10/09/2025
IT Orient – Zarzęcin – 30 sierpnia 2025
Tegoroczna edycja rajdu IT Orient odbyła się w nietypowym terminie, bo dosłownie u schyłku letnich wakacji. Według nas była to niezamierzona, ale bardzo dobra zmiana, bo wpłynęła pozytywnie na frekwencję – na wszystkich trasach pieszych i rowerowych wystartowało ponad 400 orientalistek i orientalistów, a przekrój wiekowy był nadzwyczaj szeroki.
RGR wystawiła mocną reprezentację – na trasę Pieszą ruszało 5 osób: Gosia, Kasia D., Bogusz, Krzysiek i Michał, natomiast Kasia K. wybrała rywalizację na trasie rowerowej.
Baza rajdu ulokowała się w Domu Ludowym w Zarzęcinie, dosłownie kilkaset metrów od przystani nad Zalewem Sulejowskim. Dla mnie to miejsce „wspominkowe”, bo tutaj właśnie grubo ponad 20 lat temu zdawałem egzamin na sternika jachtowego… no ale nie o poruszaniu się po wodzie miało być 😉 Pomimo dużej liczby startujących, teren wokół bazy pozwalał na swobodne parkowanie, rozbicie namiotów, odpoczynek, przygotowanie sprzętu, itd.
My jako piechurzy mogliśmy trasę atakować dosłownie prosto z auta, no ale tradycyjnie trzeba było najpierw „wyposażyć” się w numery i karty startowe, wszystko jeszcze raz sprawdzić, ocenić zasadność zapasów jedzeniowo-napojowych oraz zweryfikować posiadanie najważniejszych elementów do pokonania trasy: kompasu, linijki (choć teraz jest drukowana na karcie startowej) oraz chłodnej głowy 😊
10:45 to godzina rozpoczęcia odprawy technicznej, podczas której dowiadujemy się, że mapa na trasie Pieszej będzie w formacie A4 i skali 1:40000. Dwa rozświetlenia lidarowe, teren zawodów taki w miarę zwarty, zdecydowana większość trasy w lesie – czyli bardzo fajnie się to zapowiadało. Kilka minut przed startem poświęcamy na precyzyjne zaplanowanie kolejności zaliczania punktów kontrolnych. Jedyną niewiadomą jest PK7 zlokalizowany centralnie – trzeb się dobrze zastanowić kiedy najlepiej go atakować.
Startujemy punktualnie i po krótkim przebiegu asfaltem odbijamy na północ, celując bezpośrednio w PK2. Znajdujemy go bez większych problemów, bo wokół kręci się sporo piechurów, którzy dużą grupą tu przybyli. Części nie ma – zapewne podążyli na trasę robiąc pętlę w drugą stronę. Na odbiegu od punktu lekkie zawahanie, w która dokładnie stronę lecieć ze skrzyżowania. Wybieramy wariant „od góry” do następnego punktu, co okaże się jednak nie do końca właściwym wyborem 😊
Po pierwsze lekko nadkładamy drogi, ale jest to dosłownie może 100-200 m, ale po drugie chwilę szukamy PK5 nie w tym miejscu, bo akurat nie ma nikogo innego, który ewentualnie swoja obecnością i ruchliwością wskazał nam przybliżone miejsce ulokowania lampionu. Zamieszanie trwa ok. 5 minut i finalnie mamy ten punkt, ale jakoś tak nam niefajnie, że już na początku trasy zaliczamy lekką „wtopę” czasowo-dystansowo. Jak się okaże w finalnym rozliczeniu było to ok. 300 m i 5 minut.
Postanawiamy mocno skupić się na kolejnych lampionach, żeby odbudować nadwątlone orientacyjne morale. Do PK3 wiszącego dosłownie nad lustrem wody w zalewie trafiamy bezbłędnie. Bez zwłoki odbijamy na NE i prostą ścieżką kierujemy się do następnego punktu. PK1 opisany jako kikut, ale sprytnie ukryty w małym zagajniku – mamy go! Po drodze zastanawiamy się jak ostatecznie rozegrać kwestię PK7. Pierwotny pomysł to lecieć do niego jak najszybciej po zaliczeniu PK4, a potem atakować punkty w pobliżu wsi Góry Trzebiatowskie. Jednak po namyśle zmieniamy koncepcję – po podbiciu karty przy PK4 kierujemy się na wschód do PK12.
