14/04/2021
23. Antipaksos i Parga.
Antipaksos to maleńka wysepka położona ok.3 km na południe od Paksos. Jej powierzenia wynosi 4,1 km kw. a liczba mieszkańców to całe 20 antipaksosańczyków. Kilkadziesiąt zabudowań mówi, że 20 to wyspiarze stale zamieszkali lub deklarujący takie zamieszkanie a reszta obywateli przebywa w swoich włościach czasowo. Jeden maleńki kościółek, chyba dwie wille oferujące noclegi i dwa przybytki dla nakarmienia głodnych gości wyczerpują całą infrastrukturę wyspy. Jeszcze jest latarnia morska i jeden porcik jako morskie wyposażenie Antipaksos. Są tu niewielkie plantacje winogron, z których wyrabia się lokalne wino pewnie podawane w tutejszych dwóch lokalach. Największymi atrakcjami jednak są cudownej czystości zatoki o szmaragdowej wodzie, plaże i nadbrzeżne formy skalne.
Tine najpierw opłynęła całe wschodnie wybrzeże wyspy zaglądając do każdej zatoki. Kotwica została rzucona w pobliżu najsłynniejszej plaży umieszczonej we wszystkich przewodnikach. Do tego miejsca małe stateczki i motorówki przywożą turystów z Paksos, Pargi a może i z innych miejsc. Zostają tu na kilkugodzinne nurkowanie, pływanie i plażowanie. Niestety, dziś nieczynne są obydwa bary. Wsiadają do dinghy i płyną do mini porciku. Jest bardzo płytki i dlatego tylko jednostki z niewielkim zanurzeniem mogą dobić do betonowego nabrzeża w kształcie litery „L”. Z porciku prowadzą dwie drogi. Jedną można dotrzeć do kościółka, barów i plaży a drugą okrężną drogą do tych samych punktów i do południowego końca wyspy gdzie stoi latarnia morska. Obie prowadzą mocno pod górę. Mijają kilka zabudowań w zwiększającym się upale. Szutrowa droga ocieniona jest niezbyt częstymi drzewami. Po dotarciu do skrzyżowania z dwiema drewnianymi tabliczkami umocowanymi na drzewie uznali, że wystarczy już tego poznawania wyspy i czas wrócić na morze. Może uda się im dotrzeć na ląd w miejscu znanej plaży. Gdy opuścili małą, zaciszną zatokę, w której kryje się porcik okazało się, że morze w tym czasie nie próżnowało i ze spokojnej i przyjaznej wody rozpoczęło produkcję fal. Im bliżej plaży, tym fale robią się coraz większe. Dinghy skacze coraz bardziej po falach i lądowanie byłoby bardzo trudne a powrót przez przybój prawie niemożliwy. Wracają na jacht. Z daleka widać jak nurza się w amplitudzie fal. Dziób podskakuje na nieprawdopodobną wysokość aby za chwilę być zupełnie niewidocznym z poziomu dinghy. Wszystkie inne kotwiczące tu jednostki zniknęły. Został tylko jeden jacht, Tine. Podpłynęli pod drabinkę, która co kilka sekund zmienia swoje pionowe położenie o ponad metr. Dinghy robi to samo ale w innym, przeciwnym rytmie. Trzeba wykonać precyzyjny i błyskawiczny krok aby znaleźć się na drabince oraz natychmiast wejść wyżej aby skacząca, ciężka dinghy nie urwała stopy uwięzionej miedzy szczeblami drabinki.
Udało się bez uszczerbku dla zdrowia. Wiatr spycha jacht na pobliskie skały. Za krótko wypuszczony łańcuch kotwicy nie trzyma dobrze na piaszczystym podłożu. Trzeba szybko uruchomić silnik. Nie zaskakuje za pierwszym razem. Następne próby nie dają rezultatu. O co chodzi? Może rozłączyły się przewody prowadzące do rozrusznika? Otwierają obudowę silnika. Rozrusznik lekko porusza się na śrubach mocujących go do kadłuba silnika. Jaro dopycha go mocno ręką. Zapalił. Teraz błyskawicznie wyciągają kotwicę powoli płynąc w jej kierunku. Uff!!! Do skały pozostało z 10 metrów! Cała naprzód! Kierunek - Parga.
