Zmieniła mnie piłka nożna

Zmieniła mnie piłka nożna To także rozważania o zmieniającym się Zamościu oraz całej Zamojszczyźnie

Opowieść Tomasza Tomczewskiego i Bogdana Nowaka o historii Zamojskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej, działaczach, piłkarzach oraz miłośnikach tej dyscypliny sportu.

To też już historia. Kadry z przebudowy zamojskiego stadionu. Tej ostatniej
10/06/2026

To też już historia. Kadry z przebudowy zamojskiego stadionu. Tej ostatniej

👇O dawnych zabawach, bójkach "gdy w główkach zaszumiało" oraz o tym, jak zespół Meffis pomagał utrzymywać… kluby piłkars...
08/06/2026

👇O dawnych zabawach, bójkach "gdy w główkach zaszumiało" oraz o tym, jak zespół Meffis pomagał utrzymywać… kluby piłkarskie w powiecie zamojskim (w latach 80. i 90. ubiegłego wieku) 👇⚽️

- Warto podkreślić, że w Bondyrzu, a potem już w Jacni drużyny mogły funkcjonować dzięki temu, że organizowaliśmy w tych miejscowościach zabawy taneczne. To było ważne. Gdy na przykład zorganizowaliśmy w styczniu, w karnawale, dwie takie imprezy, to potem mogliśmy funkcjonować przez caluśki rok! Jak to możliwe? - opowiada Ryszard Monastyrski, prezes Ludowego Klubu Sportowego Orion Jacnia. - Na przykład w Jacni na taką imprezę przychodziło za każdym razem 300 do 400 osób. A gdy raz grał zespół Meffis – udało się sprzedać ponad 500 biletów. To były tłumy! Jak niewielka sala remizy w sumie to wszystko wytrzymała, to ja nie wiem. Jeden człowiek stał po prostu na drugim! Wielu jednak schodziło na dół, gdzie w bufecie można było kupić wino czy piwo. To może dlatego to się jakoś udawało. Ale bilety przecież kupowali! To co zresztą udało się zarobić w bufecie, także zasilało drużynę. W efekcie wszystko wychodziło dosyć dobrze pod względem finansowym. Na naszych meczach natomiast nigdy nie było biletów. Utrzymywaliśmy się tylko i wyłącznie z zabaw. Gmina nic do działalności klubu nie dokładała.

- A jak wyglądały takie imprezy? Naprawdę było tak grzecznie?

- Zawsze się zamawiało jakiś zespół, obstawiało się bufet z jednym bufetowym. Oprócz piwa i wina była tam też oranżada. Czasami też czekolady, które można było kupić dla dziewczyn. W remizie w Jacni była na dole kuchnia, a w niej okienko. I z niego się sprzedawało. Jedzenia jednak tam nie serwowano. Ktoś też sprzedawał numerowane bilety. Tego się pilnowało, żeby nic jakoś „na lewo” nie wyszło. Młodzież się bawiła, ale to jaki grał zespół miało oczywiście znaczenie. Grał czasem Meffis z Hrubieszowa, ale najczęściej taka grupa z Wólki Łosinieckiej.

- Bywały też bójki?

- Zdarzały się oczywiście (śmiech). Nieraz sami swoi sobie narobili brudu. Coś tam ktoś wypił, w główce zaszumiało i kłopot gotowy. Pamiętam, że raz było tak, że zostałem sam przy biletach, na wejściu do remizy. I dwóch takich się zaraz przyczepiło. Zaczęli mnie bić. Zdążyłem się tylko szybko skulić, a jeden zaczął mnie kopać. Potem sobie poszli. I nagle zaczęło się nieść po Jacni „Ryśka pobili, Ryśka pobili!”. Przybiegli, zaczęli mnie oglądać. Wyszło jednak jakoś tak, że... nic mi się nie stało. Gdyby trafił mnie w twarz na pewno by mi szkód narobił. No cóż, bywało różnie.

