20/04/2025
Wiosenna Hała – 12 kwietnia 2025 – Skarżysko-Kamienna
Nie będę się rozpisywać, że znów trzeba było bladym świtem gnać z Łodzi w kierunku na Kielce… Nie trzeba będzie wspominać, że poranek zastaje nas gdzieś w Świętokrzyskiem… Nie ma też potrzeby, aby rozwodzić się po co to komu i kto też takie katusze zadaje głodnym przygody rajdowiczom-orientalistom. Taki urok Hały i jeśli ktoś szuka łatwych i miłych rozwiązań, to niech sobie na Harpagana w tym czasie jedzie 😉
Tak czy inaczej, moja 10., a Bogusza 11. impreza w wykonaniu Hałabały rozpoczęła się tydzień temu, w sobotni poranek, gdzieś na obrzeżach Skarżyska-Kamiennej. Szkolna baza zawodów dała możliwość, aby spokojnie przygotować się to tego co musiało nieuchronnie nadejść, czyli leśnej „wyrypy”. Zgodnie bowiem z zapowiedziami organizatorów teren to „99% lasu”. I nam taka informacja zupełnie wystarcza – wiadomo, że będzie „hałowo”, czyli ciekawie.
Odprawa techniczna przed startem jest jak zawsze krótka i zwięzła, natomiast dostarcza nam kilku zaskakujących informacji, przede wszystkim taką, że na trasie będą punkty stowarzyszone (czyli takie, które wyglądają na prawidłowe, ale nimi nie są 😊 ). Dawno tego na 50-kilometrowej Hale nie było… Na szczęście jesteśmy poinformowani dla których PK mamy się tych „stowarzyszy” spodziewać. To już coś! Poza tym klasyka – punkty bez opisów, z opisami, na rozświetleniach, lidary, obszary do dopasowania, skala 1:25000, natomiast przeraża liczba punktów, czyli 42!
Hałabała uspokaja, dodając dodatkowe godziny do limitu czasu, który ostatecznie wynosi 15 godzin. Zatem licząc od startu o 8:00 jest czas do 23:00 na poszukiwania… my raczej tak długiej zabawy z świętokrzyskich lasach nie planujemy, ale przed Hałą nigdy się do końca nie jest pewnym nadchodzących wydarzeń. W razie czego czołówki są w pogotowiu 😉
Punkty są tak rozrzucone po mapie wielkości A3, że chwilę zajmuje nam wygłówkowanie względnie rozsądnego wariantu, który chcemy realizować. Jakże naiwni byliśmy w tej chwili… Ogólnie założenia są dwa – kierunek przeciwny do ruchu wskazówek zegara i zaliczenie punktów w trzech rozświetlonych prostokątach w pierwszej fazie rajdu, żeby na wszelki wypadek nie musieć ich szukać po nocy.
Na rozgrzewkę dobiegamy do PK1 i PK2, a następnie korzystając z kładki przekraczamy rzekę Kamienną. Na zachód od niej jest obszar pierwszego z prostokątów, gdzie wśród ciekawej rzeźby terenu zaliczamy po kolei aż 5 punktów: PK37, PK36, PK35, PK34 i PK33. Wymagana jest spora czujność, bo punkty stowarzyszone ustawione są dość chytrze i można się dać nabrać. Dalej na zachód znajdujemy PK31 przy nieistniejącym mostku. Nasyp wskazuje, że biegła tędy albo ważniejsza droga, albo może i wąskotorówka. W każdym razie miejsce idealne na lokalizację lampionu.
Dzisiaj mamy dwa sposoby „odhaczania” punktów na karcie startowej – przy niektórych lampionach wiszą mazaki, a przy pozostałych perforatory. Dobrze, że nie pada, to symbole spisane mazakami nie rozmazują się na papierze. Chyba nas te widoki na PK31 lekko rozkojarzyły, bo wybieramy chyba nienajlepszy wariant dojścia do kolejnego punktu. Trochę nadkładamy drogi, trochę musimy obchodzić tereny podmokłe, ale ostatecznie mamy PK30.
