Korona Sudetów Polskich i Czeskich nocą

Korona Sudetów Polskich i Czeskich nocą Korona Sudetów Polskich i Czeskich nocą to nasz kolejny projekt na zabicie nudy. Ponieważ mamy zapędy wampirze robimy go właśnie w nocy :-)

Kłodzka Góra w nocy może Cię zaskoczyć !Dawno tego nie robiłam i może nawet wypadłam z wprawy ale co tam spróbuję bo war...
01/02/2024

Kłodzka Góra w nocy może Cię zaskoczyć !
Dawno tego nie robiłam i może nawet wypadłam z wprawy ale co tam spróbuję bo warto i jest o czym. To był totalny spontan i podjęta decyzja w ostatniej chwili. W sumie miało to być dla mnie praktyczne w ocenieniu drogi na nadchodzące rajdy konne. Czyli wejście na Kłodzką Górę od strony Lasek rzekomym żółtym szlakiem. Jak przystało na wyprawy z Teresą od początku wszystko nabierało komplikacji dużych rozmiarów. Nie żeby to była jakakolwiek wina Terki. Kto śledził moje wcześniejsze wpisy wie o co chodzi. Dla tych co nie wiedzą - w skrócie - my zwyczajnie tak mamy. A żeby było to złe 😂 Absolutnie w tym tkwi cały szkopuł że to jest najlepsze. Bardzo mi się nie chciało. Oj tak. Na serio. Jak zaczęły się komplikacje to szybko nabrałam tej mojej nadzwyczajnej energii ( mózg przeszedł na ostry tryb wyłupu najmądrzejszych decyzji ) I tak oto przyszło nam się zmierzyć niby z błahą wycieczką a jednak był to jakiś wyczyn. Ja bynajmniej jestem z siebie dumna. I to mi wystarczy 😂
Do rzeczy. Więc od początku nie wiedziałam od czego zacząć. Choćby od tego gdzie zostawić auto. Godzina była już dość późna. Obdzwoniłam po znajomych i udzielono mi rad co a jak. Oczywiście w praniu nie było to tak oczywiste. Miałam przejechać obok Leśniczówki i pojechać dalej za szlaban i jechać ile się da. A potem to już hop sa sa i góra na wyciągnięcie dłoni. Może za dnia to by pojechało ale w nocy 🙈 hm klękajcie narody. Dojechałam do zrywki, zostawiłam auto i teraz gdzie? Ani szlaku. Ani pomysłu.
Pogoda była tak przyjazna ( zero wiatru, delikatny plus. No i bez deszczu) że to mnie zachęciło by się ruszyć. Towarzyszył nam jeszcze Wojtek.
Więc stoimy jak trzy dupy na słabym wietrze i mużdżymy. Pierwsze co mi na myśl przychodzi to zmienić koncepcję. Jednak ja się nigdy nie poddawałam. Dawno nigdzie nocą się nie wybierałam ale to kompletnie nie w moim stylu. Przed nami chyba z pięć różnych dróg i żadna dobra co okazało się dopiero przy powrocie. No cóż. Do tego siadła mi już czołówka. Pięć minut od auta. Zupełnie nie pamiętałam kiedy ją ładowałam. Miałam jeszcze jedną w zapasie ( w sumie też dość nie pewną). Wiem co krytycy pomyślą 😂 Skrajna głupota i nieodpowiedzialność. Jak wiecie zwisa mi to i powiewa co kto myśli. Robię swoje. Taka już jestem. To nie Tatry ani Karkonosze.
