05/06/2026
To czysty, piłkarski pozytywizm. Praca u podstaw, od samego spodu, wręcz od podszewki. Chyba coś takiego charakteryzuje naszych dotychczasowych bohaterów. I o tym staramy się opowiadać. Oczywiście w działaniach takich ludzi nie brakuje też pasji, ale również życiowej mądrości. Świadczy o tym nasza rozmowa z Ryszardem Monastyrskim, prezesem Ludowego Klubu Sportowego Orion Jacnia, byłym zawodnikiem Meblarza Bondyrz
- Czy Pan pochodzi z Jacni?
- Tak, tak, od urodzenia. A mam 67 lat. Od 1992 roku zajmuję się klubem Orion Jacnia. I tak się działa, cały czas.
- To może nam Pan opowie o swojej rodzinie, pasjach, pracy i tej malowniczej miejscowości. To miejsce nadal się zmienia, rozwija, także pod względem sportowym. Stadion przy którym teraz jesteśmy jest może niewielki, ale zadbany, reprezentacyjny.
- Zawsze ważne są początki. Moja mama nazywała się Weronika, a ojciec Jan. Miałem też czterech braci, ale jeden niestety już nie żyje. Rodziliśmy się tak mniej więcej co dwa lata. Miałem też siostrę, ale zmarła w 1964 roku, gdy miała pół roczku. Tato pracował w Rejonie Dróg Publicznych, był drogowcem, lał smołę. A mama zajmowała się nami. I oczywiście gospodarstwem, w którym zawsze było mnóstwo roboty. Pola nie mieliśmy jednak dużo, około trzech i pół hektara ornego. I było dość słabe, więc np. na buraki za bardzo się nie nadawało. Uprawialiśmy jednak jęczmień, owies, pszenicę, żyto. Wszyscy bracia rodzicom pomagali, pracowali. A jak tato przyjechał z roboty w rejonie przecież nie leżał. Mieliśmy też krowę, konia, świnie, kury, wiadomo.
- Dominującą uprawą w Jacni, w czasach Pana dzieciństwa, był chyba tytoń.
- Tak. Napracowałem się przy nim mnóstwo, palce czasami były do cna od tego pościerane. W maju się tytoń sadziło, potem się plewiło, w lipcu – czasami troszkę później – odbywało się rwanie. Wszystko ręcznie. Koniem się jechało, na wóz się kładło, nawlekanie, wieszanie w suszarni. My uprawialiśmy zwykle odmianę tytoniu o nazwie Virginia. To było opłacalne. Podczas jednego z sezonów zarobiliśmy tyle, że udało się za to nawet kupić pustaki na dom. Sadziło się też czasami tytoń puławski, mniej szlachetny, który mógł być suszony na płotach, domach. Nie był jednak tak opłacalny jak Virginia.
- Jak wyglądał Pana pierwszy, rodzinny dom w Jacni?
- On już nie istnieje, ale ja cały czas mam go przed oczami. Był drewniany, a w nim tylko kuchnia i pokój z piecem kaflowym. Bez podpiwniczenia. I obok taka mała przybudówka... Do Szkoły Podstawowej chodziłem w Jacni, tam skończyłem siedem klas, a do ósmej klasy chodziłem w Hutkach-Kaczórkach.
- Graliście wówczas w piłkę nożną?
- Oczywiście. Marzyliśmy o prawdziwych meczach, ale czasy były trudne. Chłopcy z połowy wsi składali się na jedną piłkę. A gdy ją już mieliśmy, myśleliśmy tylko o grze. W niedzielę szło się do kościoła, a potem, po nabożeństwie goniło się na boisko – które tak naprawdę było po prostu pastwiskiem - i tam graliśmy, łupiliśmy cały dzień! Zwykle w każdym składzie grało po pięciu chłopaków.
- A gdzie było wówczas w Jacni to pierwsze, chłopięce boisko-pastwisko?