⚽️📸Hetman Zamość awansował do III ligi! Zobaczcie zdjęcia z wygranego meczu z Janowianką 💪
07/06/2026

⚽️📸Hetman Zamość awansował do III ligi! Zobaczcie zdjęcia z wygranego meczu z Janowianką 💪

Hetman Zamość w trzeciej lidze! Kibice świętowali na zamojskim Rynku Wielkim!
06/06/2026

Hetman Zamość w trzeciej lidze! Kibice świętowali na zamojskim Rynku Wielkim!

06/06/2026

"Awans jest Nasz" - niosło się gromkim echem... Hetman Zamość pokonał Janowiankę 4:1 i awansował do III ligi 👍⚽👌

To czysty, piłkarski pozytywizm. Praca u podstaw, od samego spodu, wręcz od podszewki. Chyba coś takiego charakteryzuje ...
05/06/2026

To czysty, piłkarski pozytywizm. Praca u podstaw, od samego spodu, wręcz od podszewki. Chyba coś takiego charakteryzuje naszych dotychczasowych bohaterów. I o tym staramy się opowiadać. Oczywiście w działaniach takich ludzi nie brakuje też pasji, ale również życiowej mądrości. Świadczy o tym nasza rozmowa z Ryszardem Monastyrskim, prezesem Ludowego Klubu Sportowego Orion Jacnia, byłym zawodnikiem Meblarza Bondyrz

- Czy Pan pochodzi z Jacni?

- Tak, tak, od urodzenia. A mam 67 lat. Od 1992 roku zajmuję się klubem Orion Jacnia. I tak się działa, cały czas.

- To może nam Pan opowie o swojej rodzinie, pasjach, pracy i tej malowniczej miejscowości. To miejsce nadal się zmienia, rozwija, także pod względem sportowym. Stadion przy którym teraz jesteśmy jest może niewielki, ale zadbany, reprezentacyjny.

- Zawsze ważne są początki. Moja mama nazywała się Weronika, a ojciec Jan. Miałem też czterech braci, ale jeden niestety już nie żyje. Rodziliśmy się tak mniej więcej co dwa lata. Miałem też siostrę, ale zmarła w 1964 roku, gdy miała pół roczku. Tato pracował w Rejonie Dróg Publicznych, był drogowcem, lał smołę. A mama zajmowała się nami. I oczywiście gospodarstwem, w którym zawsze było mnóstwo roboty. Pola nie mieliśmy jednak dużo, około trzech i pół hektara ornego. I było dość słabe, więc np. na buraki za bardzo się nie nadawało. Uprawialiśmy jednak jęczmień, owies, pszenicę, żyto. Wszyscy bracia rodzicom pomagali, pracowali. A jak tato przyjechał z roboty w rejonie przecież nie leżał. Mieliśmy też krowę, konia, świnie, kury, wiadomo.

- Dominującą uprawą w Jacni, w czasach Pana dzieciństwa, był chyba tytoń.

- Tak. Napracowałem się przy nim mnóstwo, palce czasami były do cna od tego pościerane. W maju się tytoń sadziło, potem się plewiło, w lipcu – czasami troszkę później – odbywało się rwanie. Wszystko ręcznie. Koniem się jechało, na wóz się kładło, nawlekanie, wieszanie w suszarni. My uprawialiśmy zwykle odmianę tytoniu o nazwie Virginia. To było opłacalne. Podczas jednego z sezonów zarobiliśmy tyle, że udało się za to nawet kupić pustaki na dom. Sadziło się też czasami tytoń puławski, mniej szlachetny, który mógł być suszony na płotach, domach. Nie był jednak tak opłacalny jak Virginia.

- Jak wyglądał Pana pierwszy, rodzinny dom w Jacni?

- On już nie istnieje, ale ja cały czas mam go przed oczami. Był drewniany, a w nim tylko kuchnia i pokój z piecem kaflowym. Bez podpiwniczenia. I obok taka mała przybudówka... Do Szkoły Podstawowej chodziłem w Jacni, tam skończyłem siedem klas, a do ósmej klasy chodziłem w Hutkach-Kaczórkach.