Po wymianie światła pomyślałam o apce mapy cz. Zajebista aplikacja. Komórka też nie grzeszy nabitą baterią 😂 Damy radę. Na początku problem. - jak wygląda ikona tej aplikacji. Posłużyłam się AppStore powiodło się. Jest 💪 mam ale brak zasięgu. Po chwili jednak wskakuje. Jak się szybko domyśliłam kieruje nas centralnie na niebieski szlak od strony Przełęczy Kłodzkiej. Chcieliśmy iść żółtym. Pomyślałam - nie będę z nią staczać walki w nocy w lesie. Wejdźmy na szczyt a żółtym zejdziemy. Będzie urozmaicenie i byle do celu. Przedzieramy się więc na szagę po lodzie, śniegu, liściach, błocie i połamanych gałęziach a nawet drzewach na zmianę. Oczywiście pionowo do góry. Nieważna byle na szczyt. A zapomniałam. Był jeszcze z nami Shark. Założyłam mu dresik by nie klepał kosy a ten bidoka potargał ją na pierwszych przeszkodach. Jak na początku prowadził tak na wspinaczce szedł już za mną i patrzył jak idę. Ja pitolę ale jazda. Czuję jakbym stoczyła walkę z bykiem albo z balem hm. Hit ta apka. Z drogi na drogę łojąc pionowe ściany wskakujemy na niebieski szlak. A tu już aura po bandzie. Mgła jak skurczybyk i zaczyna fukać jak na oceanie. Dobrze że ten etap drogi doskonale znam bo na serio uwierzcie widać tylko buty stąpające a w koło mleczno zepsuta otchłań szargana kosmicznymi, mroźnymi podmuchami. Ręce momentalnie lodowe. Klupy w nosie i tęgi łeb. Świst i przygrywanie wieży słychać z daleka. I już nikt z nas nie ma ochoty na nią wejść. Po jakiego czorta. I tak nic nie widać. Podejrzewam że na pierwszym piętrze już byśmy zamarzli. To nie Everest by tak się poświęcać. Idziemy na chwilkę spocząć pod wiatą co nie należało do naszych przyjemności. I nie miało to zupełnie związku z obecną aurą. S*f jaki tam zastaliśmy mocno wbił moje buty w ziemię. Tego się nie da powiedzieć jak wielkie było moje rozczarowanie. Patrząc na to jak w dzisiejszych czasach ludzie robią z byle czego g***o burzę choćby moi sąsiedzi ( nie będę tego rozwijać ) to szok że nikt z tym nic nie robi 🙈🙈🙈 Totalna załamka. Totalna. Wnosisz głąbie pełne flaszki na górę bez problemu a puste Ci wadzą? To się nie dzieje. A hitem była sterta sierści po wyczesaniu jakiegoś psa. Na serio musisz robić to w takim miejscu? Co z Wami ludzie? Poważnie tracę w was wiarę. Niczego już się nie szanuje. Ale co się dziwię. Nie szanujemy siebie nawzajem a co dopiero przyrodę. Odpadłam w tym miejscu. Dałam wczoraj o tym post na pewnej z grup i jedna osoba dała mi komentarz. Bardzo słuszny - „ są turyści i „ turyści” - jednych poznasz po ich śladach, drugich po ich braku „
Czuję oburzenie i obrzydzenie. Kiedyś ktoś do mnie na grupie Sudety z plecakiem przypieprzył się że jeżdżę konno po górach. A jak nazwiecie to?

