22/05/2026
Relacja z ING Night Marathon Luxembourg 🇱🇺
Decyzję o starcie w maju w luksemburskim maratonie podjąłem w marcu. Początkowo na maj miałem plany, żeby pobiec maraton w Andorze, ale postanowiłem jednak wystartować w tym czasie w Luksemburgu 🇱🇺
Koszt zakupu pakietu startowego w marcu 2026r. to 108 euro, a jeśli chciało się otrzymać pamiątkową maratońską koszulkę, to trzeba było dołożyć jeszcze 33 euro.
Do Luksemburga pojechaliśmy na kilka dni w 4 osoby samochodem (wyjazd środa, powrót niedziela). Z Warszawy to ponad 1200 km, a
pokonaliśmy je w ok. 12 godz.
Wynajęliśmy przez stronę Airbnb na 3 noce
mieszkanie, którego koszt wyniósł 2000 zł.
Ważna i istotna informacja jest taka, że w całym Luksemburgu jest darmowa komunikacja miejska. I nie dotyczy to tylko miasta Luksemburg, ale całego kraju. My bardzo sprawnie poruszaliśmy się jeżdżącym przez całe miasto tramwajem, którym dojeżdżaliśmy w 10 minut do centrum.
Samochód można zostawić na parkingach P+R. Są one darmowe przez pierwsze 24 godziny. Potem trzeba uiścić opłatę lub samochód przeparkować na inny parking P+R. Do poruszania się po mieście komunikacją miejską może być
przydatna aplikacja „mobiliteit.lu”, bo mapy google słabo w tym zakresie pomagają 🤷
Po dotarciu na miejsce krótki odpoczynek i ruszyliśmy na zwiedzanie. Niestety pogoda w tym dniu nie była sprzyjająca… Było zimno i przelotnie
padał deszcz. Poza tym okazało się, że w tym dniu było święto i wszystko jest pozamykane, a miasto wyglądało trochę, jakby wybuchła w nim jakaś
epidemia, bo poza centrum na ulicach były totalne pustki.
Następnego dnia pogoda już bardziej dopisała. Przed południem udaliśmy się po odbiór pakietu startowego. Expo było otwarte od godz. 11:00. Do
samego Luxexpo, gdzie nazajutrz znajdował się również start i meta zawodów dotarliśmy tramwajem, o którym już wspominałem. Odebrałem pakiet startowy, obeszliśmy sklepiki i wystawców, a następnie udaliśmy się na
zwiedzanie miasta.
W pakiecie startowym znajdował się numer startowy, worek depozytowy, 2 batoniki, woda, jakieś ulotki i opłacona dodatkowo koszulka.
O godz. 16:00 dla biegaczy było Pasta Party, ale je sobie odpuściłem.
W sobotę na maraton, który startował o godz. 19:00 dotarliśmy bezpośrednio (oczywiście) tramwajem. Razem z maratonem startował także
półmaraton oraz sztafety maratońskie, więc było dość tłoczno. Po krótkiej rozgrzewce udałem się do swojej strefy startowej. Odprowadzili
mnie do niej Darek, Ola i Aneta, którzy razem ze mną przyjechali do Luksemburga na zwiedzanie i kibicowanie. Kiedy tak czekaliśmy na start
zawodów, wszystkich uraczyła ulewa i zimny wiatr… 🌧️
W takich warunkach odbywał się start i trwały one przez najbliższe 2 kilometry, czyli ok. 10 minut. Przez ten czas bardzo marzłem, a w szczególności ręce, które bardzo szybko stały się skostniałe z zimna. Lekiem na to było szybkie rozgrzanie się przez szybkie bieganie. I w ten właśnie sposób narzuciłem sobie tempo, które jak się okazało, długo udało się utrzymać 💪
Po ok. 2 kilometrach biegu zrobiło się też na tyle luźno, że już nie było wzajemnego zabiegania sobie drogi itd. Oczywiście jak wszędzie na
zawodach zdarzyły się osoby, które zaczęły maraton z nie swojej strefy i potem tarasowały szybszym biegaczom drogę. Doskonałym przykładem była brazylijska bosa biegaczka, która zaczynała z 3 strefy, z której ja również startowałem, a jak się potem okazało ukończyła zawody z czasem coś ok. 6 godzin…
Początek trasy to kilkukilometrowa prosta, a potem to już jeden wielki labirynt po mieście.