- Graliście wówczas w piłkę nożną?

- Oczywiście. Marzyliśmy o prawdziwych meczach, ale czasy były trudne. Chłopcy z połowy wsi składali się na jedną piłkę. A gdy ją już mieliśmy, myśleliśmy tylko o grze. W niedzielę szło się do kościoła, a potem, po nabożeństwie goniło się na boisko – które tak naprawdę było po prostu pastwiskiem - i tam graliśmy, łupiliśmy cały dzień! Zwykle w każdym składzie grało po pięciu chłopaków.

- A gdzie było wówczas w Jacni to pierwsze, chłopięce boisko-pastwisko?

- Na przeciwko remizy. Niewielkie. Tam było takie miejsce nazywane Kurysowym Rowem, bo obok mieszkał pan Kurys. Potem graliśmy też na innym terenie, tam gdzie jest dzisiaj boisko Oriona Jacnia. Nazywano je potocznie „Za Janem”. Tam było przestrzenniej, ale też na piachu. Mieliśmy już jednak większe, drewniane bramki.

- Jak w tych czasach wyglądała Jacnia?

- W całej wsi stało może kilka murowanych domów, a reszta drewniana. W miejscowości żyło wtedy jakieś 600 może 700 osób. W każdym domu było wówczas przynajmniej troje lub czworo dzieci, a czasami znacznie więcej. U nas pięcioro, ale już na przykład u sąsiada – dziesięcioro. Czyli wraz z rodzicami w tym domu mieszkało 12 osób. I to było normalne. W niektórych domach mieszkały nawet trzy pokolenia. Nie mieliśmy wygód: wody w kranach, ubikacji w domach, tylko tzw. sławojki na zewnątrz, a pranie odbywało się w rzece Jacynce lub Jacence, bo różnie mówią z tzw. kijanką (chodzi o narzędzie używane do prania zazwyczaj w rzece, strumieniu najczęściej w postaci wąskiej, drewnianej łopatki, kija lub drewnianej deszczułki – dop. autorzy). Takie było jeszcze wtedy zwyczajne życie. I ludzie żyli zgodnie, w warunkach, które dzisiaj byłyby nie do pomyślenia! Było biedniej, ale jakoś weselej. Tak o tym myślę. A było to lata 60. i 70. ubiegłego wieku. Sytuacja materialna trochę poprawiła się u nas dopiero za Gierka. To wtedy wieś się wydźwignęła, zaczęła powoli zmieniać. Dzisiaj w Jacni zarejestrowanych jest około 400 osób, ale mieszka może 300. Miejscowość jest bardziej rozległa, ale mieszkańców ubyło. Niektóre domy stoją puste. Pojawiają się jednak nowi mieszkańcy. Bo to przecież niedaleko od Zamościa i Krasnobrodu, a miejscowość ma charakter turystyczny.

- A może było tak, że wspólna, ciężka praca – żniwa, wykopki - jednoczyła kiedyś ludzi?

- Tak było. Kobiety na przykład się zbierały i chodziły wspólnie na pole z motykami. Siedem, osiem. Najpierw pracowały w jednym gospodarstwie, potem w kolejnym i następnym. Ktoś przygotowywał jedzenie i im zawoził, mężczyźni też pomagali. Wszystko wspólnie. To spajało wiejską społeczność. Życie na wsi miało jednak wiele wymiarów. Do miasta też się oczywiście jeździło. Były autobusy PKS, ale w czasach mojej młodości lepiej spisywała się Autonaprawa (chodzi o Zamojską Spółdzielnię Pracy Kierowców i Pracowników Samochodowych „Autonaprawa”, która funkcjonowała w Zamościu blisko 70 lat: od 1950 r. - dop. autorzy). Pamiętam ich autobusy, w tym słynne jelcze nazywane „ogórkami”. Dojeżdżałem nimi np. do średniej szkoły w Zwierzyńcu. Bo po podstawówce dostałem się do Technikum Przemysłu Drzewnego.