Wracamy. Tak jak zaplanowałam żółtym przez Szeroką Górę. Szybko na dół bo wiatr na zmianę z niesmakiem nie daje mi zebrać myśli. Kiedy mi się to udaje to zaczęłam się zastanawiać jak znajdziemy auto. Nie zaznaczyłam pineski w miejscu porzucenia go 🙈 a na bank nie był na żółtym szlaku. No nic potem pomyślimy. Byle iść byle zniknąć. Spoko da się przejechać konno. Wezmę maczetę i usunę kilka chaszczy i będzie ok. Oznakowanie lipne. Mało zadbana trasa ale wiem że za dnia przepiękna widokowo. Docieramy do Lasek. Namierzamy auto ale adrenalina była 😂😂Tu na dole nieco ciszej uf. Nie znoszę tych naszych wichur.
Wracamy w komplecie do domu.
Motto na dziś : „Miałeś chamie złoty róg”

Sporo upłynęło nim dojrzałam do tego opisu W sumie to nie kwestia lenistwa czy ogólnej niechęci tylko czas był trudny i ...
02/02/2022

Sporo upłynęło nim dojrzałam do tego opisu W sumie to nie kwestia lenistwa czy ogólnej niechęci tylko czas był trudny i niesprzyjający by się temu pochylić, To nie w moim stylu, że się tłumaczę. Moje tradycje są niezmienne i niezmienny jest fakt, że w Szczodre Gody pojawiłam się na Jaworniku. Tak samo uczciłam mój Nowy Rok z 14/15 stycznia. W obu przypadkach towarzyszyła mi jak za starych dobrych czasów Terka. Wigilia Nowego Światła była dosłownie dwie doby po pełni stąd noc była mega jasna, aż denerwująca bo jak robiłam fotki to wyglądały jakby były za dnia. Umowne miejsce spotkania to już chyba też tradycja - Biała Góra. Gdy dotarłam na miejsce dzwonię do Terki i pytam czy mnie widzi ( pamiętamy jasna noc a lampka moja ośietla większość terenu ) Odpowiada - " tak widzę ". Super ja bacznie obserwuje jej samochód ale światełka z jej czoła nie dostrzegam. Czekam i czekam a po koleżance ani słychu ani widu. Norma - przecież to tylko Terka 🙂 Dzwonię zniecierpliwiona po raz drugi. A ona do mnie- " no gdzie Ty jesteś? " Taa no jak to gdzie w kinie. Aura nie jest sprzyjająca. Lekko zawiewa i jest -10 stopni. Marznę w ekspresowym tempie. W końcu się namierzamy i kontynuujemy naszą wędrówkę. Jestem świeżo po Covidzie więc moje siły słabną z każdym krokiem. Czuję jak sapie wewnętrznie bo wstydzę się tak oficjalnie. Przecież znana jestem z nieprzeciętnej kondycji a tu taka siara. Idę i walczę sama ze sobą. Póki nogi powłóczą jest w miarę ciepło. Robimy krótki przystanek na Pięciu Drogach. Przepraszam, że wtrącę ale nie mogę się skupić i obawiam