodu to wiadomo - czerwoni). Bohatersko przełamaliśmy natarcie i pożegnaliśmy najeźdźców, odsyłając ich z kwitkiem. Tym kwitkiem był bilet w jedną stronę, na trasie Lotnisko - GejmOłwer. Potem to już był lajcik, dostaliśmy reklamówkę wypchaną hajsem i MYK z powrotem na węgierskie muszelki.