Parga to piękne, około dwutysięczne miasto położone na lądzie między Igumenitsą a Prewezą. Po kilku godzinach rzucili kotwicę w dużej zatoce gdzie stoi już kilka jachtów. Tu wiatr tak nie szaleje i mogą trochę odpocząć od wrażeń. Kotwicowisko jest bardzo obszerne. W północnej części jest mały port zapełniony po brzegi pływadłami różnej maści. Od strony lądu jest olbrzymia plaża na której wypoczywa wielu plażowiczów. Kilka ośrodków wypoczynkowych ustawiło swoje własne leżaki w geometrycznym porządku. Plażę od południa zamyka spory cypel skalny, na którym można podziwiać ruiny zabytkowego, weneckiego zamku. Za cyplem otwiera się zapierający dech widok miasta i grupki malutkich wysepek.
Podpłynęli do betonowej płyty na której jest kilka metalowych uch do przymocowania łódki. Stąd, po drewnianej kładce wchodzi się na mur oddzielający miejską promenadę od wielkich głazów ułożonych aby chronić miasteczko od morskich fal. Z murku na poziom promenady można zejść schodkami. Wzdłuż brzegu ciągną się nieskończenie restauracje i bary. Od czasu do czasu, między nimi można znaleźć sklepy z pamiątkami. W środku deptaka wystaje w morze pirs, do którego cumują statki wycieczkowe. Za nim jest skromna żwirowa plaża z prysznicami. Z plaży można przejść na niewielką wysepkę nie zanurzając głowy. To jest około kilkadziesiąt metrów. Na malowniczej wysepce Panagia jest kapliczka i runy umocnień z czasów Napoleona.
Położenie miasta i piękna architektura powoduje chęć pozostania tu na dłużej niż każdy z przybyszy wcześniej planował. Rekonesans przeprowadzony przez załogę Tine dał wynik bardziej niż pozytywny. Będą mogli wybierać między mnóstwem wyspecjalizowanych jadłodajni, w tym najwyżej cenionych lodziarni. Za pierwszym frontem reprezentacyjnych budynków znajduje się uliczka, w której również uśmiechnięta obsługa serdecznie zaprasza do swoich miejsc karmienia turystów w wyrafinowany sposób.
Wieczorem odezwał się Stan. Stan jest żeglarzem, z którym wiele lat temu Al pływał po Chorwackich wodach i przedeptał wiele miejsc w tym kraju na stałym lądzie i wielu wyspach. Umawiali się wcześniej na jakąś część wspólnego pływania i nadszedł czas na realizację tego zadania. Przyleci za chwilę na Korfu i będzie czekał w miasteczku pod tytułem Kavos położonym na południowym krańcu wyspy.
Następny dzień jest tak samo słoneczny jak poprzedni. Może nie jest to bardzo dziwne ale lepiej będzie ten fakt sobie uzmysłowić i zapamiętać. Ruszyli do zwiedzania najbliższych okolic. Najpierw za pomocą dinghy opłynęli spore kotwicowisko i mały port gdzie trwa nauka pływania na deskach z wiosłem. Póżniej zdobyli pociągającą wysepkę Panagia. Jest tak mała, że wystarczy kilkanaście minut aby być w jej wszystkich miejscach. Za nią wystają z wody jeszcze dwie miniaturki wysepek. One są całkowicie nie do zdobycia, bo ich ściany pną się pionowo w górę. Przyszedł czas na wejście na cypel gdzie czekają na sfotografowanie ruiny zamku z czasów panowania weneckich władców. Schody prowadzące na górę są bardzo wyczerpujące i szczelnie zabudowane po ich obu stronach sklepami i budynkami mieszkalnymi. Ci, którzy tu codziennie muszą wchodzić mogą śmiało nazywać się góralami. Po osiągnięciu dziedzińca zabytkowej budowli każdego śmiałka czeka nagroda w postaci niewielkiej restauracji. Można uzupełnić płyny, lekko przekąsić a nawet zjeść lody. Na samym szczycie pozostały mury, wiele nie zawalonych jeszcze pomieszczeń, stare armaty i dumnie zatknięta flaga Grecji. Stąd są niezwykle piękne widoki na Pargę i morze. Widać też odległą, mikro-wysepkę, której całą powierzchnię zajmuje niewielka kapliczka.