się, że mój opis na tym ucierpi ale Shark leży na sofce obok mnie i puszcza takie bąki, że matko do Ciebie. Odkąd odzyskałam węch wszystkie zapachy stały się mega intensywne. Rety aż mnie mózg boli. O przypomniał mi się cytat jaki ostatnio Nika mi pokazała 🙂 ( Gazów nie wolno wstrzymywać bo jak dotrą do mózgu to się będzie miało posrane myśli ) Także tak :-)Jak wspomniałam Pod Trzeboniem krótki przystanek i idziemy dalej. Na Jawornik docieramy o 23 godzinie. Taki był plan, tyle że jest zimno jak psi. Ja tego nie ogarnę. Wiem, że nie dam rady wyczekać do 24. ( Shark sobie poszedł na podłogę uf ) No i oczywiście jak chcesz żeby czas płynął po mału to leci jak szalony a jak chcesz by uciekł to dłuży się w nieskończoność. Wchodzimy na wieżę. Oddajemy dary natury i pijemy wodę ze źródła ( zadbałam o to i dzień wcześniej pojechałam zatankować na ową okoliczność ). Dobra tam nie da się wytrzymać. Terka w świetnym nastroju ja zamarzam z chwili na chwilę. Ręce już mam całkiem sine i mam wrażenie, że puchną. Nic nie potrafię w nich utrzymać. Masakra. Leży nawet sporo śniegu. Teresa walczy o ogień. Tak piździ, że nawet papier nie chce się palić. Ja pierdziele to się nie dzieje. Myśli w głowie mi zamarzają to są prawdziwe tortury. A ona szalona w rozpiętej kurtce drapie korę z brzozy i nadal wierzy w fakt, że zapłonie konar. O nie to nie pojedzie. Bardzo jednak szanuje jej determinacje co daje mi promyk wirtualnego ciepła. Gdzie ta cholerna 12 ? Jeszcze tylko albo aż 10 minut. Ja już chyba nie pamiętam po co tu jestem? Rety starzeję się ? To nie w moim stylu. A ta świergoli i świergoli. Matko jest północ. Co za ulga. Dzielimy się szczodrakiem, Który zrobiła dla mnie jedna z moich ulubionych amazonek Wiktoria Paluch ( był pyszny, dzięki Wiki ), składam prośby i spadamy czem prędzej bo droga daleka. Mam tak zmarznięte ręce, że nie jestem w stanie zdjąć spodni żeby się wysikać. Więc mam kolejny problem by to utrzymać do momentu aż będzie wykonalne. Woo prędko tu nie wrócę. Idziemy szybko więc w końcu się rozgrzewamy. Na Białej Górze się żegnamy. Dalej już idę sama. W domku jestem 1.30. Wielka ulga.Jeżeli chodzi o nasz Nowy Rok to nie ma o czym pisać Tradycja się dokonała jednak tylko na Bali. Pogoda była tak zawistna, że po doświadczeniach ze Szczodrych Godów wybrałyśmy przyziemne tropiki. Każdy ma Bali na jakie sobie zapracował.Cóż - Niech Żyje Bal !!!!