- Jeszcze wrócimy do historii Jacni. Jednym z przysiółków (chodzi o skupisko kilku gospodarstw znajdujących się poza zwartą zabudową wsi) Jacni są Bródki. To nadal niezwykłe, jakby zatrzymane w czasie miejsce. Nadal otoczone lasami ma ono dawny, unikatowy, roztoczański charakter. Zobaczymy tam m.in. drewniane domy i liczne opłotki, stojące przy wijącej się drodze. W centrum Bródek stoi także krzyż z 1937 roku ozdobiony kolorowymi wstążkami. Zobaczymy także studnię z której wodę nabiera się wiadrem za pomocą korby. Usłyszeliśmy tam ciekawe opowieści o tajemniczej mogile z czasów Powstania Styczniowego (po bitwie pod Krasnobrodem, miał w tym miejscu stacjonować oddział Marcina Borelowskiego „Lelewela”). Natomiast we wrześniu 1939 roku w tych okolicach ciężkie walki z Niemcami toczyli żołnierze z Wołyńskiej Brygady Kawalerii oraz Kombinowanej Brygady Kawalerii dowodzonej przez pułkownika Adama Zakrzewskiego. Długo można o tym wszystkim opowiadać. Słynne są także stare karawaki z Jacni i okolic. Były one nazywane krzyżami cholerycznymi lub morowymi. Można je spotkać w różnych zakątkach naszego regionu. Ustawiano je zwykle na skrajach miejscowości, bo stamtąd mogło przyjść „morowe powietrze” oraz inne choroby zakaźne. Jedna z takich starych karawak nadal stoi w Szewni Dolnej (gm. Adamów). Inne można także zobaczyć w Jacni: przy skrzyżowaniu prowadzącym w stronę Krasnobrodu oraz niedaleko stadionu i miejscowego zalewu.

- Gdy byłem dzieckiem, często słyszałem o bitwie, która tutaj obyła się w 1939 roku. Na łąkach czy przy lasach znajdowano kiedyś jej pozostałości. Nawet u nas w gospodarstwie mieliśmy w czasach mojego dzieciństwa starą skrzynkę na amunicję, jakieś wojskowe puszki, obrzyny (chodzi o broń z obciętą lufą lub kolbą – przyp. autorzy). Pamiętam nawet, że widziałem dwa niemieckie hełmy. To było, potem gdzieś przepadło. A karawaki rzeczywiście broniły podobno ludzi przed zarazami. To wszystko oczywiście było ważne, z czegoś się przecież wyrasta. Ja jednak od maleńkości jakoś szczególnie pokochałem piłkę nożną. Wieści o wszystkich mistrzostwach, olimpiadach się wówczas wręcz chłonęło. A przecież w tamtych czasach nie było jeszcze za bardzo na wsi telewizorów. Słuchaliśmy jednak radia, tranzystorów. Pamiętam, że gdy w 1973 roku pasłem na łące krowy z takim pożyczonym radyjkiem-tranzystorem dowiedziałem się, że w jednym z meczów został sfaulowany Lubański. Jak ja to przeżywałem! Bardzo! I te wszystkie, wspaniałe mecze! A finał z Węgrami – jak Deyna strzelił dwie bramki? Coś pięknego!

- Chodzi o finał Igrzysk Olimpijskich w Monachium: 10 września 1972 roku reprezentacja Polski pokonała Węgry 2:1. Wówczas chyba pierwszy raz polscy piłkarze zwyciężyli w oficjalnym turnieju o wysokiej randze światowej. Wkrótce rozpoczął się okres ich wielkich sukcesów.