Z dużego parkingu w centrum miasta zrobiono ogromną strefę kibica, przez którą przebiegaliśmy kilkukrotnie. Atmosfera tam była niesamowita…
W ogóle całe miasto to była jedna wielka
strefa kibica. Tam gdzie nie było zorganizowanych punktów kibicowania, ludzie ustawiali się spontanicznie przy drodze, na chodnikach, a także
na balkonach i tarasach swoich mieszkań i domów. Gorąco przy tym dopingowali zaszczepiając biegaczom dużo energii i siły.
Moja "prywatna" grupka kibiców na trasie złapała mnie chyba 5 razy 😁
Ja przez całe zawody biegłem z uśmiechem na ustach i przybiłem pewnie z kilkaset „piąteczek” 🫸🫷
Moje tempo biegu cały czas wynosiło poniżej 5:00 min./km. Na 16 kilometrze półmaratończycy biegli dalej swoją trasą, a maratończycy swoją, więc zrobił się już duży luz. Zastanawiałem się
wtedy, kiedy zacznę odczuwać zmęczenie i nadejdzie moment spowolnienia tempa. Póki co, nic takiego nie miało miejsca, a ja dalej „połykałem” kolejne kilometry, ciesząc się atmosferą zawodów.
Na trasie ciągle jakieś podbiegi i zbiegi, ale nie robią one na mnie jakiegoś wrażenia. Garmin pokazał na koniec, że całkowity wznios wyniósł 309 metrów, a całkowity spadek 317 metrów, więc jak na miejskie bieganie to sporo. Na zbiegach przyspieszam i jednocześnie staram się odpoczywać i obniżać tętno, a na podbiegach, utrzymywać równe i stałe tempo. Co chwilę są
również zakręty, których jest bardzo dużo. To istny maraton zakrętów… Ja śledząc trasę palcem po mapie naliczyłem ich 210… 😱
Teoretycznie powinno to mocno wybijać z rytmu biegu… Ale nie mnie i nie dzisiaj… 😉
Bardzo fajnym punktem zawodów był odcinek prowadzący podwieszoną kładką pieszo-rowerową na „Pond Adolphe”; to kamienny most łukowy z początku XX wieku.
To był 30 kilometr, a ja po chwili zacząłem odczuwać delikatne zmęczenie, a od 32 kilometra moje tempo odrobinę spadło i wynosiło niewiele ponad 5:00 min./km. Na szczęście udawało mi się w miarę skutecznie walczyć o to, żeby nie odpuszczać, bo bardzo realne było w tym momencie pobicie mojej życiówki. To był moment, kiedy biegaczy w moim otoczeniu było niewielu, co mnie trochę dziwiło. Ale jak potem zobaczyłem wyniki i miejsce, na którym się uplasowałem, wiedziałem dlaczego…
Jednak o miejscach i statystykach później.
Nadmienić należy, że ostatnie 10 kilometrów biegu to dużo biegania pod górę… Nie ma to jak dobić biegacza, w momencie, kiedy najczęściej dopada kryzys 🤔😉
Na szczęście kryzys trzymał się ode mnie z daleka i meta była coraz bliżej. Na 38 kilometrze trasa biegnie drugi raz przez Pont Grande-Duchesse
Charlotte. Pierwszy raz byłem tam na 17 kilometrze, ale za drugim razem most jest kapitalnie oświetlony. Gdzieś na 39 kilometrze pokonując alejki parkowe w okolicy Filharmonii Luksemburskiej biegliśmy przez chwilę w całkowitej ciemności, bo chyba była jakaś awaria oświetlenia…
Był to moment, kiedy trzeba było mocno pilnować, gdzie stawia się stopy.
Wcześniej też było kilka miejsc, gdzie oświetlenie i trasa zawodów mogły by być bardziej przyjazne dla biegaczy, bo zdarzyło się też bieganie po
remontowanych i dziurawych trasach.