Szczeliniec Wielki o północy daje wiele mocy !To nie będzie typowy opis jaki do tej pory popełniłam gdyż tym razem bardz...
02/07/2021

Szczeliniec Wielki o północy daje wiele mocy !
To nie będzie typowy opis jaki do tej pory popełniłam gdyż tym razem bardziej chcę nawiązać do tego co mi w duszy gra jak wybieram się nocą w góry. Już same te zdjęcia powinny oddać wszystko co mam do powiedzenia. Ale najpierw napiszę Wam tylko, że wypad jak zwykle był bardzo udany, doborowe towarzystwo ( to podstawa takiej wyprawy ). Tym razem kroku mi dotrzymywali Paweł i Ania. Lepiej na to wyjście nie mogłam sobie wymarzyć. Paweł pierwszy raz był nocą w górach więc kłębiło się w nim dużo emocji. Trochę strachu, trochę adrenaliny. Finalnie jednak cieszył się wszystkim jak murzyn blaszką lub jak szczęśliwe dziecko. Ania odpoczywała po ciężkiej pracy a ja jestem jak dzikie zwierzę wypuszczone z klatki. Energia, szczęście i wolność jednocześnie. Mam wrażenie jakby chciało mnie rozerwać w piersi. Chcę być wszędzie na raz. Wyspinać każdą skałę, wygiełgać każdą szczelinę, zajrzeć do wszystkich dziur. Przytłaczające jednak są te wszechobecne śmieci. Ludzie opamiętajcie się! Co się z Wami dzieje? Nie ogarniam. Macie krytykę do mnie, że nocą chodzę po górach a co z Wami śmieciarzami? Idziecie w te góry po jaką cholerę? Wnosisz na plecach pełną butelkę wody czy puszkę piwa a pustej już nie potrafisz znieść? Z takich widoków serce mi krwawi i mam ochotę zrobić porządek z tą bandą debili. Muszę się uspokoić wrócić wspomnieniem do tego co było najcudowniejsze a to fakt, że Szczeliniec jest jedną z najbardziej obleganych gór w Sudetach. Znany ze swego rodzaju wyjątkowym labiryntem skalnym. W nocy nie było tam żywej duszy. Był cały dla nas a my dla niego. I to jest urok największy. Niemal słychać jak rosną liście na drzewach i szyszki. Skały nucą odwieczną balladę o wyjątkowych formacjach jakie się tu utworzyły. Takie zjednoczenie się z przyrodą jest tylko możliwe nocą. Czy za dnia byłaby szansa na biesiadę w "piekiełku " ? Robienie bezproblemowo zdjęć i nikt Ci się nie wciska w kadr czy nerwowo nie tupie z nóżki na nóżkę bo też chce zdjęcie akuratnie w tej samej sekundzie co Ty. Nie mówiąc nic o hałasie jaki ludzie uwielbiają tworzyć. Walorów nocnego chodzenia nie ma końca. Pogoda nam bardzo dopisała. Choć jak jechaliśmy to zaczęło padać. Jednak nim dotarliśmy się uspokoiło. Wiaterek tylko momentami podmuchiwał na punktach widokowych. Nic dziwnego. Są dość mocno wyeksponowane.
Także to nie będzie długa opowieść. Tyle wystarczy. Sama sobie zazdraszczam tych nocnych wypadów. Jestem ciemnolubnym stworem i to już chyba się nie zmieni. Pewnie częściowo zawdzięczam to mojej pani opiekunce z przedszkola, która w ramach kary za to, że nie chciałam leżakować zamykała mnie na godziny samą w ciemnym kiblu. Co mogło się wtedy dziać w pięcioletniej główce?
Hasło na dzisiaj - " Nocy przybywaj i ze mną odkrywaj, wolność, naturę i ciemną górę ! "