- Tak! Przegrywaliśmy jeden zero, a potem wygraliśmy 2:1. Trudno to zapomnieć. A potem wspaniałe mistrzostwa świata (pan Ryszard wymieniał nam wówczas kolejno wszystkich przeciwników narodowej reprezentacji oraz podawał wyniki spotkań – przyp. red.). I ten słynny „mecz na wodzie” z Niemcami. I kolejne sukcesy m.in. na mundialu w Hiszpanii! A ja, gdy już zrobiłem obrządek w gospodarstwie biegłem słuchać radia, a czasami też widziałem relacje w telewizji, gdzieś u sąsiada. Albo słuchało się relacji przy obrabianiu tytoniu, z radyjka ustawionego na takim wózku do chwastów. Wszystko pamiętam. Coś pięknego! Sukcesy reprezentacji Polski były ważne dla wielu Polaków.

- Miał Pan marzenia o tym, że będzie piłkarzem?

- Grałem w Meblarzu Bondyrz. Dopóki nie dopadła mnie kontuzja kolana.

(Ciąg dalszy rozmowy za jakiś czas zmieścimy na naszych łamach).

📸 Parę fotek z meczu Gryf Gmina Zamość -  Pogoń 96 Łaszczówka  (3:2)
04/06/2026

📸 Parę fotek z meczu Gryf Gmina Zamość - Pogoń 96 Łaszczówka (3:2)

Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych... To może warto w tym miejscu przypomnieć sylwetkę Andrzeja Węgrzyna... KAŻDY...
02/06/2026

Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych... To może warto w tym miejscu przypomnieć sylwetkę Andrzeja Węgrzyna...

KAŻDY KLUB MA SWOJĄ LEGENDĘ

W tej historii wielotysięczne rzesze na trybunach będą reprezentowane przez czterystu kibiców na derbowym starciu Alwy Brody Małe z BKS-em Bodaczów. Setki niezapomnianych bramek znajdą odzwierciedlenie w hat-tricku z Bastionem Bortatycze, a legenda Alessandro Del Piero, Paolo Maldiniego czy Ryana Giggsa znajdzie wspólny wątek z ANDRZEJEM WĘGRZYNEM. Bo grać w piłkę w jednym klubie 35 lat to naprawdę duża sztuka.

OD KALAFONII DO ALWY
Zanim przedstawimy bohatera naszej historii, warto kilka słów poświęcić klubowi, w którym spędził on całe swoje życie. Alwa Brody Małe zawdzięcza swoją nazwę Aleksandrowi Waligórze, który jeszcze przed II wojną światową miał fabrykę kalafonii i terpentyny. To właśnie od początkowych sylab (tzw. akronim) imienia i nazwiska właściciela powstało słowo „Alwa”. Najpierw zadomowiło się jako nazwa miejscowego przedsiębiorstwa remontowego przemysłu drewnego, a w połowie lat sześćdziesiątych trafiło do annałów piłkarskich jako nazwa nowo powstałego klubu. Miejscowi z powstaniem drużyny kojarzą dwa nazwiska: Wacława Kowalskiego i Stanisława Kota.
W gronie pierwszych zawodników znajdował się na pewno grający na lewej obronie Zygmunt Węgrzyn – tata bohatera naszego tekstu. Andrzej - najstarszy z trójki rodzeństwa – pojawił się na świecie w październiku 1969 roku, niedawno świętował więc 52 urodziny. Życzenia odbierał oczywiście na boisku, rozgrywając kolejne spotkanie w barwach zielono - żołto – niebieskich.

