01/02/2024
Kłodzka Góra w nocy może Cię zaskoczyć !
Dawno tego nie robiłam i może nawet wypadłam z wprawy ale co tam spróbuję bo warto i jest o czym. To był totalny spontan i podjęta decyzja w ostatniej chwili. W sumie miało to być dla mnie praktyczne w ocenieniu drogi na nadchodzące rajdy konne. Czyli wejście na Kłodzką Górę od strony Lasek rzekomym żółtym szlakiem. Jak przystało na wyprawy z Teresą od początku wszystko nabierało komplikacji dużych rozmiarów. Nie żeby to była jakakolwiek wina Terki. Kto śledził moje wcześniejsze wpisy wie o co chodzi. Dla tych co nie wiedzą - w skrócie - my zwyczajnie tak mamy. A żeby było to złe 😂 Absolutnie w tym tkwi cały szkopuł że to jest najlepsze. Bardzo mi się nie chciało. Oj tak. Na serio. Jak zaczęły się komplikacje to szybko nabrałam tej mojej nadzwyczajnej energii ( mózg przeszedł na ostry tryb wyłupu najmądrzejszych decyzji ) I tak oto przyszło nam się zmierzyć niby z błahą wycieczką a jednak był to jakiś wyczyn. Ja bynajmniej jestem z siebie dumna. I to mi wystarczy 😂
Do rzeczy. Więc od początku nie wiedziałam od czego zacząć. Choćby od tego gdzie zostawić auto. Godzina była już dość późna. Obdzwoniłam po znajomych i udzielono mi rad co a jak. Oczywiście w praniu nie było to tak oczywiste. Miałam przejechać obok Leśniczówki i pojechać dalej za szlaban i jechać ile się da. A potem to już hop sa sa i góra na wyciągnięcie dłoni. Może za dnia to by pojechało ale w nocy 🙈 hm klękajcie narody. Dojechałam do zrywki, zostawiłam auto i teraz gdzie? Ani szlaku. Ani pomysłu.
Pogoda była tak przyjazna ( zero wiatru, delikatny plus. No i bez deszczu) że to mnie zachęciło by się ruszyć. Towarzyszył nam jeszcze Wojtek.
Więc stoimy jak trzy dupy na słabym wietrze i mużdżymy. Pierwsze co mi na myśl przychodzi to zmienić koncepcję. Jednak ja się nigdy nie poddawałam. Dawno nigdzie nocą się nie wybierałam ale to kompletnie nie w moim stylu. Przed nami chyba z pięć różnych dróg i żadna dobra co okazało się dopiero przy powrocie. No cóż. Do tego siadła mi już czołówka. Pięć minut od auta. Zupełnie nie pamiętałam kiedy ją ładowałam. Miałam jeszcze jedną w zapasie ( w sumie też dość nie pewną). Wiem co krytycy pomyślą 😂 Skrajna głupota i nieodpowiedzialność. Jak wiecie zwisa mi to i powiewa co kto myśli. Robię swoje. Taka już jestem. To nie Tatry ani Karkonosze.
Po wymianie światła pomyślałam o apce mapy cz. Zajebista aplikacja. Komórka też nie grzeszy nabitą baterią 😂 Damy radę. Na początku problem. - jak wygląda ikona tej aplikacji. Posłużyłam się AppStore powiodło się. Jest 💪 mam ale brak zasięgu. Po chwili jednak wskakuje. Jak się szybko domyśliłam kieruje nas centralnie na niebieski szlak od strony Przełęczy Kłodzkiej. Chcieliśmy iść żółtym. Pomyślałam - nie będę z nią staczać walki w nocy w lesie. Wejdźmy na szczyt a żółtym zejdziemy. Będzie urozmaicenie i byle do celu. Przedzieramy się więc na szagę po lodzie, śniegu, liściach, błocie i połamanych gałęziach a nawet drzewach na zmianę. Oczywiście pionowo do góry. Nieważna byle na szczyt. A zapomniałam. Był jeszcze z nami Shark. Założyłam mu dresik by nie klepał kosy a ten bidoka potargał ją na pierwszych przeszkodach. Jak na początku prowadził tak na wspinaczce szedł już za mną i patrzył jak idę. Ja pitolę ale jazda. Czuję jakbym stoczyła walkę z bykiem albo z balem hm. Hit ta apka. Z drogi na drogę łojąc pionowe ściany wskakujemy na niebieski szlak. A tu już aura po bandzie. Mgła jak skurczybyk i zaczyna fukać jak na oceanie. Dobrze że ten etap drogi doskonale znam bo na serio uwierzcie widać tylko buty stąpające a w koło mleczno zepsuta otchłań szargana kosmicznymi, mroźnymi podmuchami. Ręce momentalnie lodowe. Klupy w nosie i tęgi łeb. Świst i przygrywanie wieży słychać z daleka. I już nikt z nas nie ma ochoty na nią wejść. Po jakiego czorta. I tak nic nie widać. Podejrzewam że na pierwszym piętrze już byśmy zamarzli. To nie Everest by tak się poświęcać. Idziemy na chwilkę spocząć pod wiatą co nie należało do naszych przyjemności. I nie miało to zupełnie związku z obecną aurą. S*f jaki tam zastaliśmy mocno wbił moje buty w ziemię. Tego się nie da powiedzieć jak wielkie było moje rozczarowanie. Patrząc na to jak w dzisiejszych czasach ludzie robią z byle czego g***o burzę choćby moi sąsiedzi ( nie będę tego rozwijać ) to szok że nikt z tym nic nie robi 🙈🙈🙈 Totalna załamka. Totalna. Wnosisz głąbie pełne flaszki na górę bez problemu a puste Ci wadzą? To się nie dzieje. A hitem była sterta sierści po wyczesaniu jakiegoś psa. Na serio musisz robić to w takim miejscu? Co z Wami ludzie? Poważnie tracę w was wiarę. Niczego już się nie szanuje. Ale co się dziwię. Nie szanujemy siebie nawzajem a co dopiero przyrodę. Odpadłam w tym miejscu. Dałam wczoraj o tym post na pewnej z grup i jedna osoba dała mi komentarz. Bardzo słuszny - „ są turyści i „ turyści” - jednych poznasz po ich śladach, drugich po ich braku „
Czuję oburzenie i obrzydzenie. Kiedyś ktoś do mnie na grupie Sudety z plecakiem przypieprzył się że jeżdżę konno po górach. A jak nazwiecie to?
Wracamy. Tak jak zaplanowałam żółtym przez Szeroką Górę. Szybko na dół bo wiatr na zmianę z niesmakiem nie daje mi zebrać myśli. Kiedy mi się to udaje to zaczęłam się zastanawiać jak znajdziemy auto. Nie zaznaczyłam pineski w miejscu porzucenia go 🙈 a na bank nie był na żółtym szlaku. No nic potem pomyślimy. Byle iść byle zniknąć. Spoko da się przejechać konno. Wezmę maczetę i usunę kilka chaszczy i będzie ok. Oznakowanie lipne. Mało zadbana trasa ale wiem że za dnia przepiękna widokowo. Docieramy do Lasek. Namierzamy auto ale adrenalina była 😂😂Tu na dole nieco ciszej uf. Nie znoszę tych naszych wichur.
Wracamy w komplecie do domu.
Motto na dziś : „Miałeś chamie złoty róg”