Czernica w Nocy Łotwiera Łocy!!!!Ta dwie szalone mamuśki wybrały się o 11 w nocy na Czernicę ( 1100 m n.p.m.) albo jak k...
27/05/2021

Czernica w Nocy Łotwiera Łocy!!!!
Ta dwie szalone mamuśki wybrały się o 11 w nocy na Czernicę ( 1100 m n.p.m.) albo jak kto woli ( 1084 m n.p.m. ) a może ( 1184 m n.p.m. ) Góry Bialskie o sorry już Złote. Kocham Sudety.
A i w pełni księżyca. Ponoć był krwisty i jeszcze zaćmienie. U nas 100%. Jak go zaćmiło to już na całą noc. ( zaćmiło go w pełni hahahaha ) Tyle go widzieli hm. Z racji pełni po drodze istny zwierzyniec a to już zaczyna być chyba normą.
Ruszamy ze Starego Gierałtowa czerwonym szlakiem. 26 maj a pizga jak w marcu. Marznie mi szyja i ręce. Matko do Ciebie co za masakra. Kiedy będzie ciepło się pytam? Po drodze ( póki jeszcze nie wieje. Bo będzie wiało i to sążnie ) opowiadam Terce jakie koszmary mi się śniły. Przed pełnią w końcu było. A mianowicie, że jadłam mięso i to był tak obrzydliwy sen, że mało przez niego nie zwymiotowałam. Na drugi dzień apteka i witamina B12. Takie sny nie są bez powodu hahahaha. Leziemy lasem szutrową drogą, delikatnie snując się pod górkę. Zmiana garderoby co kilkaset metrów ze strony Terki. Ja standardowo idę na lekko. Początkowo przymarzam a w trakcie marszu robi mi się coraz cieplej. Praktycznie już się nie pocę. Jak to moja bratowa stwierdziła ( pozdrawiam serdecznie ) sama skóra i piszczele. A jednak jak droga robi się stromsza to mam wrażenie, że coś tam się skrapla. Oczywiście - nowo kupiona butelka okazała swoją cudną szczelność i po krótkiej chwili już pływam w limonkowej coli. Ja pierdziu. Wszystko się klei. Co za szajs. Dochodzimy do rozwidlenia szlaku czerwonego i żółtego. Z naszej mapy wynika, że oba równolegle wchodzą na szczyt. I co teraz? Żółty nas bardziej przekonuje, gdyż jest mega stromy. Może mapa nieaktualna, a to w końcu jest tysięcznik i noc tęga. Nie będziemy się snuć bez końca w koło tej góry. Czym wyżej tym bardziej wieje. Ale - Uwaga - nie pada. A w dzisiejszej dobie to sukces. Nie narzekamy- wspinamy. Takie wejścia to ja kocham. Wprost uwielbiam. To ma sens. Tysiąc razy bardziej wolę niż tulenie się do poduszki 😉 W pełnię i tak bym źle spała. Napotykamy ciekawe formacje drzewne. Wyobraźnia działa. Sami się domyślajcie. Tematu nie sprzedam. I czego tera brakuje? No czego????
Wiadomka - chorej, ryjącej mózg nuty. Mało tego. Ona jest ze mną do teraz. Jak to piszę dalej trzaska mi po zwojach. Chyba nie wypoczęłam odpowiednio i oto efekt. A co to jest tym razem. Też Wam nie sprzedam - jest tak żenujące. Gorsze niż jedzenie mięsa. Serio. Pytanie - skoro tego nie słucham i nie słyszałam od dawna, to czemu w takich momentach do mnie przychodzi? Czy to taki rodzaj tortur? Pokuta? Pewnie tak. Bo to dla mnie jak walenie głową w kamień. Pniemy się, pniemy a tu wieża. Piękna, drewniana i całkiem wysoka. Cieszymy się i wyraziście to okazujemy. Przyświecam w nią a tu dwa hamaczki rozwieszone. No trudno. Zaburzyliśmy sen nocy majowej i wcale nie jest mi z tego powodu przykro. Trzeba się liczyć z tym, że inni o tej godzinie wędrują i nie po to by szemrać po cichu. Robię to dla wolności by poczuć ją jak najbardziej. Oryginalnie bez zakłóceń, także nie przepraszam, że Was obudziłam. Nie żałuję 🙂 Mieliście pecha. I jak będziecie nas obsmarowywać na Sudety z Plecakiem to raczej przemyślcie dobrze temat! Bardziej rażące było to śmieciowisko, które tam zastałyśmy. Mamy mocne postanowienie. Od następnego razu nosimy worki na śmieci i będziemy sprzątać po tych takich co słabo pojmują poczucie wolności. Riva Riva Auua. Zdobywamy naszą większą ospałą ambonę. Widok hm - za dużo miasteczek, wiosek, wichurek a za mało gór. No chyba, że oprócz zaćmienia księżyca było zaćmienie widoczności? Pizga. Palce u rąk już podmarznięte. Więc spadamy, Schodząc Terka do mnie: " może zrobię Ci zdjęcie na wieży? " Na co ja: " Marze o tym " Ale musieli byście słyszeć w jakim tonie i sposobie wypowiedziałam to zdanie. Momentalnie buchnęłyśmy śmiechem. Wieżowi nocunie udają, że śpią. Hahaha A ja jeszcze dokładam: "Pierwsze słowo jakie wypowiedziałam po urodzeniu to właśnie Czernica 🙂" Oki pora na sesję, krótką biesiadę no i rząd. Spyrkamy stąd. Ulga dla niektórych. I tu by naszego duetu nie było gdybyśmy nie postanowiły schodzić inną trasą. Okazała się być na okrętkę. Do tego mocniej wypizgana. Większość po asfalcie i do końca ta niepewność czy w 100% dobra. Ale udało się przed trzecią jesteśmy przy aucie. Ruszamy. W drodze źródełko magiczne. Tankujemy i ze wschodem jesteśmy w domku.
Hasło na dziś: Pamiętaj na zaćmienie księżyca najlepsza jest Czernica!