PK12 nie jest trudny do odnalezienia (w ogóle mamy takie wrażenie, że punkty rozwieszone sa w bardziej przyjaznych lokalizacjach i że nie trzeba przebijać się bez sensu przez chaszcze, żeby dotrzeć do lampionów), zatem nie tracimy czasu i podążamy do PK15, który ma i ciekawe rozświetlenie lidarowe, i zaskakujący opis „huśtawka”. Poprzedni punkt to było „ogrodzenie” – czyżbyśmy kompletowali wyposażenie placu zabaw? Faktycznie, jest to huśtawka w postaci opony na sznurku zawieszonej nad stromym brzegiem dawnego wyrobiska 😉
Zmieniamy kierunek napierania na południowo-zachodni i staramy się jak najszybciej osiągnąć PK16 przy „dwóch dębach”. O ile na początku jesteśmy pewni gdzie jesteśmy, to w pewnym momencie wahamy się, po biegnąca przed nami zawodniczka nagle odbija w prawo, a nie w lewo jakby się wydawało prawidłowo. No cóż, my skręcamy w lewo i faktycznie zaraz mamy PK16 podbity na karcie. Trzeba realizować swoje pomysły, bo sugerowanie się przebiegami innych w zawodach na orientację już nieraz kończyło się „wtopą”.
Mamy już prawie połowę punktów, dokładnie 9 z 18 będziemy mieli po podbiciu PK13. Lokalizacja prosta, punkt przy ambonie. No ciężko przeoczyć. Nie takie jednak rzeczy się zdarzają gdy człowiek zmęczony… a ciekawe jest to, że my za bardzo zmęczeni nie jesteśmy pomimo ciągłego truchtania i podbiegania. Nie jest źle dzisiaj z kondycją!
Teraz obieramy z grubsza kierunek na południe i po kolei chcemy dotrzeć do PK9, PK11, a następnie „wpaść” do kwadratowego lidaru zawierającego dwa następne punkty. Mamy PK9, mamy również PK11. Do tego momentu ścieżki i dróżki przez nasz wybierane były naprawdę bardzo dobrze przebieżne, np. może czasami czymś tam zawalone albo zarośnięte. Jednak to co musimy pokonywać po drodze do PK18 to gehenna! Pokrzywy, maliny, powalone drzewa, itp. to spory problem, bo za bardzo nie chce nam się podnosić nóg jak bociany czy inne brodzące 😊
Na szczęście problematyczny odcinek kończy się po przekroczeniu asfaltu i możemy trochę przyspieszyć. Uśrednione tempo jest niezłe, ale przecież mogłoby być jeszcze lepsze. Odbijamy na wschód by dotrzeć do PK18. Lidar czytelny, trzeba tylko pamiętać, że punkt będzie nie przy ścieżce, tylko przy rowie. Trochę wracamy po własnych śladach, potem jednak truchtamy na południe i szukamy PK6. Końcówka jest trochę zakręcona, ale namierzamy lampion z sukcesem.
Morale rośnie, bo kolejny PK8 to lokalizacja bufetu. Jest dobrze, bo można uzupełnić szczupłe już teraz zapasy picia, a i do przekąszenia też coś fajnego jest. Nie spędzamy tam zbyt dużo czasu, tylko łapiemy szutrówkę i napieramy na północ kombinując jak dotrzeć do PK14. Gosia sugeruje obieganie ścieżkami, ja upieram się na „szago” przez pole. Dystansowo przez pole wychodzi dobrze, ale idziemy wolno i dodatkowo Gosia ma słuszne pretensje o spore nierówności terenu (po ziemia skawalona, sucha i twarda jak kamienie).
Ostatecznie mamy PK14 i dalej już planujemy nie kombinować z „mikrowariantami”. Do PK17 trzeba poskręcać to w prawo, to w lewo, ale nie ma tragedii i podbijamy ten punkt. Do kompletu brakuje nam już tylko dwóch lampionów – tej legendarnej pozostawionej „siódemki” oraz PK10 już an drodze do mety rajdu. Gdy już biegniemy z PK7 do PK10, to orientujemy się, że czasowo jest całkiem nieźle. Do pokonania jeszcze nieco ponad 2 km, ale wygląda to dobrze. Tempo na pewno lepsze, niż rok temu w Kole.
PK10 przy paśniku pada naszym łupem i teraz pozostaje już walka z własnymi słabościami, gdy naszym oczom ukazuje się ostatni, prowadzący do bazy ponadkilometrowy odcinek asfaltu przez wieś. Nie jest łatwo, ale walczymy do końca. Tuż przed nami na podwórko bazy wpada z drugiej strony para piechurów – no żesz! Różnica minimalna…
Po zapoznaniu się z wynikami wychodzi nam, że Gosia wśród dziewczyn jest na 6/22 miejscu wśród dziewczyn, a ja 18/54 wśród chłopców 😊 To dowód na to, że łatwo nie było, a wysoka frekwencja spowodowała, że „było z kim przegrać” 😉 Mamy jednak satysfakcję, że wybrany przez nas wariant odległościowo idealnie zgrał się z tym przewidzianym przez organizatorów - 28,2 km.
Po raz kolejny okazało się, że IT Orient to naprawdę bardzo dobrze zorganizowana impreza na orientację, a że jest tak blisko Łodzi to naprawdę nie wziąć w niej udziału to nie ma opcji. Widzimy się na trasach już za rok!