17/06/2019
śladami Giro d’Italia z 8atm w Bormio
W dniach pomiędzy 12 i 16 czerwca grupa osób związana z 8atm odbyła pielgrzymkę, wycieczkę, obóz kondycyjny, wakacje w siodle, rajd rowerowy śladami Giro d’Italia czy jak to nazwiemy na kilka przełączy alpejskich o rzut kamieniem od Bormio.
Przypadł mi obowiązek, ale i zaszczyt dodania „kilku” słów opisu. Zanim ten opis powstanie należą się słowa podzięki osobie, bez której bylibyśmy zagubieni, jak dzieci we mgle i tam i z samym wyjazdem. Szanując prywatność powiem, że chodzi o direttore sportivo i niech tak pozostanie. Z tego samego względu ograniczę się do oznaczenia osób, które jak sądzę, nie mają nic naprzeciwko (Michał Janasik Łukasz Królikowski Robert Millert Jaroslaw Jaskuła Artur Jarzyna), reszta niech się oznacza samodzielnie.
Pomysł zrodził się kilka miesięcy wcześniej podczas jednej z nudnych (po kilku latach) cotygodniowych orek po płaskiej i wietrznej Wielkopolsce. Pomysł na tyle odważny i wydawało się nierealny, że wart zrealizowania. Wpierw jako wyjazd 2-3 osób, z czasem kilkunastu.
Motywacji i intencji było tyle ilu uczestników. Jedni chcieli doznać objawienia w świętych dla kolarstwa miejscach, inni sprawdzić nogę, inni przełamać kolejne bariery, kolejni udowodnić, że mogą, jeszcze inni mieć wakacje. Dla jednych spełnienie marzeń dla innych zaliczenie celu. Znamy się od kilku dni do lat, od kilkudziesięciu km po kilkanaście tysięcy, z szosy, terenu. I jak różne są nasze znajomości tak różne były motywacje, cele czy poziom sportowy. Można to opisać kilometrami, Watami, metrami przewyższeń, km/h pod górę i w dół, kcal, litrami potu i ilością endorfin. Jak by tego nie czynić, było jak zaje..ście.
Trzy dni – trzy trasy plus środowa Luźna łyda i fakultet dla najodporniejszych (w sumie dwóch). Trasy średnio po ok 100 km i 3000 m przewyższeń. Plan był, ale plany mają to do siebie, że się zmieniają. Pierwszym warunkiem koniecznym do wykonania planu była przejezdność przełączy, a z tą nie było najlepiej. W dniu wyjazdu tylko z Mortirolo nie było wątpliwości co do otwartości. Zarówno Gavia jak i Stelvio od północy nie były otwarte.
Dzień pierwszy przejazd z Bormio do Passo Foscagno, super fajny zjazd do Livigno na kawę i ciacho, podjazd pod Passo d'Eira i mega podjazd w zimnym mordowindzie pod Passo Umbrail, fakultet Stelvio i zjazd do Bormio.
Dzień drugi to tylko i aż Stelvio, dwa razy już zjeżdżana trasa tym razem pod górę. Nie ma co opowiadać, każdy zapewne miał czas na przemyślenia, większość na podziwianie widoków, a mniejszość na fotki. Pierwsze pole do wyścigów. Na przełączy dłuższa chwila na kontemplację, konsumpcję i foty. Zjazd do bazy i atak na właśnie otwartą Gavię. Atak dla większej większości udany, choć dzięki silnemu zimnemu wiatrowi wcale nie oczywisty.
Dzień trzeci miał być próbą najtrudniejszą pod tytułem Mortirolo (Passo di Foppa). Liczby mówią same: 13,9 km, 8,3% średniego nachylenia i 14% maksymalnego, 1139 m pod górę. W skrócie – wszyscy podjechali choć było naprawdę stromo, a zjazd wymagający sporej uwagi. Dwie kawki i lody na powrocie. Dwóch supergości poleciało jeszcze fakultet z Bormio pod Lago delle Scale, jak się później okazało najpiękniejszy widokowo, ale i najbardziej stromy podjazd wyjazdu.
Dojazd i powrót pominę, bo to były bardzo długie godziny.
Każdy miał okazję zobaczyć to co znał głównie z transmisji TV, ale przede wszystkim siebie, swoje możliwości, z potencjałem i ograniczeniami. Poznaliśmy też siebie nawzajem, bo tylko trudne sytuacje dają tę możliwość. I od siebie, w życiu nie spodziewałem się spotkać na tych podjazdach tylu mężczyzn i kobiet w różnym wieku, z kilku kontynentów walczących z uśmiechem o każdy metr. Kolarstwo wyrównuje i uczy szacunku i pokory.
Fotki pod w albumie
https://www.facebook.com/pg/8atmCycling/photos/?tab=album&album_id=1302485063234773