- Na przeciwko remizy. Niewielkie. Tam było takie miejsce nazywane Kurysowym Rowem, bo obok mieszkał pan Kurys. Potem graliśmy też na innym terenie, tam gdzie jest dzisiaj boisko Oriona Jacnia. Nazywano je potocznie „Za Janem”. Tam było przestrzenniej, ale też na piachu. Mieliśmy już jednak większe, drewniane bramki.
- Jak w tych czasach wyglądała Jacnia?
- W całej wsi stało może kilka murowanych domów, a reszta drewniana. W miejscowości żyło wtedy jakieś 600 może 700 osób. W każdym domu było wówczas przynajmniej troje lub czworo dzieci, a czasami znacznie więcej. U nas pięcioro, ale już na przykład u sąsiada – dziesięcioro. Czyli wraz z rodzicami w tym domu mieszkało 12 osób. I to było normalne. W niektórych domach mieszkały nawet trzy pokolenia. Nie mieliśmy wygód: wody w kranach, ubikacji w domach, tylko tzw. sławojki na zewnątrz, a pranie odbywało się w rzece Jacynce lub Jacence, bo różnie mówią z tzw. kijanką (chodzi o narzędzie używane do prania zazwyczaj w rzece, strumieniu najczęściej w postaci wąskiej, drewnianej łopatki, kija lub drewnianej deszczułki – dop. autorzy). Takie było jeszcze wtedy zwyczajne życie. I ludzie żyli zgodnie, w warunkach, które dzisiaj byłyby nie do pomyślenia! Było biedniej, ale jakoś weselej. Tak o tym myślę. A było to lata 60. i 70. ubiegłego wieku. Sytuacja materialna trochę poprawiła się u nas dopiero za Gierka. To wtedy wieś się wydźwignęła, zaczęła powoli zmieniać. Dzisiaj w Jacni zarejestrowanych jest około 400 osób, ale mieszka może 300. Miejscowość jest bardziej rozległa, ale mieszkańców ubyło. Niektóre domy stoją puste. Pojawiają się jednak nowi mieszkańcy. Bo to przecież niedaleko od Zamościa i Krasnobrodu, a miejscowość ma charakter turystyczny.
- A może było tak, że wspólna, ciężka praca – żniwa, wykopki - jednoczyła kiedyś ludzi?
- Tak było. Kobiety na przykład się zbierały i chodziły wspólnie na pole z motykami. Siedem, osiem. Najpierw pracowały w jednym gospodarstwie, potem w kolejnym i następnym. Ktoś przygotowywał jedzenie i im zawoził, mężczyźni też pomagali. Wszystko wspólnie. To spajało wiejską społeczność. Życie na wsi miało jednak wiele wymiarów. Do miasta też się oczywiście jeździło. Były autobusy PKS, ale w czasach mojej młodości lepiej spisywała się Autonaprawa (chodzi o Zamojską Spółdzielnię Pracy Kierowców i Pracowników Samochodowych „Autonaprawa”, która funkcjonowała w Zamościu blisko 70 lat: od 1950 r. - dop. autorzy). Pamiętam ich autobusy, w tym słynne jelcze nazywane „ogórkami”. Dojeżdżałem nimi np. do średniej szkoły w Zwierzyńcu. Bo po podstawówce dostałem się do Technikum Przemysłu Drzewnego.