SZCZĘŚCIE DEBIUTANTA
A debiutował 30 września 1984 roku meczem z LZS Ruszów, który Alwa wygrała aż 15:0 (3:0)! Z jednej z tekturowej teczek Andrzej Węgrzyn wyjmuje protokół meczowy, który pieczołowicie przechowuje do dzisiaj.
- Proszę spojrzeć, nie miałem nawet piętnastu lat. Ale wówczas czternastolatek mógł już grać w seniorach. Zresztą miałem trochę szczęścia. Początkowo byłem wpisany w protokole jako rezerwowy, ale jeden ze starszych kolegów nie dotarł i wpuścili młodego – wspomina wieloletni gracz Alwy. – To były zupełnie inne czasy. Przebieraliśmy się na terenie zakładu, a następnie przechodziliśmy przez ulicę na stadion. O prysznicu po meczu nie było mowy.
W tej samej teczce znalazł się też szkolny zeszyt, w którym ręką autora pieczołowicie spisane zostały składy, wyniki meczów i tabele z lat dziewięćdziesiątych.

TŁUSTE LATA
Pod koniec lat osiemdziesiątych Alwa awansowała najpierw do klasy A, następnie do okręgówki, a w sezonie 1991/1992 grała nawet w międzywojewódzkiej lidze chełmsko-zamojskiej.
- Pamiętam, że rozgrywki zaczęliśmy, przegrywając na wyjeździe z Chełmianką 0:3. Zespół z Chełma później się z rozgrywek wycofał, a nam udało się jeszcze wyprzedzić Spartę Rejowiec Fabryczny i utrzymanie mieliśmy w kieszeni. Tyle tylko, że wówczas do akcji wkroczył chełmski związek prowadzący rozgrywki. W niejasnych okolicznościach dostaliśmy walkowera i w efekcie spadliśmy do okręgówki.

Były to najlepsze czasy w historii klubu. W książce „Zamojszczyzna między bramkami” Andrzeja Kędziory i Krzysztofa Radziejewskiego znajdziemy zestawienia 10 najlepszych drużyn Zamojszczyzny. w sezonie 1989/1990 i 1990/1991 Alwa sklasyfikowana została na ósmym miejscu, a rok później na dziewiątym.
Dzisiaj zespół z Brodów dużych gra w klasie B, a na półmetku rozgrywek jest liderem z przewagą pięciu punktów nad BKS-em Bodaczów. Czy wiosną Andrzej Węgrzyn wraz z młodszymi kolegami będą cieszyć się z awansu?
- Zobaczymy. Na siłę nie chcemy się pchać, bo klasa A to już jednak zupełnie inne realia. O poziom sportowy bym się nie martwił, za to większa liczba drużyn i dalsze wyjazdy wymagają już większego nakładu organizacyjnego – mówi Andrzej Węgrzyn.

Na pewno Alwa nie będzie musiała się już wstydzić goszczenia u siebie drużyn przyjezdnych. Z miejscowego funduszu sołeckiego oraz środków Gminy Szczebrzeszyn zakupione zostały bowiem dwa kontenery z pełnym węzłem sanitarnym. Jest więc gdzie przebrać się i wykąpać po meczu. Nowy kompleks stanął w miejscu drewnianego domku, który służył w Brodach za szatnie bez mała trzydzieści lat.

PO SĄSIEDZKU
Od kilkunastu lat natomiast tuż obok linii bocznej boiska stoi rodzinny dom Andrzeja Węgrzyna. Nic zatem dziwnego, że więzy emocjonalne z klubem są ogromne. Nie dziwi również, że nieprzerwanie od 2006 roku bohater naszego tekstu pełni funkcję Prezesa klubu.
- Lubię pilnować wszelkie sprawy w klubie osobiście. Ale mam też kilka osób do pomocy. Wiem, że jeżeli mamy jakiś problem, to nie zostanę z nim sam. Jest komu napisać wniosek do gminy, ogarnąć media, poprowadzić trening. A przede wszystkim mamy w drużynie niemal wszystkich chłopaków swoich. To tworzy klimat – zauważa 52-latek, dodając ze śmiechem, że on sam jest graczem uniwersalnym, ponieważ występował już na wszystkich pozycjach.