Na szczęście udało mi się bezpiecznie przemierzyć te miejsca. Po pokonaniu 39 kilometra, trasa wybiega na prostą i już do mety. Gdzieś tam, w tym momencie „wyrósł” przede mną na drodze punkt odżywczy z piwem, więc złapałem kubek i wypiłem 2 duże łyki zimnego i złocistego napoju 🍻
Potem już tylko finisz na hali Luxexpo w świetnym klimacie i nową życiówką, której nikt by się nie spodziewał, włącznie ze mną. Nie wiem jak to się stało, że udało mi się pobiec tak szybko (jak na mnie). Może pasowała mi ta zmienność trasy…
Na pewno pomogli kibice 💪
Pogoda oprócz startu też była bardzo dobra do biegania, bo temperatura wynosiła ok. 10-12 stopni. Mój organizm dobrze wytrzymał trudy tych zawodów; właściwie nie miałem żadnych problemów mięśniowych i wydolnościowych. Momentami musiałem powalczyć, ale chyba miałem wszystko przez cały czas zawodów pod
kontrolą.
Czytając opinie na temat tych zawodów wszędzie przewijają się informacje, że to trudna trasa i na pewno nie na bicie życiówek. Normalnie też bym tak uważał, ale jak widać na moim przykładzie są od tego odstępstwa. Jak dla mnie i to nie poprzez pryzmat pobitej życiówki, tylko tak ogólnie, to jedne z lepszych zawodów, w jakich brałem udział. Kibice to prawdziwa Liga Mistrzów, która bije na głowę wszystkie moje dotychczasowe starty. Potrafili przekazać dużo dobrej energii i widać było, że kibicowanie daje im wiele radości i przyjemności, a całe miasto żyje tą biegową imprezą.
Warto wspomnieć o fajnym rozwiązaniu na trasie
w kwestii przepuszczania na trasie tramwajów, tj. kiedy nadjeżdżał tramwaj, biegacze byli kierowani na pas drogi na drugą stronę torów, a kiedy tramwaj bezpiecznie przejechał, powracali z powrotem. Takie miejsca były chyba 2 lub 3.
Punkty odżywcze były wyposażone dość dobrze i znajdowały się w odpowiednich odległościach i częstotliwości, ale jak dla mnie były one
za krótkie. Dwukrotnie nie zdążyłem do nich podbiec. Oczywiście mogłem to zrobić, ale musiałbym wytrącić się z rytmu biegu, a tego nie
chciałem. Nie zauważałem też oznaczeń każdego kilometra, ale może przez dużą ilość zakrętów i kibiców były dla mnie po prostu niewidoczne, bo
skupiałem uwagę na czymś innym. Poza tym nie do końca pokrywało się one się z gps-em z mojego zegarka, bo przez charakter trasy i to, że czasami zakręty brałem „po zewnętrznej” okazało się, że nabiegałem ponad 600 metrów powyżej dystansu maratońskiego.
A teraz małe statystyki… Na 1982 osób biorących udział w maratonie zająłem 292 miejsce, w kategorii wiekowej byłem 37 na 189 zawodników, a wśród mężczyzn na 1673 byłem 284. No i wyprzedziło mnie tylko 8 kobiet. Półmaraton ukończyło 9227 osób, a sztafet maratońskich było 660. Na liście startowej naliczyłem 44 biegaczy i biegaczek w Polski. Widząc się na trasie pozdrawialiśmy się i życzyliśmy sobie powodzenia. W kategorii "Polska" byłem 7 😁
Powyższe dane pokazują, że chyba miałem na tym maratonie „dzień konia”, a właściwie „wieczór konia”.
Możliwe, że kiedyś tam wrócę, żeby to zweryfikować i jeszcze raz doświadczyć tych niesamowitych emocji i klimatu na trasie, bo ING Night Marathon Luxembourg to zawody, które z
całego serca polecam i spokojnie mogę je powtórzyć 🙂👍
Aha... Moja życiówka od teraz to 3:33:27 😉💪