- Jeszcze wrócimy do historii Jacni. Jednym z przysiółków (chodzi o skupisko kilku gospodarstw znajdujących się poza zwartą zabudową wsi) Jacni są Bródki. To nadal niezwykłe, jakby zatrzymane w czasie miejsce. Nadal otoczone lasami ma ono dawny, unikatowy, roztoczański charakter. Zobaczymy tam m.in. drewniane domy i liczne opłotki, stojące przy wijącej się drodze. W centrum Bródek stoi także krzyż z 1937 roku ozdobiony kolorowymi wstążkami. Zobaczymy także studnię z której wodę nabiera się wiadrem za pomocą korby. Usłyszeliśmy tam ciekawe opowieści o tajemniczej mogile z czasów Powstania Styczniowego (po bitwie pod Krasnobrodem, miał w tym miejscu stacjonować oddział Marcina Borelowskiego „Lelewela”). Natomiast we wrześniu 1939 roku w tych okolicach ciężkie walki z Niemcami toczyli żołnierze z Wołyńskiej Brygady Kawalerii oraz Kombinowanej Brygady Kawalerii dowodzonej przez pułkownika Adama Zakrzewskiego. Długo można o tym wszystkim opowiadać. Słynne są także stare karawaki z Jacni i okolic. Były one nazywane krzyżami cholerycznymi lub morowymi. Można je spotkać w różnych zakątkach naszego regionu. Ustawiano je zwykle na skrajach miejscowości, bo stamtąd mogło przyjść „morowe powietrze” oraz inne choroby zakaźne. Jedna z takich starych karawak nadal stoi w Szewni Dolnej (gm. Adamów). Inne można także zobaczyć w Jacni: przy skrzyżowaniu prowadzącym w stronę Krasnobrodu oraz niedaleko stadionu i miejscowego zalewu.
- Gdy byłem dzieckiem, często słyszałem o bitwie, która tutaj obyła się w 1939 roku. Na łąkach czy przy lasach znajdowano kiedyś jej pozostałości. Nawet u nas w gospodarstwie mieliśmy w czasach mojego dzieciństwa starą skrzynkę na amunicję, jakieś wojskowe puszki, obrzyny (chodzi o broń z obciętą lufą lub kolbą – przyp. autorzy). Pamiętam nawet, że widziałem dwa niemieckie hełmy. To było, potem gdzieś przepadło. A karawaki rzeczywiście broniły podobno ludzi przed zarazami. To wszystko oczywiście było ważne, z czegoś się przecież wyrasta. Ja jednak od maleńkości jakoś szczególnie pokochałem piłkę nożną. Wieści o wszystkich mistrzostwach, olimpiadach się wówczas wręcz chłonęło. A przecież w tamtych czasach nie było jeszcze za bardzo na wsi telewizorów. Słuchaliśmy jednak radia, tranzystorów. Pamiętam, że gdy w 1973 roku pasłem na łące krowy z takim pożyczonym radyjkiem-tranzystorem dowiedziałem się, że w jednym z meczów został sfaulowany Lubański. Jak ja to przeżywałem! Bardzo! I te wszystkie, wspaniałe mecze! A finał z Węgrami – jak Deyna strzelił dwie bramki? Coś pięknego!
- Chodzi o finał Igrzysk Olimpijskich w Monachium: 10 września 1972 roku reprezentacja Polski pokonała Węgry 2:1. Wówczas chyba pierwszy raz polscy piłkarze zwyciężyli w oficjalnym turnieju o wysokiej randze światowej. Wkrótce rozpoczął się okres ich wielkich sukcesów.
- Tak! Przegrywaliśmy jeden zero, a potem wygraliśmy 2:1. Trudno to zapomnieć. A potem wspaniałe mistrzostwa świata (pan Ryszard wymieniał nam wówczas kolejno wszystkich przeciwników narodowej reprezentacji oraz podawał wyniki spotkań – przyp. red.). I ten słynny „mecz na wodzie” z Niemcami. I kolejne sukcesy m.in. na mundialu w Hiszpanii! A ja, gdy już zrobiłem obrządek w gospodarstwie biegłem słuchać radia, a czasami też widziałem relacje w telewizji, gdzieś u sąsiada. Albo słuchało się relacji przy obrabianiu tytoniu, z radyjka ustawionego na takim wózku do chwastów. Wszystko pamiętam. Coś pięknego! Sukcesy reprezentacji Polski były ważne dla wielu Polaków.
- Miał Pan marzenia o tym, że będzie piłkarzem?
- Grałem w Meblarzu Bondyrz. Dopóki nie dopadła mnie kontuzja kolana.
(Ciąg dalszy rozmowy za jakiś czas zmieścimy na naszych łamach).