Po wyczerpującym zwiedzaniu atrakcji turystycznych nadszedł czas na wieczorne atrakcje kulinarno-artystyczne. Tłum turystów już okupuje większość miejsc przy stolikach. Stali bywalcy znają już swoje ulubione miejsca. Al i Jaro dopiero odkrywają miejsca godne uwagi. Jedna z naleśnikarni i lodziarnia ma już swoje miejsce na mapie punktów gastronomicznych. Teraz przyszła kolej na wyszukanie dobrego miejsca, które zaspokoi głód i gust muzyczny. Kilka lokali proponuje bowiem muzykę na żywo do konsumpcji. To jest właśnie coś, co z entuzjazmem akceptują polscy żeglarze.
Podczas wyśmienitej kolacji postanowili zwiedzić kawałek greckiego lądu skoro już na nim są.
Rankiem w jednej z wypożyczalni wynajęli Fiata z automatyczną skrzynią biegów. Plan wycieczki polegał na tym, że go nie było. W oddali widoczne są sporej wielkości góry. Na pewno stamtąd będzie dobry widok na morze i wyspy. Dotarli do niewielkiej, uśpionej wioski w której rzeczywiście największą atrakcją były niesamowite widoki. Dalsza włóczęga serpentynami po górach o wysokości powyżej 1300 m dostarczyła wiele emocji. Wioski bardzo oddalone od turystycznego blichtru dają prawdziwy obraz życia greków, którym nie dane było skorzystać z dobrobytu miejscowości nadmorskich.
Przekraczając jedną z rzek skręcili w boczną drogę prowadzącą wzdłuż wodnej wstęgi. Niebawem dotarli do ciekawego punktu, w którym można wypocząć w pokojach, zjeść i spłynąć pontonami. Rzeka Acheron ma 52 km długości i wpada do morza niedaleko Pargi. Górska woda jest krystalicznej czystości i o mroźnej temperaturze. Idąc pod prąd rzeka zwęża się i mieści między wysokimi ścianami wąwozu. Dalej są wodospady, do których już nie dotarli ale w ramach rekompensaty zamówili kawę i niezwykle słodką baklawę z czego ucieszyły się również okoliczne osy. Powrót nastąpił już po zachodzie słońca. Odpoczynek na lekko kołyszącym się jachcie zawsze jest jak plaster miodu na serce.
23. Antipaksos i Parga.
Antipaksos to maleńka wysepka położona ok.3 km na południe od Paksos. Jej powierzenia wynosi 4,1 km kw. a liczba mieszkańców to całe 20 antipaksosańczyków. Kilkadziesiąt zabudowań mówi, że 20 to wyspiarze stale zamieszkali lub deklarujący takie zamieszkanie a reszta obywateli przebywa w swoich włościach czasowo. Jeden maleńki kościółek, chyba dwie wille oferujące noclegi i dwa przybytki dla nakarmienia głodnych gości wyczerpują całą infrastrukturę wyspy. Jeszcze jest latarnia morska i jeden porcik jako morskie wyposażenie Antipaksos. Są tu niewielkie plantacje winogron, z których wyrabia się lokalne wino pewnie podawane w tutejszych dwóch lokalach. Największymi atrakcjami jednak są cudownej czystości zatoki o szmaragdowej wodzie, plaże i nadbrzeżne formy skalne.