Przyjęty przez nas wariant zakłada teraz dotarcie do drugiego z prostokątów i znalezienie kolejnych punktów. Jednak na odejściu z PK30 układ rzeczywistych dróg zupełnie nie pokrywa się z tym przedstawionym na mapie (ale to 40 lat różnicy – nie ma się czemu dziwić). Powinno spowodować to u nas znaczne zwiększenie czujności, ale dzieje się przeciwnie. Dajemy się ponieść fajnej drodze pożarowej, co powoduje, że po pierwsze lecimy po innym azymucie, niż sądzimy, a po drugie wyrzuca nas o wiele za daleko na południe. O tym jednak na razie nie mamy pojęcia i pokonujemy kolejne kilometry w błogiej nieświadomości.
Po zagłębieniu się bardziej w węższe ścieżki nie zgadza się nam rzeźba terenu, nie mamy też zbytnio pomysłu na którym skrzyżowaniu właśnie jesteśmy. Tak… Hała pokazuje swoją moc 😊 Najlepszy sposób, to ostatecznie wybrać jakiś jeden kierunek i twardo nawigować, aż trafi się z jakieś naprawdę charakterystyczne miejsce. I tak się dzieje, tylko… jesteśmy na jednej z głównych dróg pożarowych gdzieś w okolicy PK12, czyli bagatela jakieś ponad 2 km za bardzo na południe!!! No pięknie, wtopa roku zaliczona i ciężko będzie ją w tym sezonie przebić 😊
Nic to, przynajmniej wiemy gdzie jesteśmy. Prostokąty atakujemy zatem od południa, a nie od zachodu jak to było w planie, trzeba zatem zmienić kolejność zaliczania punktów wewnątrz ich obszarów. PK11 wchodzi łatwo, dalej mamy PK42, który również nie sprawia nam problemów. Kolejny jednak, PK41, z początku nietrafiony, potem odnajdujemy przy jednym z licznych bieda-szybów z czasów ręcznego wydobywania rudy miedzi w tych rejonach.
Z PK 41 jest blisko i łatwo do PK38, ale potem trzeba podjąć decyzję co do dwóch kolejnych lampionów. Ostatecznie lecimy „na kreskę”, ale po pierwsze nie trafiamy na ten punkt, a po drugie to znów mamy lekkie wątpliwości co do naszego położenia w terenie. Uff… głowy się grzeją, a rozwiązania dobrego nadal nie ma. Metodą drobnych kroków jakimś cudem trafiamy do PK40, a następnie jest nam już nieco łatwiej utrafić w PK39, choć tutaj pewności nie mamy, czy aby nie podklepaliśmy punktu stowarzyszonego.
Plan, który powinniśmy zrealizować ok. 1,5 godziny wcześniej, został wypełniony – teraz czas na „łatwiejsze” punkty. Lecąc na południe trafiamy na Kamienną Górę (349 m n.p.m.) gdzie znajdujemy PK12. Dalsze przedzieranie się przez młodniki na, jak sądzimy, południowy-zachód to kolejne nasze błędy nawigacyjne, ale na szczęści bez tak dużych konsekwencji czasowo-dystansowych jak poprzednio 😉 Docieramy do pozostałości szlaku leśnej kolei wąskotorowej i jak po sznurku trafiamy do PK13 ukrytego w przepuście.
Mapa jest mocno nieaktualna jeśli chodzi o układ dróg i ścieżek w pewnych częściach lasu, musimy zatem wykazywać się spora czujnością, aby dotrzeć do PK28. Przy okazji obserwujemy (czasami aż zbyt bezpośrednio), że lasy te zasobne są w tereny podmokłe, strumienie, bajorka i kałuże rozmaitej wielkości. Dla lasu to bardzo dobrze, dla nas nie zawsze… Tak czy inaczej mamy również kolejny punkt – położony w sąsiedztwie malowniczej grupy skał zwanych Piekielną Bramą. Później robimy obejście lekko na północ, żeby ostatecznie znaleźć dużą drogę pożarową prowadzącą nas prosto do PK24 ulokowanego przy kapliczce Św. Huberta.
