07/07/2026
Ała kamyczki
Parę dni temu był u nas kowal. Nowy, muszę nadmienić. I, jak zwykle przy nowym kowalu, musiał wystrugać za bardzo :( Nie umiem sobie z tym poradzić - Fąfel ma cienką podeszwę, kopyta rosną mu wolno i po każdej wizycie kowala maca na kamieniach… Tym razem przetrzymałam konia prawie 5 MIESIĘCY bez strugania, a kowal powiedział, że koń wygląda jakby był strugany 6 tygodni temu…
Ale wracając do opowieści - dziś w planie była duża pętla w dalszym lesie. Trasę zaczynamy ogromną, przepiękną łąką, która schodzi w dół i kończy się betonowym mostkiem nad strumyczkiem. Do tej pory w tym miejscu zawsze przeprowadzałam Fąfla w ręce, ale dziś przeszliśmy wierzchem bez żadnego problemu. Duma! (nr 1, bo dum będzie dziś więcej ;))
Przejeżdżamy przez mini-lasek. Za nim jest ruchliwa droga, więc zsiadam i przemykamy ten odcinek prędziutko. Jesteśmy w lesie nr 1 (tak, ten “mini” się nie liczy, sorry lasku). Korzystam z okazji i poprawiam siodło. Zleciało się much, Fąfel się kręci, nawraca do domu, nie pozwala się dosiąść. Wrr! Wkurzyłam się. Dobra, wsiadłam. Myślę sobie: “Czyżby dziś był teren z serii bardziej DRAMAT??”.
Przed nami górki i dołki. Nawet ciężko pokłusować, bo ślisko. Zaraz będziemy przy bagno-strumyczku, którego jeszcze nigdy nie udało mi się pokonać wierzchem w tę stronę. Dodatkowo, zaraz przed nim leży od maja martwa łasica… ostatnio mega śmierdziała, więc ja się nie dziwię, że Fąfel ma obiekcje. Ku mojemu zdziwieniu truchło zniknęło, a Fąfel przeszedł strumyczek bez wahania. Duma nr 2.
Maszerujemy w kierunku asfaltowej leśnej drogi. Tam lecimy kłusem - tak, jestem z tych, co kłusują po asfalcie.
Zaraz jest odbicie i dłuuuga ścieżka wzdłuż głównego traktu. No to dalej kłus. Ale o matko! Jak mi się zaczął Fąfel potykać, utykać, kuleć. Połączyły mi się kropki: KOWAL. No to trasę zrobimy dwa razy dłużej, a na kamykach będzie płacz…
No i właśnie, dojeżdżamy do skrzyżowania, gdzie należy skręcić w drogę na kamyczki. Mam serce dla swojego konia, więc poszliśmy poboczami i jakoś sobie poradziliśmy.
Dalej ścieżka jest bardzo fajna - lekko w górę, lekko w dół, spokojnie można by polecieć szybciej, ale nie byłam pewna trasy. Na szczęście trafiłam - koło myśliwskiej ambony jest zeskok w dół (tak tak, duma nr 3), wyjście z lasu i długa stroma łąka w dół, aż do ulicy. Jest tu jeszcze drewniany mostek - niby solidny, skoro przejeżdżają po nim auta, ale jednak budzi obawy. Bezpodstawne - duma nr 4.
Wjechaliśmy do dalszego lasu, nad urocze jeziorko. Wszystko fajnie, tylko ścieżka prowadzi małym wąskim drewnianym mostkiem pieszym. Poszliśmy więc dookoła. Jakoś przez ten strumyczek przeskoczyliśmy (tym razem z ręki, nie będzie to teren na 100% dumy). A ścieżka - rozczarowanie! Takie kamolce wysypane, że aż żal.
W pewnym momencie dało się jednak odbić w boczną drogę. Nooo, ta była rewelacyjna - poszliśmy galopem! Ścieżka była nieco kręta, w górę i w dół, z gałęziami walącymi w twarz, ale byłam tak spragniona galopu, że banan nie schodził mi z twarzy.
Ścieżka skończyła się nagle i brutalnie. Moja trasa łączyła się ze ścieżką rowerową (tak, kamienistą). Zsiadłam więc, odciążając biedne kopytka Fąfla i skończyliśmy tę pętle z buta. Doczłapaliśmy do jeziorka i skierowaliśmy się z powrotem do lasu nr 1.
Kierunek “dom” jest o tyle fajny, że droga znajduje się sama ;) Po wskoczeniu na uskok koło ambony zaproponowałam galop. Ale to było fajne! Zatrzymały nas dopiero kamienie. Ale moment moment - ten las nie jest aż tak trudny, żeby się w nim zgubić! Poszliśmy zatem skrótem przez las, na dziko i to była super decyzja.
Końcówka lasu nr 1 zawsze jest szybka. Stępem, ale szybka. Fąfel wrzuca takie tempo, że w głowie słyszę głos naszej pani weterynarz: “Piękna praca grzbietu!” i uśmiecham się w duchu.
Przechodzimy przez strumyczek z martwą łasicą - bez mrugnięcia of course. I w tej chwili coś za nami strzeliło! Nie wiem, co to było - czy to była gałąź, czy coś odwinęło Fąflowi w zad, czy po prostu jakieś zwierze w krzakach… ale Fąfel ruszył spłoszony przed siebie, z zadem nisko, w lekkiej panice. Ja też się wystraszyłam. Wróciły wszystkie moje demony… “Wybryka mnie - pomyślałam - Zostawi tu w lesie i popędzi w amoku do stajni - czyli jednak DRAMAT”. Nic takiego się nie stało. Oprzytomniałam po kilku foule’ach galopu, ściągnęłam Fąfla za jedną wodzę i zatrzymałam. Serce biło mi jak oszalałe, ale koń zatrzymał się posłusznie i jakby nigdy nic poszliśmy dalej. Chyba powinnam napisać “Duma nr 5”, ale to było wyróżnienie poza konkursem.
Z milionem myśli w głowie, idziemy dalej. Ulica, mini-lasek, super łąka. Jesteśmy w stajni. Zmęczona, dumna, wdzięczna.