Biegacz amator - historia
Kilka lat temu jako trzydziestoparolatek czułem, że nadal mam pełno sił i bez problemu mogę uprawiać dowolny sport. Wolałem chociażby jazdę na rowerze, wiatr we włosach i wyprawy leśnymi ścieżkami. Jakie było moje zdziwienie, kiedy żona po którejś nieudanej diecie, postanowiła zacząć uprawiać sport. Zaczęło się niewinnie od spinningów z koleżanką, a przeszło na ambitny p
lan wystartowania na wiosnę w Maniackiej Dziesiątce w Poznaniu. Wszystko według planu od marszobiegów do biegu ciągłego. Obserwowałem to z boku i byłem ciekaw wyniku. Sam bieganie jesienią i zimą uważałem za nieco ekscentryczne. Pierwszy start żony, to coś co bardziej zostało mi w pamięci niż mój pierwszy bieg. Dopingowaliśmy z dziećmi co sił wszystkich startujących i cierpliwie czekaliśmy na mamę-biegaczkę. Szybko okazało się, że to nie jedyny start i w roku kalendarzowym zaliczyła kilka startów w biegach i znacznie zrzuciła wagę. A ja, uczestnicząc jako kibic w tych startach, chłonąłem atmosfery tych imprez. Rozpoczął się kolejny rok. Żona nie odpuszczała, poprawiła i formę i wygląd. Nadal w błogim stanie samozadowolenia ze swojej “formy”. Na wiosnę żona już zaczynała się zbliżać do tempa biegu, który wydawał mi się dość szybki. Wtedy dopiero w głowie zaświtała myśl: trzeba sprawdzić, czy żona przypadkiem nie jest szybsza ode mnie! I tu na dobre zaczyna się moja przygoda z bieganiem. Pierwszy mój bieg był asekuracyjny - przebiegnę się dookoła osiedla, nie będę po tylu latach przerwy od biegania od razu rzucał się na długi dystans. Z drugiej strony tyle na rowerze śmigam, to czym to się może różnić. Ubrałem się na sportowo, włożyłem pierwsze z brzegu buty sportowe i wyszedłem. Pierwsze 100 metrów miałem z górki. Pobiegłem tak jak pamiętałem z czasów liceum - żwawo, długie kroki i po wypłaszczeniu i skręcie okazało się, że nie sposób takiej prędkości utrzymać. Ok, zdarza się, w końcu nie biegałem długo, zwolnię… na ½ km kolejny zakręt i znowu prędkość została zweryfikowana - przeszedłem do tuchtu. “Co jest?! Przecież na rowerze się nie oszczędzałem! Ok, plan minimum, nie przejść do marszu...”. I wtedy pojawił się ON. Malutki podbieg na skrzyżowaniu po pierwszym kilometrze. Nie stawałem, biegłem, wbiegłem i... siły się skończyły. Musiałem kawałek przejść… Porażka!? Resztę trasy, drugi kilometr, pokonałem marszobiegiem. Ale już wiedziałem na ile mylne było moje przekonanie o swojej formie! A potem było już tylko lepiej. Najpierw bezproblemowo zacząłem pokonywać trasę dookoła osiedla, później dystans 4km, 5km… Mój brzuch, który od siedzenia przy komputerze i przemieszczania się samochodem, pomału zaczynał wysuwać się przed szereg, wrócił do normy. A ja wystartowałem w zawodach na 5km, następnie 10km. Zrozumiałem w końcu co żona w tym widzi. Jest adrenalina, walka z samym sobą, euforia z przełamywania kolejnych progów. I tak zostałem biegaczem.