TRUDNE SPRAWY
Po stronie strzeleckich wyczynów Andrzeja Węgrzyna zapisać możemy hat-trick w meczu z Bastionem Bortatycze w latach 90-tych. W pamięci wieloletniego gracza Alwy zostały także spotkania z Kryształem Werbkowice (wygrana 5:0 na wyjeździe), gol z Granicą Lubycza Królewska (wygrana 2:1) czy wrzucenie piłki za kołnierz „Masełce” w derbach z Roztoczem Szczebrzeszyn (2:2).
Wesoła historia związana jest natomiast z październikowym meczem z Huraganem Chmielek. Młodzież z drużyny, chcąc uczcić 52 urodziny swego grającego prezesa, wskazała go jako wykonawcę rzutu karnego. Pan Andrzej podszedł do jedenastki i … huknął nad poprzeczką. Po zmianie stron miejscowi wywalczyli kolejne „wapno”. Solenizant spróbował raz jeszcze, ale tym razem jego strzał został obroniony.
- Trzeciej szansy już nie dostałem – śmieje się Andrzej Węgrzyn. Poważnieje natomiast, gdy pada pytanie o zawieszenie butów na kołku.
- Wiem, że wkrótce musi to nadejść, bo wieku nie oszukam. Coraz trudniej jest mi się zregenerować po meczach. Tu dokucza ścięgno, tu serce, ale weź mieszkaj tuż koło boiska i nie graj – 52-latek wzdycha na samą myśl, że kiedyś będzie musiał pogodzić się z upływem czasu. – Staram się dobrze prowadzić, biegam, jeżdżę na rowerze, śmigam na nartach, ale czuję, że siły coraz mniej. Chciałbym, aby ta decyzja przyszła jak najpóźniej, bo trudno się rozstawać z boiskiem, na którym występowało się przez tyle lat. Tak naprawdę trudno mi się pogodzić z tą myślą…

01/06/2026

Działacz to ten co... działa. W naszych, lokalnych warunkach, często bezinteresownie: nie oglądając się na koszty i swój czas.
Tacy ludzie są solą tej ziemi.
I są tego efekty.
Pan Damian Monastyrski opowiada o tym, co zmieniło się w Klubie Sportowym Orion Jacnia (właśnie kosił murawę, oderwaliśmy Go na chwilę od pracy)

Czasami warto przystanąć i zastanowić się nad tym, co osiągnęliśmy, do czego doszliśmy, ilu wartościowych ludzi mamy obo...
31/05/2026

Czasami warto przystanąć i zastanowić się nad tym, co osiągnęliśmy, do czego doszliśmy, ilu wartościowych ludzi mamy obok siebie. Bo może mniej powinniśmy narzekać, a bardziej doceniać to, co nam się udało?
W czasie naszych rozmów do książki z Bogdan Nowak staramy się pokazywać historie ludzi nie tyle przez pryzmat wyników meczów, miejsc w tabeli i strzelców bramek, co poprzez ich refleksje, odniesienie do czasów i do uwarunkowań społecznych, w których się wychowywali. I zawsze w takich sytuacjach u naszych rozmówców pojawia się iskierka żalu i tęsknoty. Mimo tego, że kilkadziesiąt lat temu żyło się trudniej...
Krótki fragment naszej rozmowy z Ryszardem Monastyrskim mówi bardzo wiele...

PIERWSZA PIŁKA

- Pamięta Pan swoją pierwszą piłkę, gdy był Pan chłopcem?
- Ja... nie miałem żadnej piłki… Nie było piłki. Pierwsza piłka była składkowa. Takie były czasy. Gdy graliśmy w piłkę, to się na nią składaliśmy… Trampki na nogach i kopaliśmy na podwórku, czym się dało...
- A wraca Pan czasem myślami do czasów dzieciństwa, kiedy 10-letni Rysio biegał za piłką?
- Jak popatrzę na zdjęcia to widzę siebie jako młodego chłopca... Chciałbym, żeby te lata się wróciły…

Adres

Zamość
Zamość

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Zmieniła mnie piłka nożna umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Zmieniła mnie piłka nożna:

Udostępnij

Kategoria