Tine najpierw opłynęła całe wschodnie wybrzeże wyspy zaglądając do każdej zatoki. Kotwica została rzucona w pobliżu najsłynniejszej plaży umieszczonej we wszystkich przewodnikach. Do tego miejsca małe stateczki i motorówki przywożą turystów z Paksos, Pargi a może i z innych miejsc. Zostają tu na kilkugodzinne nurkowanie, pływanie i plażowanie. Niestety, dziś nieczynne są obydwa bary. Wsiadają do dinghy i płyną do mini porciku. Jest bardzo płytki i dlatego tylko jednostki z niewielkim zanurzeniem mogą dobić do betonowego nabrzeża w kształcie litery „L”. Z porciku prowadzą dwie drogi. Jedną można dotrzeć do kościółka, barów i plaży a drugą okrężną drogą do tych samych punktów i do południowego końca wyspy gdzie stoi latarnia morska. Obie prowadzą mocno pod górę. Mijają kilka zabudowań w zwiększającym się upale. Szutrowa droga ocieniona jest niezbyt częstymi drzewami. Po dotarciu do skrzyżowania z dwiema drewnianymi tabliczkami umocowanymi na drzewie uznali, że wystarczy już tego poznawania wyspy i czas wrócić na morze. Może uda się im dotrzeć na ląd w miejscu znanej plaży. Gdy opuścili małą, zaciszną zatokę, w której kryje się porcik okazało się, że morze w tym czasie nie próżnowało i ze spokojnej i przyjaznej wody rozpoczęło produkcję fal. Im bliżej plaży, tym fale robią się coraz większe. Dinghy skacze coraz bardziej po falach i lądowanie byłoby bardzo trudne a powrót przez przybój prawie niemożliwy. Wracają na jacht. Z daleka widać jak nurza się w amplitudzie fal. Dziób podskakuje na nieprawdopodobną wysokość aby za chwilę być zupełnie niewidocznym z poziomu dinghy. Wszystkie inne kotwiczące tu jednostki zniknęły. Został tylko jeden jacht, Tine. Podpłynęli pod drabinkę, która co kilka sekund zmienia swoje pionowe położenie o ponad metr. Dinghy robi to samo ale w innym, przeciwnym rytmie. Trzeba wykonać precyzyjny i błyskawiczny krok aby znaleźć się na drabince oraz natychmiast wejść wyżej aby skacząca, ciężka dinghy nie urwała stopy uwięzionej miedzy szczeblami drabinki.
Udało się bez uszczerbku dla zdrowia. Wiatr spycha jacht na pobliskie skały. Za krótko wypuszczony łańcuch kotwicy nie trzyma dobrze na piaszczystym podłożu. Trzeba szybko uruchomić silnik. Nie zaskakuje za pierwszym razem. Następne próby nie dają rezultatu. O co chodzi? Może rozłączyły się przewody prowadzące do rozrusznika? Otwierają obudowę silnika. Rozrusznik lekko porusza się na śrubach mocujących go do kadłuba silnika. Jaro dopycha go mocno ręką. Zapalił. Teraz błyskawicznie wyciągają kotwicę powoli płynąc w jej kierunku. Uff!!! Do skały pozostało z 10 metrów! Cała naprzód! Kierunek - Parga.
Parga to piękne, około dwutysięczne miasto położone na lądzie między Igumenitsą a Prewezą. Po kilku godzinach rzucili kotwicę w dużej zatoce gdzie stoi już kilka jachtów. Tu wiatr tak nie szaleje i mogą trochę odpocząć od wrażeń. Kotwicowisko jest bardzo obszerne. W północnej części jest mały port zapełniony po brzegi pływadłami różnej maści. Od strony lądu jest olbrzymia plaża na której wypoczywa wielu plażowiczów. Kilka ośrodków wypoczynkowych ustawiło swoje własne leżaki w geometrycznym porządku. Plażę od południa zamyka spory cypel skalny, na którym można podziwiać ruiny zabytkowego, weneckiego zamku. Za cyplem otwiera się zapierający dech widok miasta i grupki malutkich wysepek.
Podpłynęli do betonowej płyty na której jest kilka metalowych uch do przymocowania łódki. Stąd, po drewnianej kładce wchodzi się na mur oddzielający miejską promenadę od wielkich głazów ułożonych aby chronić miasteczko od morskich fal. Z murku na poziom promenady można zejść schodkami. Wzdłuż brzegu ciągną się nieskończenie restauracje i bary. Od czasu do czasu, między nimi można znaleźć sklepy z pamiątkami. W środku deptaka wystaje w morze pirs, do którego cumują statki wycieczkowe. Za nim jest skromna żwirowa plaża z prysznicami. Z plaży można przejść na niewielką wysepkę nie zanurzając głowy. To jest około kilkadziesiąt metrów. Na malowniczej wysepce Panagia jest kapliczka i runy umocnień z czasów Napoleona.
Położenie miasta i piękna architektura powoduje chęć pozostania tu na dłużej niż każdy z przybyszy wcześniej planował. Rekonesans przeprowadzony przez załogę Tine dał wynik bardziej niż pozytywny. Będą mogli wybierać między mnóstwem wyspecjalizowanych jadłodajni, w tym najwyżej cenionych lodziarni. Za pierwszym frontem reprezentacyjnych budynków znajduje się uliczka, w której również uśmiechnięta obsługa serdecznie zaprasza do swoich miejsc karmienia turystów w wyrafinowany sposób.
