12/05/2026
Epika hippika dramat
Wracam do mojej ulubionej literackiej formy wyrazu, czyli opowieści z terenów. 2 tygodnie temu zrobiłam długo odwlekaną traskę do Puszczy, która aż prosi się o emocjonalno-fabularny komentarz. Zapraszam!
Wytyczyłam inną trasę niż ostatnio. Jakoś zniechęcała mnie wizja jechania tym samym asfaltem, z którym zbliżyłam się tak mocno kilka miesięcy temu. Zresztą postanowiłam dm***ać na zimne i jednak co bardziej ruchliwymi drogami prowadzić konia w ręku. Ot, taki instynkt samozachowawczy.
Zaczęliśmy w siodle. O 8 rano w środę nie ma zbyt dużego ruchu drogowego. Nawet konie sąsiadów jeszcze nie wyszły z boksów, więc czmychnęliśmy z Fąflem obok ich pastwiska bez wywoływania niepotrzebnych emocji. Ścieżka ta jest piękna, trawiasta, więc popędziliśmy kłusem aż do samej (ruchliwej) drogi. Tam zsiadka i przeprawa na drugą stronę w ręku.
I zaczął się asfalt. Mijanie psów, sporadyczne “dzień dobry” do zaskoczonych mieszkańców i lepsze lub gorsze bycie wyprzedzanym przez auta. Szło się przyjemnie, aczkolwiek szybko. Po ostatnich zabiegach weterynaryjno-igłowych Fąfel dostał takiej lekkości, takiego speeda i wykroku, że serce mi rosło, ale płuca wypluwałam.
Po chwili takiego turbo-spacerku dotarliśmy do estakady nad autostradą. Taaak, trzeba było nią przejść. Tak jak wspomniałam, ruch był niewielki, więc poszliśmy odważnie. ALE, jak można było się spodziewać, AKURAT WTEDY, kiedy szliśmy estakadą, pojawiły się: laweta, ciężarówka z furkoczącą paką, bus i jeszcze tylko kombajnu brakowało. Przypomnę, że ja już zlana potem od tempa, z kolką z braku kondycji, a tu jeszcze trzeba opanować konia, w którym obudził się ogier arabski - biegał wokół mnie, ogon w górze, kierowcy spanikowani… Naprawdę czekałam, aż któryś mnie niegrzecznie upomni, gdzie jest moje miejsce z takim dzikim zwierzem. Chciałam zawrócić. Trudno - głupi to był pomysł, mam dość. Ale szybko powiedziałam sobie, że to jest najgorszy odcinek i dalej będzie tylko lepiej. Poza tym specjalnie wzięłam urlop, żeby zrobić tę wycieczkę… Poszliśmy dalej.
Kiedy wyjechaliśmy wreszcie na łąki, wróciłam w siodło. Dalej już zaraz była puszcza. Fąfel bardzo chętnie szedł, czy stępem, czy kłusem, ale uwaga: ścięte pnie drzew to była jakaś zmora. Już nie pierwszy raz zauważyłam, że intrygują Fąfla. Potrafi się zatrzymać z galopu, żeby obejrzeć xD
Było przepięknie, zielono, cicho. Robiłam masę zdjęć i filmików. Pomyślałam o moich (głównie niekońskich) znajomych, którzy zawsze lajkują i komentują moje relacje. Słyszę od nich: “Ojej, ale masz fajnie, jaki lajcik, jakie odpoczywanie na łonie natury”. A ja śmieję się w duchu, bo to jest klasyczny przykład tego obecnego trendu pt. “Co widzisz ty, a co widzę ja”. Bo ja jadę sobie kłusem i mam w głowie: “niżej anglezuj, bo jak się spłoszy to się nie zabierzesz… naciskaj na strzemiona… gdzie się tam gapisz koniu?!... czy to ślady dzików??... o, pieniek xD
Aż tu nagle moim oczom ukazała się piękna leśna dróżka do galopu - zielona, przy szkółce leśnej - lecimy! Szybko, szybko, coraz szybciej - cały Fąfel. Ale wyhamowaliśmy. Weterynarz kazała galopować w terenie, więc zaraz znaleźliśmy kolejną dróżkę - tym razem bez speedowania - idealny galop! Ja już mogłam wracać, ja już byłam szczęśliwa, nie chciałam tego zepsuć xD
W sumie przejechanie 8 kilometrowego szlaku w puszczy zajęło nam około godziny. Na powrocie zrobiliśmy jeszcze kilka galopów między łąkami, ale tu Fąfel już czuł drogę do domu, już nie był grzeczny…
Do domu wróciliśmy prawie tą samą trasą (z buta). Tym razem mieliśmy szczęście przechodząc przez estakadę - była pusta. Końcówkę poszliśmy łąką zamiast długim asfaltem (pod górę). Muszę przyznać, że to wybitne tempo Fąfla (które oczywiście niezmiernie mnie cieszy) zmęczyło mnie tak bardzo, że z wdzięcznością wdrapałam mu się na grzbiet na ten ostatni łąkowy odcinek.
I to już koniec. Jestem mega ciekawa, czy ktoś to czyta do końca xD Ja w każdym razie, pisząc, bawię się świetnie! Do zobaczenia w terenie!