Szybkie obliczenia pozostałego nam do pokonani dystansu oraz czasu do zachodu słońca powodują, że trzeba podjąć decyzję o „odpuszczeniu” trzech punktów znajdujących się najbardziej na zachód na mapie. Szkoda, bo jeden z nich ma być na bobrowej tamie. Trudno, ale trzeba działać rozważnie – przed nami jeszcze ponad 20 km rajdu.
Punkty PK23 przy mogile oraz PK22 przy miejscu gdzie „Nurt” Kaszyński rozwiązał swoje oddziały wchodzą bezproblemowo. Wariant do PK21 również jest nie taki trudny, docieramy tam zatem bez straty czasu i dystansu. Przez pewien czas poruszamy się znów śladami kolejki wąskotorowej łączącej kiedyś Suchedniów z Zagnańskiem, po czy odbijamy na południe w poszukiwaniu PK20. Trochę błądzimy, ale mamy go! Dalej do PK32 droga nie jest tak prosta, jakby to z mapy wynikało, zatem trochę kluczymy, trochę obchodzimy, trochę zgadujemy – i na koniec podbijamy PK.
Poruszając się wzdłuż grupy skał trafiamy do PK19 na Świniej Górze (390 m n.p.m.), a następnie schodzimy do PK18 przy źródełku, gdzie organizatorzy przewidzieli możliwość uzupełnienia zapasów wody. Słusznie, bo to idealny moment, żeby napełnić bidony. Trasa kieruje nas teraz przede wszystkim na wschód, ale nawigując do PK15 trafiamy na bagna i strasznie pokarczowany las, co skutecznie nas spowalnia i powoduje, że musimy sporo obchodzić. Mamy PK15, mamy też PK14. Lecąc na PK6 i mając świadomość upływającego czasu rezygnujemy z zobaczenia drugiej z bobrzych tam (przy PK17). Z mapy dojście wygląda raczej na takie „niezasuche”, czujemy, że moglibyśmy tam spędzić za dużo czasu, a tu jeszcze 8 punktów do znalezienia.
Wykorzystując ścieżki, skraj wsi oraz znów nasyp wąskotorówki docieramy do kamieniołomu z PK10. Niestety, tak się nam tylko wydaje… po 10 minutach głowienia się gdzie Hałabała powiesił lampion orientujemy się, że tego kamieniołomu to jeszcze nie było, gdy tworzono mapę, musi być zatem drugi gdzieś obok. I faktycznie – jest. Co tu dużo mówić, daliśmy się jak zwykle nabrać na „hałowe” zagadki terenowe 😊 Musimy się odkuć czasowo, zatem od zachodu omijamy tereny wielkiej kopali gliny i dość sprawnie znajdujemy PK9 zlokalizowany w dawnych magazynach materiałów wybuchowych.
Trochę na czuja trafiamy idealnie na PK8, dalej bez większych problemów również do PK7 i pozostają nam już tylko 4 punkty do mety. Mamy PK6 na skraju niewielkiego pola w środku lasu, które właśnie „ujeżdża” na traktorze jakiś rolnik. Bardzo jesteśmy ciekawi jaki rodzaj uprawy trzeba aż tak chronić przed wzrokiem ciekawskich 😉 Po podbiciu PK5 uruchamiany czołówki, bo jednak już ciężko czytać mapę, a las gęsty. PK4 podbity, potem obejście do znanej nam kładki na Kamiennej (bo o przechodzeniu bezpośrednio przez nurt nie ma mowy) i po kilkuminutowych poszukiwaniach zdobywamy PK3.
Z godnością podążamy na metę, gdzie meldujemy się po ponad 12,5 godzinach z 38/42 punktami, co w ostatecznym rozrachunku daje nam dziewiąte miejsce w stawce 21 śmiałków. Przed nami w tabeli tylko ci, którzy zaliczyli komplet punktów. Nieistotne jest nawet doliczenie nam karnych 30 minut za podbicie „stowarzysza” na PK39. Coś nam tam nie pasowało do końca… 😉
Impreza mająca nie bez powodu status „kultowej” w pewnym dość ograniczonym półświatku orientacyjnym przechodzi do historii. Brawo my!