Zwierzęca Borówkowa Całkiem Odlotowa !!!Znowu sporo wody upłynęło w rzece nim wróciliśmy na nocne górskie ścieżki. Tak t...
19/05/2021

Zwierzęca Borówkowa Całkiem Odlotowa !!!
Znowu sporo wody upłynęło w rzece nim wróciliśmy na nocne górskie ścieżki. Tak to już w życiu bywa. Nie zawsze się da - niestety. Padło na Borówkową by tak delikatnie rozkręcić ten trybik. Plany skąd bez przerwy się zmieniały. Spotkaliśmy się z Pawłem vel Pociechą Naszej Radości na Przełęczy pod Jawornikiem czy też inaczej Jaworowej. Po drodze istny zwierzyniec. Co chwilkę jakieś sarny, liseczki i znowu sarny. Jedna to prosiła się by skończyć na grillu ale nie daliśmy jej tej satysfakcji. Pytanie - " Idziemy od tej przełęczy czy skracamy i ciśniemy z Przełęczy Różaniec ?" Na co Paweł - "Wolę krótszą trasę bo jestem po dniówce " Hm wpadliśmy w małą konsternację!!! A po czym my niby jesteśmy? Z tego co pamiętam wszyscy jak jeden mąż skończyliśmy pracę jakieś pół godziny temu a w tej chwili to 21 z hakiem. No ale dobra. Dniówka dniówce nie jest równa 🙂 Bez komentarza idziemy do auta i lecimy na Orłowiec. Docieramy na polankę przy Różańcu i spokojnym tempem ruszamy ku naszemu nocnemu wyzwaniu. Snujemy opowieści jak to jedni z nas zimą mieli tu przejścia inni z rowerem i tak nie wiadomo kiedy a już jesteśmy przy Żydzie. Cóż to Żyd? Otóż jedyna okazała skała jaka jest po drodze została przez nas tak nazwana w pewną Sylwestrową noc. Tradycją też się stało rzut monetą na szczęście w Żyda. Uczynione 🙂 Stąd to już "żyd jarmułką" na Borówkową 🙂 Zdobywamy oczywiście z Pociechą ową skałę. Nie mogło być inaczej. Ok czuć już zapach wieży. I jest opuszczona tylko dla nas i to cały urok tych nocnych wypadów. Całkiem przyjemna noc. Zero podmuchów. Wręcz idealnie. Jednak na szczycie zaczyna lekko ciapać i wiać. Więc nie przesiadujemy zbyt długo na baszcie by nie przewiać naszych czci godnych zadków. Wracamy. Jakoś nam to wszystko nie pasuje. Żadnej przygody? Niespodzianki niespodziewanej? No nic. Jesteśmy przy autach. Umawiamy kolejne wyjście. Uściski i wypad. W Orłowcu zatrzymuje się koło nas auto. Jego kierowca pyta się czy jesteśmy stąd i czy nie wiemy czyje mogą być konie, które biegają po drodze Lądeckiej. Jest godzina kilka minut po dwunastej. Mam pewne przypuszczenia. Jednak dodzwonić się do kogoś o tej porze graniczy z cudem. Jedziemy spokojnie do domku. Zatrzymujemy się obowiązkowo przy źródełku. Napełniamy butelki i pyrkamy dalej. A co natykamy na drodze? Oczywiście te trzy biedne zagubione koniki. Zatrzymujemy się i gonimy przypuszczalnie w stronę domu. Okazało się, że to były konie zupełnie kogoś innego. Wpadłam na to dopiero w domu powiadamiając natychmiast ich właściciela. Masakra. Wszystko z nimi dobrze się skończyło na szczęście. Jedziemy dalej. Co do cholery? Na drodze coś leży. Znowu się zatrzymujemy. Wychodzę, przyświecam a to lusterko od auta. Ja pierdykam co tu się na tej drodze odwala tej nocy? A do pełni jeszcze daleko. Jedziemy. Patrzę a tu łania przeskakuje przez barierkę jak rasowy koń. Czy to się dzieje na serio? Może mamy omamy? Jesteśmy na Białej Górze a tu cała masa małych lisków biegających po drodze. W tamtą stronę jak jechaliśmy też biegały. Trąci to niepokojem co z ich matką? Co robimy? Znowu się zatrzymujemy i szukamy po rowach martwej lisicy. Nic takiego nie znajdujemy. Ruszamy dalej. Kurka kolejny lisek i siedzi na drodze. W dupę węża znowu stajemy a ja idę do niego. Chwilowo zainteresowany, jednak ucieka finalnie w krzaki. Trudno. Jedziemy. No bez trzymanki - znowu cos leży. Tym razem to już dramatyczny obrazek. Świeżo przejechany jeden z tych małych lisków. Usuwamy trupka z drogi. W życiu tyle razy na tak krótkiej trasie nie wysiadałam z auta. To jest hit. Dojeżdżamy w końcu do domu. Wiadomka była, że coś musiało w trawie piszczeć. To by nie przeszło. Z nami już tak bywa.
Hasło na dziś: "Gdy noc bywa ponura to objawia się zwierzęca natura!!!"

Adresa

Javorník

Internetová stránka

Upozornění

Buďte informováni jako první, zašleme vám e-mail, když Korona Sudetów Polskich i Czeskich nocą zveřejní novinky a akce. Vaše emailová adresa nebude použita pro žádný jiný účel a kdykoliv se můžete odhlásit.

Odkazy

Sdílet