Wieczorem odezwał się Stan. Stan jest żeglarzem, z którym wiele lat temu Al pływał po Chorwackich wodach i przedeptał wiele miejsc w tym kraju na stałym lądzie i wielu wyspach. Umawiali się wcześniej na jakąś część wspólnego pływania i nadszedł czas na realizację tego zadania. Przyleci za chwilę na Korfu i będzie czekał w miasteczku pod tytułem Kavos położonym na południowym krańcu wyspy.
Następny dzień jest tak samo słoneczny jak poprzedni. Może nie jest to bardzo dziwne ale lepiej będzie ten fakt sobie uzmysłowić i zapamiętać. Ruszyli do zwiedzania najbliższych okolic. Najpierw za pomocą dinghy opłynęli spore kotwicowisko i mały port gdzie trwa nauka pływania na deskach z wiosłem. Póżniej zdobyli pociągającą wysepkę Panagia. Jest tak mała, że wystarczy kilkanaście minut aby być w jej wszystkich miejscach. Za nią wystają z wody jeszcze dwie miniaturki wysepek. One są całkowicie nie do zdobycia, bo ich ściany pną się pionowo w górę. Przyszedł czas na wejście na cypel gdzie czekają na sfotografowanie ruiny zamku z czasów panowania weneckich władców. Schody prowadzące na górę są bardzo wyczerpujące i szczelnie zabudowane po ich obu stronach sklepami i budynkami mieszkalnymi. Ci, którzy tu codziennie muszą wchodzić mogą śmiało nazywać się góralami. Po osiągnięciu dziedzińca zabytkowej budowli każdego śmiałka czeka nagroda w postaci niewielkiej restauracji. Można uzupełnić płyny, lekko przekąsić a nawet zjeść lody. Na samym szczycie pozostały mury, wiele nie zawalonych jeszcze pomieszczeń, stare armaty i dumnie zatknięta flaga Grecji. Stąd są niezwykle piękne widoki na Pargę i morze. Widać też odległą, mikro-wysepkę, której całą powierzchnię zajmuje niewielka kapliczka.
Po wyczerpującym zwiedzaniu atrakcji turystycznych nadszedł czas na wieczorne atrakcje kulinarno-artystyczne. Tłum turystów już okupuje większość miejsc przy stolikach. Stali bywalcy znają już swoje ulubione miejsca. Al i Jaro dopiero odkrywają miejsca godne uwagi. Jedna z naleśnikarni i lodziarnia ma już swoje miejsce na mapie punktów gastronomicznych. Teraz przyszła kolej na wyszukanie dobrego miejsca, które zaspokoi głód i gust muzyczny. Kilka lokali proponuje bowiem muzykę na żywo do konsumpcji. To jest właśnie coś, co z entuzjazmem akceptują polscy żeglarze.
Podczas wyśmienitej kolacji postanowili zwiedzić kawałek greckiego lądu skoro już na nim są.
Rankiem w jednej z wypożyczalni wynajęli Fiata z automatyczną skrzynią biegów. Plan wycieczki polegał na tym, że go nie było. W oddali widoczne są sporej wielkości góry. Na pewno stamtąd będzie dobry widok na morze i wyspy. Dotarli do niewielkiej, uśpionej wioski w której rzeczywiście największą atrakcją były niesamowite widoki. Dalsza włóczęga serpentynami po górach o wysokości powyżej 1300 m dostarczyła wiele emocji. Wioski bardzo oddalone od turystycznego blichtru dają prawdziwy obraz życia greków, którym nie dane było skorzystać z dobrobytu miejscowości nadmorskich.
Przekraczając jedną z rzek skręcili w boczną drogę prowadzącą wzdłuż wodnej wstęgi. Niebawem dotarli do ciekawego punktu, w którym można wypocząć w pokojach, zjeść i spłynąć pontonami. Rzeka Acheron ma 52 km długości i wpada do morza niedaleko Pargi. Górska woda jest krystalicznej czystości i o mroźnej temperaturze. Idąc pod prąd rzeka zwęża się i mieści między wysokimi ścianami wąwozu. Dalej są wodospady, do których już nie dotarli ale w ramach rekompensaty zamówili kawę i niezwykle słodką baklawę z czego ucieszyły się również okoliczne osy. Powrót nastąpił już po zachodzie słońca. Odpoczynek na lekko kołyszącym się jachcie zawsze jest jak plaster miodu na serce.
C.d.n.